Aktualności

fot. Dariusz Chereziński
15.05.2021

Historia jest nieskończonym źródłem inspiracji. Wywiad z Elżbietą Cherezińską

W najnowszym numerze „Nowych Książek” można przeczytać wywiad z Elżbietą Cherezińską, autorką popularnych cykli Harda Królowa i Odrodzone Królestwo. Poniżej zapraszamy do lektury fragmentu wywiadu autorstwa Wacława Holewińskiego. Wydawcą miesięcznika jest Instytut Książki, a najnowszy numer do nabycia pod tym adresem.

Pretekstem do naszej rozmowy jest kończący pani cykl Odrodzone Królestwo tom o tym właśnie tytule. Ale przecież Elżbieta Cherezińska zaczynała swoją przygodę literacką nie z beletrystyką. Najpierw był „długi epizod” z Szewachem Weissem, potem z Chaimem Rumkowskim.

Zawsze podkreślam, że to spotkanie Szewacha Weissa pchnęło mnie do pisania. Wielowymiarowe życie ambasadora Izraela było idealnym materiałem na powieść, ale jak pisać powieść o kimś, kto żyje? Napisałam więc opowiadania, ujmując jego doświadczenia w krótkiej, epizodycznej formie i nadając im nieco oniryczny, symboliczny charakter. Tym samym zrobiłam po raz pierwszy coś, czym zajmuję się dzisiaj: wcieliłam się w postać. Tyle że miałam to szczęście, iż mój bohater mógł się ze swoim literackim sobowtórem skonfrontować. Dopowiem: nic nie zmienił. A z kolei spotkanie ze wspomnieniami Estery Daum, sekretarki Chaima Rumkowskiego, dało mi solidną lekcję pracy między dokumentem wspomnieniowym a dokumentami archiwalnymi. Wspomnienia Estery (spisane przez nią przed śmiercią) były lakoniczne. Pisała, co zapamiętała z getta łódzkiego, ale nie opowiadała tamtego świata detalicznie. Miałam świadomość, że dzisiejszy czytelnik sporo wie o getcie warszawskim, a niewiele o łódzkim, zaś różniły się między sobą zasadniczo. Stąd powstała potrzeba uzupełnienia świadectwa Estery materiałem archiwalnym i zbudowania przestrzeni getta na oczach czytelnika. Książka przyjęła formę dziennika sekretarki, ale powstała z kilkudziesięciu stron wspomnień. Tak więc te dwa pierwsze doświadczenia były szkołą tworzenia fabuły na podstawie materiałów archiwalnych. Przydały się później.

Dlaczego literatura, a nie teatr, przecież jest pani z wykształcenia teatrologiem? I dlaczego historia? Historia w tak ogromnej przestrzeni. Od średniowiecza do dzisiaj? To skala pani zainteresowań?

Teatrologia to dobre studia humanistyczne; większość absolwentów realizuje się zawodowo w innych dziedzinach, bardzo różnych. Dziennikarstwo, przemysły kreatywne. Mieszkam w Kołobrzegu – trudno być teatrologiem w mieście bez teatru! A historia? Przecież opowiadanie jest historią!

No tak, ale… Oboje piszemy o historii, tyle że ja bym nie miał odwagi na – szukam dobrego słowa, dobrego określenia, takiej przestrzeni czasowej. Bo rzadko kto, zajmując się historią, bierze na warsztat tak odległe, nieprzystające do siebie czasy.

Myślę, że to nie kwestia odwagi, a zainteresowań. Pana kręci historia nowsza, mnie dawniejsza. O niej wiem więcej, ciągle się uczę, pogłębiam wiedzę na różnych płaszczyznach i też prześladuje mnie poczucie, że wiem, ile nie wiem. Na pewno bardzo mi pomógł ruch rekonstruktorski i intensywnie rozwijająca się od lat archeologia eksperymentalna. Możliwość podglądania doświadczeń archeologów zmierzających do odpowiedzi na pytanie „Jak nasi przodkowie to robili?” bardzo otwiera horyzonty. A rekonstrukcje? Mój mąż zajmował się nimi od dawna, zaczęłam jeździć z nim na festiwale historyczne, zanim zaczęłam pisać, więc w sposób naturalny zdobywałam doświadczenia. W Północnej drodze, opowieści o wikingach z przełomu X i XI wieku, opisuję ich domy i życie codzienne. W takim domu mieszkaliśmy w duńskim skansenie w Ribbe, wiem, ile ciepła daje długie palenisko, jak kopci, jak na nim gotować. Wiem, jak się zachowują wełniane ubrania w ulewie, a jak na mrozie. Nosiłam je, a wcześniej sama szyłam. Moje dzieci podróżowały z nami, dorastały, bawiły się zabawkami wzorowanymi na tych sprzed tysiąca lat. Takie doświadczenie jest bardzo pomocne.

To człowiek jest ważny? Niezależnie od czasu? Przecież nie jest tak, że społeczeństwo, jednostka nie jest uzależniona od czasu, w którym żyje. Choćby ze względu na długość życia, technologie, środki komunikacji.

Właśnie ten balans jest ciekawy – realia życia i uwarunkowania historyczne, a naprzeciwko nich człowiek, z jego pragnieniami. Oczywiście można napisać opowieść, w której zabraknie człowieka, a bohaterem stanie się natura. Ale nawet wówczas będziemy ją opisywać przez pryzmat emocji. Nie, nie tych, które jakoby mają czuć skały, góry i wulkany, ale tych, jakie ma wywołać u czytelnika ich podglądanie. Zatem skoro emocje, to koniec końców wracamy do człowieka. Bohatera opowieści albo odbiorcy.

Kiedy uznała się pani za zawodowca? Kiedy pisanie stało się pani głównym zajęciem, kiedy pani doszła do wniosku, że z pisania da się żyć, i że może ono nieść spełnienie?

Można pisać „po godzinach”, mieć jakąś normalną pracę, wracać z niej i siadać do komputera. Ale jeśli jednocześnie ma się rodzinę, rodzi dzieci, wychowuje je (i pracuje na pełen etat), to sprawa się robi po prostu niemożliwa. W którymś momencie trzeba podjąć decyzję. Nie da się pisać dobrych książek ani „w międzyczasie”, ani „po godzinach”. Każda sztuka jest zaborcza. Podjęłam decyzję po drugiej książce, po Sekretarce Rumkowskiego. Uznałam, iż spłaciłam dług wobec historii, które mi powierzono i chciałam opowiadać własne historie. Tak powstał czterotomowy cykl Połnocna droga. Gdy byłam w połowie cyklu, wiedziałam, że z tej drogi nie zejdę, że będę pracować jeszcze więcej, by na niej pozostać. W międzyczasie pisałam inne książki – Gra w kości i Korona śniegu i krwi ukazały się równolegle z finałowymi częściami Północnej drogi. W praktyce oznaczało to, że nieustannie pisałam, nie fetowałam premier swoich książek, tylko już pracowałam nad kolejną. Nie zauważyłam momentu, w którym przyzwyczaiłam się do tego, iż nazywa się mnie pisarką. Ocknęłam się, gdy książki zaczęły mieć sprzedaż uznawaną za bestsellerową, gdy mój wydawca powiedział: to ty wypracowałaś.

Moja córka powiedziała mi kiedyś: nie pisz książek większych niż 250 stron. Nikt grubszych nie przeczyta. To oczywiście pewna przesada, ale 900 stron…

Cha, cha, cha! Mam na swoim koncie dwustustronicowe chudzielce, wiem, wiem, od nich zaczynałam. Ale historie, które mam do opowiedzenia są złożone. Lubię pokazywać je z wielu punktów widzenia, to mnie naprawdę interesuje. Na przykład przejęcie Gdańska przez Zakon zupełnie inaczej wygląda z punktu widzenia Poznania, Krakowa czy Malborka. To jakby inne wydarzenia. Tak samo utrata tronu polskiego przez Łokietka – z punktu widzenia Vaclava II to naprawdę inna historia. Przeszłość zbyt często staje się narzędziem w rękach współczesnej polityki, wystarczy nieco inaczej ją naświetlić albo nagłośnić i już możemy manipulować dzisiejszym widzeniem historii. Podkreślam: dzisiejszym. Bo historii nic nie zmieni. Ona już się wydarzyła. No i mamy odpowiedź na objętości moich książek – zależy mi na pokazywaniu wielu punktów widzenia. Wtedy historia staje się nieoczywista i niezwykle ciekawa. A przecież to jest najważniejsze – wciągnąć czytelników w opowieść.

Doprecyzujmy to widzenie z wielu punktów. Bo przecież tę narrację można tworzyć w nieskończoność. W przypadku Łokietka inna będzie na przykład perspektywa wójta Alberta, inna Bolesława II, inna Bolka Opolskiego. Więc jak dokonać tego wyboru, według jakich kryteriów?

Kryteria ważności historycznej są istotne, bo pokazują proces z punktu widzenia głównych graczy. Dla „finałowego” Łokietka to Zakon Krzyżacki, król Jan Luksemburski, Giedymin, Carobert, król Węgier. Z tych perspektyw obejrzymy politykę zagraniczną Królestwa Polskiego. Ale interesuje nas też polityka wewnętrzna – i wtedy do gry wchodzi wspomniany wójt Albert, biskup Muskata, arcybiskup Świnka, po nim Janisław, baronowie Starszej Polski. To wciąż mało. W tym czasie dochodzi do przejścia księstw śląskich pod panowanie czeskie. Tych księstw było wiele i motywacje do hołdów lennych różne. To był mój największy orzech do zgryzienia. Nie mogę pokazać wszystkich, bo przysłonię pierwszy plan. Zdecydowałam się na dwa śląskie punkty widzenia: książę jaworski Henryk i książę głogowski Przemko – nazwijmy ich twardzielami, którzy się nie poddali. Oraz książę wrocławski (też Henryk), który się poddał. Jego motywacje były skomplikowane, umykające ocenie i przez to ja (i mam nadzieję czytelnicy) towarzyszymy mu, wiedząc, że nie miał wyboru. Zatem, wracając do kryteriów – trzeba się na coś zdecydować i tego trzymać. Wielokrotnie pomijam jakiś wątek, albo go marginalizuję tylko dlatego, że wiem, iż powieść go nie udźwignie. No i jeszcze jedno, do czego ciągle wracamy: człowiek. Zawsze biorę pod uwagę to, czy jakiś wątek wzbogaci wizerunek głównych bohaterów, uczyni go mniej jednoznacznym i oczywistym.  (…)

*