Warsztat pracy: Mariusz Szczygieł

#

Marcin Wilk: - Jako zodiakalna Panna musisz być nieludzko poukładany.
Mariusz Szczygieł: - Ktoś z rodziny, kto chciał u mnie przenocować, bo moje mieszkanie nie jest małe, ma 84 metry - był bardzo zdziwiony, kiedy powiedziałem: "Dobrze, ale tylko na jedną noc". Zdarzało się, że proponowałem opłacenie hotelu, byle nie spano u mnie. Ostatnio moją przyjaciółkę, która zawsze u mnie zatrzymuje się, gdy przyjeżdża z Włoch, oddelegowałem do innego miejsca. Dlaczego? Otóż kiedy piszę, nikogo nie może być u mnie w domu.
- Niezbyt to miłe.
- Nie jestem w stanie się skupić, kiedy mam świadomość, że ktoś jest w domu. A jak nie piszę, to nie zarabiam. Kupiłem to mieszkanie do pracy! Ono jest tak urządzone, że gdybym musiał zostać tu przez miesiąc, to nie będę się nudził. Zdarzało się już, że gdy pisałem jakiś reportaż lub fragment książki, prawie w ogóle nie wychodziłem. Gdy pracuję, jestem w ciągu. Piszę od 22.00 do 6.00  rano. No, obecnie jestem starszy - to już tylko do 4.00.  Inaczej nie umiem.
Teraz, gdy rozmawiamy...
- ...mamy 14.00 z minutami...
- ...i boli mnie głowa. Wciąż nie mogę się rozbudzić. O tej porze nic nie napiszę. Długo się zbieram. Na ogół o godz. 16.00-18.00 chciałbym coś napisać, ale nie mogę. O 22.00 wreszcie się udaje. Albo i nie.
- Późno wstajesz.
- I z tego wynikają kłopoty. Bo pracuję przecież w Instytucie Reportażu, gdzie mamy imprezy, spotkania, trzeba wiele spraw załatwić. Na przykład do 15.00. Wojtek Tochman nie może się nadziwić, że ja nie jestem w stanie przyjść na 9.00. A ja o tej porze nie wiem, jak się nazywam.
- No to jak ta Twoja praca, gdy inni śpią, wygląda?
- Po nocy chodzę często po mieszaniu i powtarzam na głos różne zdania. Zaglądam czasem do cudzych książek. Siadam na jednej kanapie, potem na drugiej. Kładę się na chwilę, włączam muzykę...
- Internet masz włączony?
- Tak. Sprawdzam tam różne rzeczy. Mam natomiast zamkniętą pocztę. Codziennie dostaję 30-50 maili, na które muszę odpisać. A że lubię wszystko od ręki załatwiać, więc takie odpowiadanie na bieżąco by mnie rozpraszało.
- Porządek. Przypuszczam, że robisz w związku z tym kopie zapasowe na wypadek, gdy się zepsuje komputer.
- Nie rozumiem, jak się może komputer zepsuć. Nie pojmuję też tego, jak komuś może upaść laptop. Albo że ktoś zalał komputer. Albo że pada mu dysk. Mnie się to nigdy nie przytrafiło.
- No to masz szczęście. A słuchasz czegoś podczas pisania?
- Czasami muzyki. Zauważyłem, że mózg mi się otwiera przy Vivaldim. W ogóle muzyka poważna dobrze działa, jeśli chodzi o pisanie.
- Robisz duże przerwy między poszczególnymi tekstami czy raczej nie ma na to czasu?
- Zdarza się, że felietony do "Dużego Formatu" piszę godzinę. Ale czasem i pięć dni. Po trochu każdego dnia. I tu przerw nie ma. Muszę przecież co tydzień oddać tekst. Dłuższe odstępy czasu raczej dotyczą reportaży.
- Są takie sytuacje, że długo się zastanawiasz nad jednym zdaniem?
- Bywają. Czasem trzeba wymyśleć coś nowego. Stephen Clarke, Brytyjczyk, który pisze reportaże o Francji, musiał raz poinformować czytelnika, że miejscowa urzędniczka spojrzała na niego z niechęcią. "Spojrzała na mnie z niechęcią"? No, można tak napisać, ale co to za zdanie! Clarke napisał więc: "Spojrzała na mnie tak, jak musiał patrzeć George Bush na portrety Saddama Husajna".
- Niezłe. Ciekawe, co się dzieje w mózgu podczas takiego kombinowania.
- Ja jestem absolutnie skupiony. W moim mózgu dużo się dzieje. Jest tam lepko i gęsto. Ale muszę przyznać, że często przychodzi mi coś bardzo łatwo. Gdy rozmawiam z ludźmi, często przypadkowymi, wyświetla się na przykład gotowe zdanie.
Ostatnio widziałem się z architektem, który wszystko krytykował. I nazywał ludzi i zjawiska "kretynami" oraz "kretynizmem". I nagle zobaczyłem gotowe zdanie: "Dzisiejszy świat może opisać przy pomocy jednego słowa. Brzmi ono: kretynizm".
- A co się dzieje, gdy temat Cię nudzi?
- Uwielbiam tematy, które mnie nudzą! Jestem strasznie ambitny i moje pisanie wzięło się z tego, że gdy zaczynałem w wieku lat szesnastu, to moją motywacją było, by wszyscy zobaczyli, że ten Szczygieł ze Złotoryi to nie jest taki głupi chłopak. Kiedy miałem więc nudny temat, a tak się zdarzało na początku mojej pracy w "Gazecie Wyborczej", i trzeba było pisać o denominacji złotówki, czy wypełnianiu PIT-ów, wtedy ja to z chęcią brałem. Chciałem się popisać i udowodnić, że zrobię tekst, od którego nie będzie można się oderwać. Zawsze powtarzam maksymę Ernesta Skalskiego: dobry reporter uwędzi bimber nawet z nogi od krzesła.
- Nie ma tematów, których nie mógłbyś podjąć?
- Są. Portret sportowca? Nigdy w życiu. Nie obejrzałem nigdy żadnego meczu ani zawodów. Jak widzę gdzieś rywalizację, kłótnie, walkę i wojnę, to mój mózg się wyłącza.
- Eee. Nie wierzę.
- Poważnie. Już się nie napinam. Koniec z tym. Choć znam przykłady fantastycznych tekstów o sporcie. Ota Pavel, czeski reporter sportowy, pisał o pewnym kolarzu, który w jednym roku został w Wyścigu Pokoju, mistrzem świata, a w następnym był ostatni w klasyfikacji. Zarzucił więc sport i został kierowcą ciężarówki. Wtedy Ota Pavel jeździł z nim przez cztery dni jako pomocnik. No! Takie reportaże to ja mógłbym pisać. Z tym, że to już nie jest tylko o sporcie, a o porażce, wstydzie i ironii losu.
- Czyli dużo chodzisz po mieszkaniu. A jakieś dolegliwości?
- Fizyczne to raczej nie. Chodzi o przemieszczanie się.
- Więc jest idealnie i nic Cię nie boli.
- Czasem się przenoszę z biurka na kanapę do salonu, żeby pisać trochę w innej pozycji. Ale to dla mózgu jest bardziej niż dla ciała. Wydaje mi się, że jak zmienię pozycję, to nowe rzeczy mi przyjdą do głowy.
- No to ile trwał Twój najdłuższy maraton pisarski?
- Trzy tygodnie. Nie chodziłem do redakcji, zamawiałem obiady i spałem. Poza tym cały czas pisałem. Działo się to przy rozdziale o Batach w "Gottlandzie", przy reportażu o pomniku Stalina z tej samej książki czy reportażu o Davidzie Czernym do "Zrób sobie raj".  Ten ostatni był trudny, bo bohater w życiu był jajcarzem i trzeba było to jajcarstwo oddać w tekście.
- Podejrzewam, że jako ta Panna przed napisaniem czegokolwiek masz ścisły plan. Struktura i te rzeczy.
- Od niedawna jest duża tablica, na której zapisuję to wszystko. Wcześniej rozrysowałem plan w komputerze. Zresztą gdy siadam do pracy, na ogół większość materiału mam już w głowie napisaną. Wiem, co będzie na początku i co ma być na końcu. Pierwsze zdanie i puenta.
- "W głowie napisaną" - a to dobre!
- Tak. I dlatego gdy jeżdżę na rowerze wzdłuż Wisły, często ludzie się kłaniają, a ja ich nie zauważam.
- Piszesz.
- Jeżdżę na rowerze i piszę. Jestem na siłowni i piszę. Gdy mam już większość rzeczy na tym rowerze czy na tej siłowni przemyślanych, siadam do pisania. Ale to i tak trwa ostatecznie ze trzy tygodnie. No, czasem może godzinę. Najgorsze, że jak ćwiczę na tej siłowni, to wiele osób chce w trakcie ćwiczeń, zwłaszcza tych aerodynamicznych, rozmawiać. I wtedy nici z pisania i nici z treningu. Nie znoszę tego. W ogóle kiedy piszę, nie znoszę ludzi. Kocham ich, jak już napiszę.