Maciej Siembieda „Gołoborze”
Sięgnęłam po inne książki tego autora dostępne w naszej bibliotece, w tym cykl z prokuratorem Jakubem Kanią, bo spodobało mi się, że nie epatują okrucieństwem, a zaciekawiają nieznanymi, fascynującymi faktami, które są umiejętnie wplecione w wielowątkową fabułę. Z przyjemnością sięgnęłam więc po ostatnią książkę Siembiedy, uważaną zresztą przez krytyków za jego najlepszą, a zatytułowaną Gołoborze.
Jakże się zdziwiłam. Nie ma zagadki kryminalnej, nie ma sympatycznego bohatera w typie Jakuba Kani, za to trup ściele się gęsto i makabra goni makabrę. Autor „wziął na warsztat” prawdziwe historie (co nie dziwi, bo taki jest jego sposób pisania), które miały miejsce w ostatnich dekadach PRL-u. Wydarzenia te to mordy popełnione przez tzw. zwykłych ludzi, mieszkańców dwu wsi znajdujących się na terenie dzisiejszego woj. świętokrzyskiego; Rzepina k/ Starachowic i wsi pod Połańcem. O obu było kiedyś bardzo głośno, ale do mnie te informacje na szczęście nie docierały. Byłam za mała, za młoda. Rodzice opowiadali mi potem o tej pierwszej zbrodni popełnionej przez rodzinę Zakrzewskich, ich proces pokazywała nawet telewizja, o drugiej dowiedziałam się na studiach od koleżanki pochodzącej z Połańca.
Siembieda, sam związany rodzinnie z Górami Świętokrzyskimi i chłonący jako dziecko tajemniczy nastrój górskich wiosek, przedstawił w swej ostatniej powieści okrutne dzieje dwu zwaśnionych świętokrzyskich rodów Kończaków i Cebrzynów, opierając je na kanwie wspomnianych zbrodni. A w tle rozgrywa się wielka historia, maszerują powstańcy styczniowi Mariana Langiewicza, partyzanci Ponurego, powojenni leśni, bohaterstwo splata się ze zdradą i podłością.
W powieści Gołoborze jedna ze stron, Kończakowie ma pozornie rację, ale moim zdaniem nie ma tu pozytywnych bohaterów, bo nikt nie jest bez winy. Nawet para młodych zakochanych w sobie wbrew logice i na przekór zwaśnionym rodom nie wzbudza we mnie sympatii. Siembieda ukazał bowiem przerażający świat rodowo-plemiennej zemsty, z którego nie można uciec, w którym nic nie jest piękne ani wzniosłe, nawet miłość. Poruszające jest to, że zbrodniarzom długo pomagała zmowa milczenia wymuszona na otoczeniu głównie strachem. Możemy sobie mówić, że ludzie gór, w jakimkolwiek zakątku świata by one nie były, żyjący w surowych warunkach są wyjątkowym gatunkiem skorym do okrucieństwa ponad miarę. Nawet jedna z postaci powieści mówi: „U nas pod Nałęczowem ludzie są zupełnie inni”. Nie łudźmy się. Wystarczy przypomnieć wydarzenia II wojny światowej, choćby postawę wobec holocaustu, obojętność wielu wobec strasznych zbrodni i trwającą nawet do dziś zmowę milczenia mieszkańców wsi i miasteczek, i to nie tylko w Polsce.
Mimo wszystko sądzę, że omawiana powieść jest napisana ciekawie i wartko, choć może dzieje się w niej trochę za dużo i za szybko, ale to przecież powieść akcji, a nie psychologiczna. Jednak nie odważę się sięgnąć po nią ponownie. Ja już wolę dawny styl Macieja Siembiedy i mam nadzieję, że czasami do niego wróci.
Recenzja luty 2026 – dorośli
Bożena Mochul
DKK w Sandomierzu , woj. świętokrzyskie