Rok 2015 w literaturze polskiej

28.12.2015
#
  • materiał graficzny

Jak wiadomo, listy najważniejszych książek danego roku nie są bynajmniej sporządzane w końcówce grudnia, lecz w styczniu – oczywiście nie roku następnego, tylko bieżącego. Tworzy się je w oparciu o zapowiedzi wydawnicze, a uwzględnia jedynie pozycje o największej – zazwyczaj z uwagi na osobę uznanego autora – przewidywanej sile oddziaływania na czytelników, czyli ewidencjonuje się murowane hity. Odnalazłem w sieci kilka takich wykazów pochodzących ze stycznia 2015 roku, analiza ich zawartości wydaje się doświadczeniem wielce pouczającym; naprawdę sporo można się dowiedzieć.

Bodaj najważniejsza wiadomość jest taka, że rządzi proza z importu. Wprawdzie nie jest to nowa tendencja, ale w roku 2015 dała o sobie znać – mam wrażenie – ze szczególną bezwzględnością. Cóż, ponoć jesteśmy ciekawi nowych dzieł światowych klasyków (Milan Kundera, Thomas Pynchon, Julian Barnes, Salman Rushdie, Jonathan Franzen i może jeszcze kilku), toteż nasza ciekawość została zaspokojona. Poza tym polski rynek literacki jest częścią rynku globalnego, a więc nie mamy wyjścia – musimy podziwiać kolejną wystrzałową powieść Stephena Kinga, celebrować wespół z całym światem rzekome objawienia (np. Szczygła Donny Tartt), cmokać nad kolejnymi tomami Mojej walki Knausgårda czy „przeżywać” publikacje w rodzaju Hotelu Finna Joyce’a, nie bardzo wiedząc, co tu właściwie „przeżywać” należy. Na szczęście, niekiedy wiedząc, czego przykładem żywa recepcja Uległości Houellebecqa – żadna polska powieść wydana w 2015 roku nie była nawet w jednej dziesiątej tak intensywnie dyskutowana jak najnowszy utwór Francuza.

Być może jest to zbyt śmiała teza, ale sądzę, że literatura polska stopniowo spychana jest na margines, osobliwie te jej odmiany, które zwykliśmy łączyć z obiegiem wysokim. Bo jednak, dajmy na to, Kasia Tusk jako autorka Elementarza stylu radziła sobie całkiem dobrze – w walce o względy czytelników, mając za konkurentów wymienionych tu klasyków, nie była chyba bez szans. A mówiąc poważnie – nasza przestrzeń lektury, złożona z książek pisanych po polsku, staje się coraz bardziej peryferyjna i koneserska. Oczywiście nadal cieszymy się aktywnością twórczą autorów, których za chwilę wymienię i obdarzę pochwałami, ale jednak w szerokim paśmie czytania ich dzieła mają, jak się wydaje, coraz mniejsze znaczenie. 

Wracam do styczniowych list czytanych w końcu grudnia. Nie mogło na nich zabraknąć pozycji stworzonych przez autorów, którzy wcześniej wyostrzyli nam apetyty. Z tym jednak było różnie. Rozczarowali „wyspiarze” – Joanna Bator i Igor Ostachowicz. Ale Marek Bieńczyk – rzekłbym – wprost przeciwnie: Jabłko Olgi, stopy Dawida to dzieło zdecydowanie lepsze, nade wszystko nieporównanie bardziej spójne, niż nagrodzona Nike Książka twarzy. Dobrych potwierdzeń mieliśmy więcej – Sylwia Chutnik ogłosiła niezłą powieść Jolanta, Michał Witkowski odzyskał dawną formę (tę z czasów Lubiewa), zerwał z koślawymi pseudokryminałami i dał efektowne Fynf und cfancyś, Łukasz Orbitowski (Inna dusza) pokazał, że nadzieje w nim pokładane nie były bezzasadne. I jeszcze tylko słowo o styczniowych zestawieniach: awizowano w nich nowe książki najważniejszych poetów naszej współczesności. Sądząc po licznych, niekiedy entuzjastycznych komentarzach krytycznoliterackich, mistrzowie nie zawiedli. Kto konkretnie? Na pewno Marcin Świetlicki jako autor Delty Dietla i Andrzej Sosnowski jako autor Domu ran.

Okrzepli i awansowali pisarze, którzy jeszcze kilka lat temu nie byli notowani na literackiej giełdzie. To bez wątpienia przypadek Andrzeja Muszyńskiego, który w 2015 roku wydał reportażową opowieść o Birmie (Cyklon) oraz swoją pierwszą powieść (Podkrzywdzie). Błysnął także Jakub Małecki, o którym – mimo całkiem sporego dorobku – raczej wcześniej nie słyszeliśmy, dając Dygot, miejscami świetny, w całości interesujący. A jeśli już o młodzieży literackiej mowa, to podobnie jak w poprzednich sezonach dobrych debiutów mieliśmy jak na lekarstwo. Pojawienie się debiutanckiego tomiku prozy Weroniki Murek (Uprawa roślin południowych metodą Miczurina) uznać trzeba za niezwykłe (i niestety absolutnie odosobnione) wydarzenie – jest w nim nie tylko świeżość, ale i jakiś nowy, zaskakujący pomysł na literackie obrazowanie. Inne prozatorskie debiuty 2015 roku, choć zgrabne i udane, mieszczą się w kanonie poprawności – jak Skoruń Macieja Płazy czy Atlas: Doppelganger Dominiki Słowik.

Dominantą roku 2015 było – jeśli wolno tak powiedzieć – dowartościowanie historii. Nie jest chyba sprawą przypadku, że najbardziej okazałe utwory tego sezonu to powieści historyczne, z których dwie zasługują na szczególną pochwałę: rewelacyjna Solfatara Macieja Hena i intrygujący Turniej cieni Elżbiety Cherezińskiej. Świetnie radziły sobie niefikcjonalne książki historyczne – można odnieść wrażenie, że ich autorom wypłacono premię za zwrot w stronę przeszłości. Przykłady pierwsze z brzegu to reportaż historyczny Magdaleny Grzebałkowskiej 1945. Wojna i pokój oraz proza wspomnieniowa Joanny Olczak-Ronikier Wtedy. O powojennym Krakowie. Również sposób, w jaki była prezentowana cudem odnaleziona powieść Marka Hłaski Wilk, daje wiele do myślenia. A przecież mieliśmy jeszcze, wydaną z 85-letnim poślizgiem, powieść Teodora Parnickiego Trzy minuty po trzeciej oraz tom pism rozproszonych i częściowo niepublikowanych Mirona Białoszewskiego (Proza stojąca, proza leżąca). Jeżeli do tego dorzucimy reklamę, jaka towarzyszyła pojawieniu się nowego przekładu Rękopisu znalezionego w Saragossie Jana Potockiego, to nie ma innego wyjścia – trzeba uznać, że historyczność/dawność stała się cennym atrybutem. Wydawcy zatem próbowali nas zainteresować problematyką, która do niedawna zajmowała tylko zawodowców – akademickich filologów bądź krytyków przekładu. Z niezłych chyba skutkiem próbowali, bo kiedy w ilustrowanym magazynie widzę tekst poświęcony dawnej i aktualnej translacji Rękopisu…, to wiem, że to coś znaczy.

Tak jak każdego roku, pisarze nasi podtrzymywali własną obecność. Niektórzy czynili to świetnie, inni rozpaczliwie. Na pewno nie zawiodła pierwsza liga reporterska (Małgorzata Szejnert jako autorka Usypać góry. Historie z Polesia, Wojciech Jagielski jako autor Wszystkich wojen Lary), honor pisarski obronili Krzysztof Varga (Masakra) i Jerzy Pilch (Zuza albo czas oddalenia), rozczarowali natomiast – chyba nie tylko piszącego te słowa – Szczepan Twardoch i Jacek Dehnel, którzy postanowili nakarmić wydawniczą bestię tomami zapisków dziennikowych. Cóż, rok bez nowej książki to rok stracony… Widać tedy wyraźnie, że położenie, w jakim znaleźli się ci świetni pisarze, niczym się nie różni od kondycji zawodowców wyspecjalizowanych w literackiej rozrywce. Marek Krajewski czy Katarzyna Bonda – nie mogło być inaczej! – także ogłosili nowe utwory.

Pora wreszcie wyjaśnić, dlaczego rok 2015 w polskiej literaturze rozpoznaję jako średni. Po pierwsze i od czego zacząłem, wydaje mi się, że nasze piśmiennictwo, naciskane przez literaturę w przekładach, dało się zepchnąć do defensywy. Po wtóre, dzieł ponadprzeciętnych bądź – zaszaleję przymiotnikowo – wybitnych starczy, żeby obsadzić nimi dwudziestkę – tyle książek, jak wiemy, jest nominowanych do Nagrody Nike. Ale zapasu, dającego większe pola manewru, raczej nie będzie. Po trzecie, interes się kręci, ale żadnych nowych trendów czy ożywczych bodźców nie ma. Przynajmniej ja ich nie dostrzegam.

Dariusz Nowacki