Z Księgi Przejścia

28.12.2017 Adriana Szymańska
#
  • Biblioteka „Toposu”, T. 146
    Towarzystwo Przyjaciół Sopotu
    Sopot, wrzesień 2017
    79 stron
    210 x 140
    oprawa: miękka
    ISBN: 978-83-65662-16-3

To prawdziwa Księga: zapis wierszem i poetycką prozą, przeczuć wiecznych, ostatecznych, poparty doświadczeniami metafizycznymi, oraz codziennymi, potocznymi traktowanym przez podmiotkę na równi, jako wydarzenia duchowe, o których  właściwie mówić wypada jedynie mową wiązaną. To także książka kilkuwątkowa, z trzech tematycznie pokrewnych złożona rozdziałów, gdzie wyobraźnia poetki, zorientowana na bezkres bytu, za punkt wyjścia obrała sobie bliski konkret – topograficzny, geograficzny (widoki Sandomierza i Kazimierza!), wreszcie przyrodniczy.

Tytuł zbioru ma formę wyrażenia przyimkowego, sugerującą, że wyobrażenie przejścia do Tam, jest nam na razie dostępne jeno  wyimkowo, i chwilowo, tak jak obraz Ogrodów Waldsteina oglądanych przez prześwit w drewnianym parkanie: „Widok za bramą to zaledwie fragment żółtawego muru, a jednakże od tej chwili patrzymy na siebie coraz bardziej zachłannie. Jak gdyby popychał nas ku sobie nieobliczalny palec Boży. Jak gdyby samo ukradkowe spojrzenie otwarło dla nas bramy Raju” (Nieobejrzane Ogrody Waldsteina). Piękne! Jednak od impresji daleko ważniejszą rolę odgrywa wyartykułowany  przez poetkę pogląd, że spojrzenie potrafi przemienić spoglądającego i dzieje się to wtedy, gdy spogląda z miłością lub ze współczuciem z podziwem lub z czułością.
  Rację mają ci, którzy uważają Adrianę Szymańską za kontynuatorkę najświetniejszych osiągnięć polskiej poezji metafizycznej. Warto również zauważyć, że wyobrażenie Nadprzyrodzonego kształtowało się także w dialogu z poetami (przykładowo: Bolesław Leśmian) i w sporze z filozofami. Intelekt sprzyja tutaj poznaniu prawd danych nam w porządku wiary, natomiast oderwany od nich okazuje się bezradny wobec niespodzianek istnienia. By istnieć autentycznie, podmiotka tego tomu potrzebuje synergii intelektu, intuicji oraz emocji. Pośród tych ostatnich dominuje  amor mundi, żarliwy a zarazem subtelny, promieniujący wielokierunkowo, niespożyty w swojej akceptacji świata. Niby tajemna energia, unosi imaginację lirycznego „ja” w „jasne prowincje”, na pogranicze wieczności, albo w najdalsze zakątki ziemi. Gości w nich zwykle króciutko, ale opowiadając o pobytach nich, zawsze dzieli się wspomnieniem nieprzebranej obfitości (zob. wiersz Blask). Ów amor mundi po znacznej części manifestuje się poprzez umiłowanie każdego chyba fenomenu natury ożywionej czy nieożywionej, nawet przydrożnego kamienia. Lecz ta miłość rodzi w mówiącej na tych stronicach postaci istotne zobowiązanie – do solidarności ze stworzeniem cierpiącym (Czas w ogniu) lub bezdomnym i porzuconym. Relacja ta ocala nie tylko miłowanego, ale i miłującego (Dixi et salvavi animam meam). A – kto wie – może nawet wpisuje się porządek przemian świata, co ze słowa wyszedł i po długim szeregu przeobrażeń do Logosu łagodnie powróci, przywracając każdej żywej istocie jej początkową formę . Lecz nawet teraz, gdy rzeczywistość wciąż pozostaje przepysznie wielokształtna, chociaż skazana na dezintegrację, poezja Szymańskiej stara się przekonać czytelnika, że sam Bóg ustawicznie odpowiada na mnożące się pytania o sens bytu i zachęca do ufnej wiary . (por. W pomieszaniu). Perspektywa  otwarta w tym zawierzeniu sprawia, że wszystko jednoczy się w zrozumiałą, przejrzystą ontologicznie i duchowo bezpieczną, pełną harmonii (muzycznej harmonii!) strukturę.
Znajdziemy tutaj również wiersze świadczące o pamięci dla umarłych, odległych zaledwie na jedno wzruszenie, wiersze niezwykle tkliwe i równie smutne (Tren na cymbałkach). Realności śmierci nie zaprzecza. Zauważa też wyraźnie granicę dzielącą Tu i Tam. Ku tej drugiej przestrzeni spogląda z nadzieją. Ufa wszakże, że po tej stronie pozostanie nieśmiertelna w tym, co ukochała (Mój testament). Obdarowała nas Adriana Szymańska wierszami optymistycznymi, chwilami ekstatycznymi, zawsze  zachęcającymi czytelnika do otwierania się na cuda.

Piotr W. Lorkowski