Warsztat pracy: Julia Hartwig

#
  • fot. Krzysztof Dubiel / Instytut Książki

Marcin Wilk: - Ma Pani swoje ulubione pory do pracy?

Julia Hartwig: - Po odbyciu porannej toalety mam zwyczaj od razu siadać do biurka. Przeglądam materiały z poprzedniego dnia, planuję czekające mnie prace. 

- Czyli do pracy ranki?

- Należę do tych, którzy najlepiej pracują od popołudnia do późnego wieczora, czasem zarywając nawet noce. Rano pisze mi się gorzej, wyobraźnia nie jest jeszcze dostatecznie rozbudzona. Ale i w tych warunkach wiele zadań udaje się wykonać.

Po odpoczynku obiadowym zasiadam jeszcze raz do biurka i już - poza przerwą na kolację i domowa krzątaninę - nie wstaję od niego nieraz aż do północy.

- Wszystko zależy pewnie od tego, co Pani pisze.

- Bywają takie okresy, gdy piszę rzeczy użytkowe. Na przykład ktoś zamawia u mnie recenzję albo wypowiedź w ankiecie. To się często zdarza. Ten rodzaj zasięgania opinii jest na porządku dziennym.

- Chodzi Pani o publicystykę?

-  Do publicystyki zabieram się rzadko.  

- Tyle o poranku. A jak układa się dzień dalej?

- Popołudnie staram się zachować dla siebie. W Warszawie teraz jest bardzo trudno ocalić czas niezaplanowany. Czyha mnóstwo różnych pokus: zebrania, spotkania, widowiska, koncerty. Niewiele z tych dobrodziejstw korzystam, zawsze z umiarem. Gdybym mnie to życie artystyczne zbytnio pochłonęło, zapewne niewiele bym napisała. Na przykład nie skończyłabym "Dziennika", którego drugi tom właśnie wyszedł i pracuję teraz nad tomem trzecim.

 - A poezja?

- Poezja ma zawsze pierwszeństwo, ale gotowość do napisania wiersza pojawia się nieczęsto, takie dni uważam za szczęśliwe...

- Pani planuje swoje pisanie?

- Rzadko. Oczywiście są pewne przebłyski, coś świta, a potem przychodzi taki moment, że trzeba juz wziąć pióro do ręki i nawet pospieszyć się, by wiersz nie uciekł. Pilnuję, rzecz jasna, pewnego porządku dnia, jestem skrupulatna, ale w przypadku wierszy zostawiam sobie zupełną swobodę.

- Zdarzają się wtedy te "szczęśliwe chwile". Rozprasza się Pani często?

- Pan wie dobrze, jak to wygląda - bezustannie nam coś przeszkadza. Przez lata całe byłam czynnym uczestnikiem życia kulturalnego i pisarskiego. Zasiadałam w komisji przyjmującej  nowych członków do Stowarzyszenia Pisarzy, przez długie lata pełniłam obowiązki viceprezesa. Od wielu lat jestem już wolna od takich obowiązków. Moja społeczna działalność jest ograniczona.

 - Zapisuje Pani pomysły?

- Czasem notuję jakiś obrazek albo ciekawy zwrot czy wyrażenie. To są krótkie notatki, które mają pobudzić moją pamięć.

- Na luźnej kartce czy w zeszycie?

- Bywały to luźne zapiski, których nie przechowywałam. Ktoś z przyjaciół uznał, że powinnam była je przechowywać, składać je do domowego archiwum.

- Czyli luźne karteczki?

- Teraz jest już notes. Te notatki odczytuję czasem wieczorem. Często coś znajdę, ale nie zawsze.

- No, a jak telefon zadzwoni w trakcie pisania?

- Odbiorę. Nie mogę sobie pozwolić na to, żeby nie podjąć słuchawki. Dzwonią przyjaciele, albo pojawiają się jakieś nowe sprawy.

- Słucha Pani muzyki w trakcie pracy?

- Bardzo często. Mam spory zbiór płyt. Wybieram oczywiście ulubione utwory, zdarza się, że  ulubiona płyta rozbrzmiewa całymi tygodniami. Tak jest na przykład z Haydnem. Ta muzyka leci gdzieś w tle, nadaje tonację, w której się obracam, czasem przenosi poza rzeczywistość.

- Nie rozprasza?

- Czasem czuję, że to mi przeszkadza. Nagle zaczynam myśleć o muzyce. Wtedy wyłączam.

- Pierwszy szkic powstaje na kartce?

- Czystej. Zapisuję długopisem. Bywa, że powstaje jedna strofka. Odkładam. I potem powracam. Nie każdego dnia zapisuję.

- Dużo jest skreśleń?

- Zdarza się. Ale bardzo często forma zostaje, a podczas pracy zastanawiam się, jaką to może mieć kontynuację. Czasem zmieniam stronę, skreślam i w to miejsce powstaje zupełnie coś innego. Ciągła, cierpliwa praca.

- Co jest na biurku poza kartką papieru, na której Pani zapisuje?

- Komputer, drukarka, no i zawsze coś leży, co akurat nie jest potrzebne. Czasem są to książki, które czytam, albo jakieś szpargały. Ale mnie to nie interesuje, więc też i nie rozprasza.

- Jest Pani skupiona.

- W ostatnich latach, może to zabrzmi dziwnie nawet dla mej samej, jestem pochłonięta pracą. Ona wypełnia moje dni. Ku mojemu zadowoleniu.

- Jak wygląda Pani odpoczynek?

- Po prostu kładę się i albo na krótko zasypiam, albo coś czytam. Zawsze mam książki koło łóżka. Często wieczorem kładę się wcześniej i czytam. Uważam to za wspaniały czas.

- I co teraz znajduje się obok łóżka Julii Hartwig?

- Proszę spojrzeć: Krzysztofa Michalskiego "Eseje o Bogu i śmierci", Leszka Kołakowskiego "Jezus ośmieszony", zbiór Eliota i eseje o nim Krzysztofa Boczkowskiego. Tę ostatnią książkę bardzo cenię. Autor znakomicie komentuje Eliota.

- I tomik Krystyny Dąbrowskiej "Czas i przesłona".

- Bardzo dobry. Widać tu taką solidność w stosunku do życia i poważny sposób traktowania wierszy.

- Pani miewa blokady twórcze?

- Umysł i wyobraźnia czasem czują się zmęczone. Jeśli nie damy im odpocząć, to i tak nic z tego nie wyjdzie. Na ogół trzeba po prostu przeczekać, odświeżyć umysł.

- A w trakcie?

- Dobra lektura, spacer, czasem ktoś się pojawi i jest miła pogawędka.

- Korzysta Pani z Internetu?

- Oczywiście. Od lat. W czasie pracy, rzecz jasna, wyłączam.

- Ale poza domem pewnie pracuje Pani rzadko?

- Jak wyjeżdżam do Obór, świetnie mi się pracuje. Nakarmią, a także spacer zapewniony. Nie umiem jednak tak jak Iwaszkiewicz pisać w pociągu.

- Pani konsultuje z kimś swoje teksty?

- Zdarzało się, że pytałam mojego męża, Artura Międzyrzeckiego. Był dobrym sędzią. Poza tym bardzo szanował moją twórczość.

-  Dwoje poetów pod jednym dachem?

- Świetnie dawaliśmy sobie z tym radę. Pracowaliśmy w osobnych pokojach. Nie mieliśmy nigdy w zwyczaju, żeby komunikować się podczas pracy.

- Nie czytaliście?

- Czasem tak, czasem nie, ale zawsze byliśmy swoich wierszy ciekawi. Mogliśmy przecież  o tym porozmawiać, tematy literackie uznaliśmy niejako za zawodowe. Broniliśmy się przed szablonem małżeństwa literackiego. Od literatury zawsze ważniejsze było życie.

- A teraz? Pani konsultuje z kimś swoje teksty?

- Nie przyszłoby mi to do głowy. Wolę, żeby wiersz  trafił do chętnych dopiero w druku..

- Dlaczego?

- Jak to miałoby wyglądać? Dać drugiemu poecie? Nie wypada. To, co mnie interesuje, nie musi wszystkich interesować. A poza tym jestem osobą bardzo zamkniętą. I tak sporo już z mojego życia weszło do moich "Dzienników".