Rok 2015 w polskiej poezji

29.12.2015
#
  • materiał graficzny

Jakie książki poetyckie miały szansę zdobyć nasze serca w 2015 roku?

1. Przyjrzyjmy się najpierw debiutom. Trzy wyróżniłabym szczególnie: Sierpień Aldony Kopkiewicz (Lokator Media), Apokalipsę. Afer party (Dom Literatury w Łodzi) Piotra Przybyły oraz B Michała Pranke (Dom Literatury w Łodzi). To one moim zdaniem mają najwięcej do zaoferowania czytelnikom i poezji – choć warto też odnotować (choćby ze względu na ilość pojawiających się komentarzy) zdecydowanie słabsze debiuty: Oliwii Betcher Poza (Zaułek Wydawniczy Pomyłka), Jolanty Nawrot Płonące główki, stygnące stópki (WBPiCAK w Poznaniu) czy Lekki chłód Hanny Janczak (Wydawnictwo Igloo).

Sierpień Aldony Kopkiewicz to – nieproporcjonalnie szczupły do złożoności pojawiających się tam znaczeń – zapis asysty przy umieraniu ojca. Kopkiewicz ani zbytnio nie metaforyzuje języka swojej historii, ani nie ucieka się do naturalizmów; wydaje się całkowicie odporna na przyciąganie konwencji melancholijno-żałobnej. Pozwala raczej w pełni wybrzmieć dyskretnie zarysowanym obrazom, prostym konstrukcjom, elementarnym frazom. Autorka zawiązuje z nami pakt autobiograficzny, ale idzie też zupełnie sama meandrami halucynacji, mirażu i baśni. Warto podkreślić, że swoją prostą, a zarazem sugestywną frazą Kopkiewicz ustala w jakimś sensie (ponownie) brzegowe warunki języka. Jej Sierpień to reset skonwencjonalizowanego pisania o śmierci w polskiej poezji, wyrwanie się z kręgu paru podstawowych obrazów „ja” opłakującego stratę, ale też, co istotne, pokaz ambiwalentnego układu sił psychicznych w rodzinie. Bardzo inteligentnie wszystko to zrobione.

Retorycznym kopem jest debiut poetycki Piotra Przybyły. Obrazy, frazy i koncepty z Apokalipsy. After party uchodzą tu – niejako na kredyt dada i purnonsensu – za znaki spontanicznego i inwencyjnego języka. Wiersze Przybyły „płyną” na długiej fali. Imponować może niemal poematowy zakrój całości; imponować może chwytywanie i porzucanie znaków stabilizujących układ określonych wartości – anarchistyczny wymiar takiego pisania jest niewątpliwy. Wszystkożerna maszyna wiersza zasysa u Przybyły formy odległe, w jednym kawałku czytamy o grającej szafie, która przypomina gumę do żucia, uprawie GMO pana Rysia i teleskopach astronomicznych. Przybyła zdaje się mówić jak wielu innych apokaliptyczno-karnawałowych artystów: weźcie pod uwagę różne teorie, sprzeczne ze sobą, a najlepiej stwórzcie własne. Podoba mi się ten gest poluzowujący po raz kolejny reguły odbioru poezji.

Trzeci tegoroczny debiut warty zainteresowania to książka Michała Pranke b. Subtelniejszy niż Przybyła w retorycznej szarży na granice między buffo a serio, Pranke myśli o wierszu na sposób muzyczno-teledyskowy (skróty, piosenkowe frazy, szybkie ich obroty, powtórzenia wpadające w ucho). Podmiot tych wierszy często zachowuje się jakby komunikował mroczną wiedzę, dzięki której stanie się jasne, że wyłącznie udajemy, iż żyjemy w świecie marzeń i nostalgii. Na tego rodzaju cynizm zbiorowej świadomości Pranke odpowiada artystowsko, wybierając objęcia sztuki i iluzji. Podczas gdy autor Apokalipsy… przybiera pozę smutnego klowna, skręcając kark różnych hierarchicznym układom, Michał Pranke uderza w tony lekkiego szyderstwa, choć od czasu do czasu ześlizguje się też w ton liryczno-dekoracyjny. 

2. Bardzo ciekawe książki wydali autorzy, którzy do tej pory uważani byli za radykalnie eksperymentujących i to w duchu post-awangardowym. Myślę tu o Kacprze Bartczaku i jego Wierszach biologicznych (Dom Literatury w Łodzi), Przetrwalniku Waldemara Jochera (Hub Wydawniczy Rozdzielczość Chleba) i Widoku z głębokiej wieży Zenona Fajfera (Wydawnictwo Forma).

Zwłaszcza dwie ostatnie książki kładą kres wyobrażeniom o wychyleniu poezji tych autorów wyłącznie w przyszłość: Zenon Fajfer w Widoku z głębokiej wieży sprzymierza się z m.in. tradycją trubadurską, w poprzek różnych czasów poszukując sekretu miłosnych znaków; Waldemar Jocher w komentarzach do Przetrwalnika (zarejestrowanych podczas wieczoru autorskiego) mówi o biblijnym pochodzeniu stwórczego słowa.  Przetrwalnik – w najogólniejszym sensie – otwiera pola różnym możliwościom kodowania znaków i rejestrowania granic pomiędzy ludzkimi i nie-ludzkimi systemami oznaczania. Choć strategia Jochera może wydać się abstrakcyjna, to trzeba pamiętać, że jego wiersz działa obrazowo-metaforycznie, z dużym napięciem i niemal tragizmem. Jocher próbuje uchwycić relacje między pracą umysłu a wykonywanymi przez niego operacjami. Te z kolei zostają zapośredniczone w różnych mediach, które działają na nas zwrotnie, wytwarzając różne poziomy lęku i przymusu. Dramaturgia pisania u Jochera jest szczególna: dla niego czytać/pisać to jak grać na saksofonie podczas operacji mózgu.

Wiersze organiczne Bartczaka – niezwykle intensywne i ekscytujące – odrzucają w całości antropocentryczny profil wiersza. Bartczaka interesują zapośredniczenia,  mediacje i okoliczności tych mediacji. Świat w ruchu, świat dynamiczny. Przy czym jego zainteresowanie, splatające ze sobą mikro i makrostruktury, biologiczność i mechaniczność, daje w efekcie najbardziej wiarygodną politycznie symulację naszego świata, jaką stają się ostatecznie Wiersze organiczne. Biurokracja, paranoja wirtualności, histerie medyczno-molekularne, układy narodowe, ekonomiczne i religijne razem z innymi wielostronnymi zależnościami przeobrażają się tu z jednej strony w artefakty, z drugiej – ich „przeżywalność” jest funkcją wiersza. Nie chodzi bowiem u Bartczaka o przedstawienie z zewnątrz procesów produkcji, aktywacji i dezaktywacji różnych sił podmiotowo-przedmiotowych, chodzi o wiersz, który działałby tak, jak one. Bez dwóch zdań: Bartczak niebotycznie podbił stawkę dotychczasowych strategii poezji zaangażowanej, wiersza jako takiego oraz konsekwencji związku języka z przemocą. To najinteligentniejsza moim zdaniem książka tego roku.

Gdy już mówimy o poezji zaangażowanej trzeba koniecznie wspomnieć o dwóch zbiorach, które otwarcie wprowadzają wątki i języki polityczno-krytyczno: to Hologramy Ewy Sonnenberg (WBPiCAK) i Sfory Michała Czai (WBPiCAK). Sonnenberg używa języka manifestu i pozostaje w tradycyjnie wyznaniowo-konfesyjnym sposobie pisania. Jej holistyczna wizja świata wsparta jest, jak mi się wydaje, na przeświadczeniu o istnieniu tajemnych, mistycznych sił (w różnych wersjach filozoficzno-religijnych). Inaczej w Sforach – polityczność tych wierszy wynika z gruntownego przemyślenia potencjału krytyki wewnętrznych mechanizmów samej poezji. W takich formułach pisania jest miejsce dla różnie (klasowo, językowo, ekonomicznie) pojmowanego „interesu”. Pozwala to Czai uniknąć pułapki m.in. idealizowania pozycji zajmowanej przez poetę/poetkę. Bardzo ciekawa, intelektualnie przekonująca jest to propozycja, swego rodzaju antidotum – jak książka Bartczaka – na mity gromadzące się wokół poezji politycznej.

3. W tym roku ukazało się też kilkanaście zbiorów, które można czytać jako miejskie opowieści o codzienności, zdarzeniach tzw. życia, mniej lub bardziej liryczno-konfesyjne. To między innymi Renowacja zabytków Marcina Biesa (Instytut Mikołowski), Wojciecha Brzoski w każdym momencie, na przyjście i odejście (WBPiCAK), Edwarda Pasewicza Och, Mitochondria (Wydawnictwo EMG), Kuby Przybyłowskiego Iluminacje (Lampa i Iskra Boża), Jerzego Jarniewicza Woda na Marsie (Biuro Literackie), Karola Graczyka Przełomy (Instytut Mikołowski). Różny jest, by tak rzec, koloryt tej opowieści o przygodach jednostkowego podmiotu w świecie: od mistycznego u Pasewicza przez melancholijny u Graczyka czy nostalgiczny u Jarniewicza po ironiczno-humorystyczny u Jakuba Sajkowskiego.

I właśnie książka tego ostatniego – Google translator (Dom Literatury w Łodzi) zasługuje w tym kontekście na szczególną uwagę. Dowcipna fraza, małpowane i podważane języki oczywistości i banału tworzą tu coś w rodzaju nowej mitologii pobeckettowskiego oczekiwania na rozwiązanie, a przynajmniej na przyspieszenie spraw trudnych wyborów typu: „kabanosy z bułką czy bez?”. Nie wszystkie teksty w zbiorze mają taką samą gęstość skojarzeń, ale Sajkowski, czerpiąc z elementów coraz szybciej wyparowującej realności, nadaje jej zadziwiającą spoistość, co więcej – koleiny języka, które z taką finezją się tu rzeźbi, wywołać mogą śmiech, a nie tylko wzruszenie ramion.

4. Sporo też książek, w których uprzywilejowany kod naturalistyczno-ekspresjonistycznym pracuje na obraz rzeczywistości traumatycznej, śmiertelnej i „strukturalnie” przemocowej. To między  innymi zbiór Marcina Zegadły Hermann Brunner i jego rzeźnia (Wydawnictwo Forma), Spalanie Grzegorza Kwiatkowskiego (Biuro Literackie), Bartosza Konstrata własny holokaust (Teatr Mały), Rafała Rutkowskiego Chodzę spać do rzeki (Zeszyty Poetyckie), Łukasza Jarosza Kardonia i Faber (Biuro Literackie). Oczywiście można podobne systematyzacje przeprowadzać z zastrzeżeniem, że różny jest w tych książkach stopień fatalizmu unoszącego się nad ludzkim życiem.

Zwróciłabym w tym kontekście uwagę na książkę Bartłomieja Majzla Terror (WBPiCAK). Ona wydaje mi się tu najciekawsza. Majzel wprowadza egzotyczne dekoracje do konwencji i rozluźnia ją odwołaniami do neutralnego szczegółu z codzienności. W związku z tym rodzi się w rzeczywistości Terroru frapujące napięcie między nacechowanymi i neutralnymi jej obiektami. Jeśli jeszcze można coś „wycisnąć” z dość mocno już usztywnionej retoryki świata-zagrożenia, to chyba właśnie ten stan dynamicznych napięć, kolizyjnych układów i drobnych różnic w jej często totalizujących i masywnych odsłonięciach. Wtedy „heroiczne” języki, które chcą prowadzić swoich poetów do jakiegoś bohaterstwa, stają się lekkimi ukłuciami w serce, i tak jest lepiej.

5. Nie zawiodły książki Darka Foksa Tablet taty (Biuro Literackie), Grzegorza Wróblewskiego Kosmonauci (Biuro Literackie), Marcina Sendeckiego Lamety (Biuro Literackie), Barbary Klickiej nice (WBPiCAK), Marty Podgórnik zawsze (Biuro Literackie), Joanny Mueller intima thule (Biuro Literackie), Tadeusza Pióry Powązki (Biuro Literackie), Andrzeja Sosnowskiego Dom ran (Biuro Literackie), Marcina Świetlickiego Delta Dietla (Wydawnictwo EMG).

Darek Foks w Tablecie taty gra w orła i reszkę i cały czas wypada mu folder z kobietami, nie chce być inaczej. Marta Podgórnik w Zawsze w konwencji dancingowej opowiada o kolejnych zawodach miłosnych. Andrzej Sosnowski w Domu ran robi coś w rodzaju „nakładki” na Paryski spleen Baudelaire’a i w krótkich poetyckich prozach opowiada historie mnogich światów. Jeśli francuski poeta opisywał doświadczenie człowieka przebywającego w Paryżu końca XIX wieku, który obserwował rodzący się kapitalizm, zmiany architektury, miejską atmosferę, przemijanie świata, to Sosnowski opisuje te doświadczenia z perspektywy XXI wieku: skompresowanej przestrzeni, gdzie gadają widma i trupy, a podmiot prosi by go przytulić, wysłuchać, pokochać i wyłączyć.

Barbara Klicka jest mistrzynią nastroju – wiem, że dziś może to zabrzmieć źle, ale to nastrój z Pikniku pod wiszącą skałą. Inwestujemy w niepewność i tajemnice bohaterek Klickiej. W nice radzą sobie one jakoś na powierzchni życia, w jego trwałych formach, ale cały czas kusi je znikanie: formy gotowe na metamorfozy. Klicka snuje intro-opowieści, wpuszcza trochę surrealistycznego powietrza do wiersza, ale świat, który pokazuje nie ulatnia się w postaci marzenia czy bajki: to świat, w którym nikogo nie obchodzi przegrana jej bohaterek.

Natomiast w Powązkach Tadeusz Pióro – jak przystało wyznawcy art pour l’art – mówi, że jego „królestwo jest nie z tego świata”. W kontekście różnych niecnych rozgrywek o władzę nad kulturą w ostatnim czasie to zdanie nabiera zupełnie innego znaczenia niż w XIX wieku. Realne, społeczne i polityczne przesuwa się w tym zbiorze na linii fantazmatu, pragnień i erotycznych scen ku temu, co potencjalne i niejasne. Poluzowanie formalne wiersza w Powązkach oraz spora grupa utworów będących manifestami „tego, czym jest poezja”, czyli udosłownienie frazy, zmienia, co oczywiste, intensywność wiersza Pióry. Nadal jednak ulubionym kamuflażem literackim jest dla tego poety erotyka i seksualność.

Urokom sceptycyzmu oddaje się też Paweł Marcinkiewicz w swojej kolejnej poetyckiej książce Majtki w górę, majtki w dół (Dom Literatury w Łodzi). Jego zbiór – sarkastyczny, ludyczny, gorzko-zabawny – wspiera ten sam gest, co książka Piotra Przybyły: poluzowania reguł odbioru poezji. Kpiarskie, wychwytujące tandetę kultury, polityki i literatury teksty Marcinkiewicza nie stronią też od dawania przyjemności „konsumentom”: pełno tu intryg, złych i dobrych bohaterów, komizmu sytuacyjnego, rywalizacji między różnymi bogami języka.

A to lista 10 najlepszych książek poetyckich tego roku dla tych, co lubią streszczenia (kolejność bez znaczenia):

  1. Kacper Bartczak, Wiersze biologiczne (Dom Literatury w Łodzi)
  2. Piotr Przybyła, Apokalipsa. After party (Dom literatury w Łodzi)
  3. Marta Podgórnik, Zawsze (Biuro Literackie)
  4. Barbara Klicka, nice (WBPiCAK)
  5. Michał Czaja, Sfory (WBPiCAK)
  6. Aldona Kopkiewicz, Sierpień (Lokator Media)
  7. Jakub Sajkowski, Google translator (Dom Literatury w Łodzi)
  8. Waldemar Jocher, Przetrwalnik (Hub Wydawniczy Rozdzielczość Chleba)
  9. Tadeusz Pióro, Powązki (Biuro Literackie)
  10. Paweł Marcinkiewicz, Majtki w górę, matki w dół (Dom Literatury w Łodzi)

Na koniec złota myśl. W zgodzie z pewną logiką (zwaną pynchonowską) stara kobieta z workiem na śmieci powinna zostać ministrem środowiska. Nikt jednak nie może jej znaleźć, by móc zaproponować jej pracę. To przypadek poezji (czy sztuki w ogóle): i ona – jako odpowiedzialna za zapadające w naszą zbiorową świadomość obrazy i znaczenia – mogłaby być w nieco innej pozycji instytucjonalnej i politycznej, ale, no cóż – nadal nie jest. Szkoda, bo czas już najwyższy.

Anna Kałuża