Pełną parą - rok 2013 w literaturze polskiej

27.12.2013
#

W 2013 rok wchodziliśmy w kiepskich nastrojach – wyniki badań czytelnictwa zawarte w raporcie Biblioteki Narodowej za rok 2012 miny nam skwasiły. Podówczas wydawało się, że polskie czytanie sięgnęło dna, że już mniej czytać nie można. Nie wiem, czy w roku 2013 czytaliśmy więcej, może niekoniecznie, natomiast nie ulega kwestii, że mogliśmy czytać wyjątkowo szeroko i rozmaicie, a nade wszystko intensywnie. Być może ruch wydawniczy zareagował na ów raport o stanie czytelnictwa cokolwiek paradoksalnie: odpowiedzią na malejący popyt stał się wzrost podaży.

Czy sformułowaną tu intuicję dałoby się poprzeć jakimś, choćby najskromniejszym, dowodem? Mam nadzieję, że tak. Otóż nie pamiętam, aby w przeszłych sezonach tak często pojawiały się dwa tytuły jednego autora sygnowane tą samą datą wydania. Wypada dać kilka najwyrazistszych przykładów i zarazem przypomnień. W jednym roku 2013 ukazała się znakomita powieść Wiele demonów Jerzego Pilcha i równie okazały Drugi dziennik tegoż autora, dwie świetne książki podarował nam Filip Springer (Zaczyn i Wanna z kolumnadą), dwie obszerne biografie (Brzechy i Tuwima) ogłosił Mariusz Urbanek, niejako „podwójnie” zadebiutowali Ziemowit Szczerek (Przyjdzie Mordor i nas zje oraz Rzeczpospolita zwycięska) i Andrzej Muszyński (Południe i Miedza), a i hat-tricki można by wyśledzić; wśród nich zwracają uwagę te „skondensowane” w czasie. Oto bowiem w ciągu trzech letnich miesięcy ukazały się trzy tomy prozy Huberta Klimko-Dobrzanieckiego: nowa powieść Grecy umierają w domu, premierowy zbiór opowiadań Pornogarmażerka oraz wznowienie „trylogii islandzkiej” w nowym układzie (pod jedną okładką Dom Róży, Krýsuvík i Kołysanka dla wisielca). Osobliwy rekord, jeśli idzie o „kondensację”, ustanowiła Inga Iwasiów – w ciągu trzech jesiennych tygodni (sic!) ukazały się trzy książki tej autorki: intymny „notatnik z żałoby” Umarł mi, publicystyczne Blogotony i krytycznoliterackie, poświęcone prozie kobiet Granice.

Podaję przykłady podwójnych, a nawet potrójnych wystąpień dla retorycznego efektu, mając oczywiście świadomość, że mogły się wziąć z rozmaitych okoliczności wydawniczych i że nie zawsze były intencjonalne. Niemniej to niezwykłe wzmożenie czy „zagęszczenie” coś chyba znaczy. Wierzę, że nie tylko to, że nasi autorzy piszą szybciej, niż jesteśmy w stanie ich czytać.

Intensywność, którą tu wydobyłem, nie jest szczególnie istotna – ważniejsza jest, jak zawsze przecie, jakość artystyczna i intelektualna. Najoględniej rzecz ujmując, powiedziałbym, że rok 2013 był sezonem literackich potwierdzeń. Chcę przez to powiedzieć, że najlepiej wypadli ci, którym wcześniej – przed wieloma laty bądź całkiem niedawno – wyznaczono pewne role do odegrania. A więc Wiesław Myśliwski (Ostatnie rozdanie) nie zawiódł jako pisarz olimpijski, depozytariusz mitu tzw. prawdziwej literatury, dostarczyciel powieściowych arcydzieł. Zdaniem niektórych krytyków nie zawiódł także Eustachy Rylski (Obok Julii) – nieodmiennie przedstawiany jako wielki realista, znakomitość naszej prozy. Jarosław Marek Rymkiewicz (Reytan) pięknie domknął swoją tetralogię o zdradzie i upadku Rzeczpospolitej, a Marcin Świetlicki (Jeden) czy Julia Hartwig (Zapisane) wykazali, że w pełni zasłużyli na uprzywilejowane pozycje, jakie zajmują na poetyckim parnasie. Czy w podobnym tonie nie należałoby się wypowiedzieć na temat książek (z datą 2013) Justyny Bargielskiej (Małe lisy jako udana kontynuacja, pod względem poetyki i stylu, przebojowych Obsoletek), Ignacego Karpowicza (świetne Ości po dobrze przyjętych Balladynach i romansach) czy Piotra Pazińskiego (Ptasie ulice jako dopełnienie Pensjonatu)? Myślę, że nie ma żadnych przeciwwskazań, a przykłady tego rodzaju można by mnożyć w nieskończoność. Marian Pilot (Osobnik) udowodnił, że nie ma u nas drugiego takiego pisarza, który z językiem polskim może zrobić wszystko, a nawet więcej, Janusz Głowacki (Przyszłem) kolejny raz zachwycił dowcipem i szlachetnym cynizmem, Wojciech Tochman (Eli, Eli) czy Artur Domosławski (Śmierć w Amazonii) również nie zawiedli.

Ta logika potwierdzeń jak najlepiej świadczy o kondycji naszej literatury – po prostu mamy mistrzów, klasyków współczesności, majstrów trzymających poziom, pisarzy markowych w najlepszym znaczeniu tego słowa. Wiemy, czego można się spodziewać, a nade wszystko, że warto im lekturowo towarzyszyć, czekać na kolejne książki opatrzone „dobrymi nazwiskami”. Ale żeby nie było tak słodko – wystrzałowych debiutów rok 2013, moim zdaniem, nie przyniósł. Jeśli więc idzie o prozę artystyczną, na której najmniej się nie znam, z żalem konstatuję, że nie uwiódł mnie nikt, no chyba że przyszłoby szukać – trochę rozpaczliwie – w późnych debiutach. Paweł Potoroczyn jako autor Ludzkiej rzeczy bodaj nie miał konkurentów; do tej pozycji, choć z licznymi zastrzeżeniami, dorzuciłbym pierwszą powieść w dorobku Jana Polkowskiego, czyli Ślady krwi. Nie brakowało jednak debiutów, o których zwykło się mówić, że są obiecujące; tu wymieniłbym Nocne zwierzęta Patrycji Pustkowiak, Horror vacui Katarzyny Gondek i Zaćmienie Agnieszki Wolny-Hamkało. W domenie poetyckiej najtrudniej o orientację; przyciśnięty do muru przyłączyłbym się do zachwytów nad Skarbem piratów Xawerego Stańczyka.

Ogólny wniosek może być tylko jeden – kręci się, ba!, idzie pełną parą! Wymieniłem tutaj ze dwa tuziny tytułów ogłoszonych w roku 2013, pominąłem zapewne setkę tych, które trzeba by uznać za ciekawe, godne polecenia, nietuzinkowe, z jakichś powodów zajmujące. Coraz trudniej wierzyć, że żyjemy w epoce postliterackiej i że w ogóle mamy jakiś kryzys. Może gdzie ów kryzys jest, ale w księgarniach go nie widać.


Dariusz Nowacki