Oddać Schulzowi głos

Henryk Waniek
#

Początek był niełatwy. Sam tytuł tej książki (Trans-Autentyk) nasuwał mi błędne, jak się okazało, skojarzenie. A z kolei podtytuł (Nie-czyste formy Brunona Schulza) odczytałem jak sygnał ostrzegający, że gdzieś tu czai się widmo Witkacego i jego czystej formy, która nie wiadomo dokładnie czym jest. Wszak Jan Gondowicz zakochany jest w Witkacym po uszy.
Więc pierwszy rozdział czytałem nieufnie z powodu pewnej idiosynkrazji, a ze szkodą dla jakości lektury. W konsekwencji nie dałem się przekonać, że między Schulzem a S.I. Witkiewiczem istniały więzy przyjaźni, zrozumienia i wzajemnych wpływów. Wszelkie podobieństwa między nimi – nieliczne i wątpliwe – uznałbym raczej za sploty okoliczności, zwykłe i powszechne.

Dowody, jakie przedstawił autor, wydały mi się lekko naciągane, bo nie tyle były logiczne, ile emocjonalne. Ale nie przeoczyłem, że nie jest to akademicka – oschła i nudnawa – sekcja na zwłokach obrazów i słów wielkiego mistrza, za jakiego mamy Bruna Schulza. Niech i nawet „Brunona”, choć ta forma mniej mi odpowiada. Ów pierwszy rozdział pokazał mi jednak, że choć zawsze starałem się czytać Schulza „głęboko”, to naprawdę głęboko potrafi to robić tylko Gondowicz. Głębiej i szerzej, bo – co ma kolosalne znaczenie – swoje odczytanie wkłada w rozległy kontekst swego oczytania. Więc choć lektura zaczęła się pod złą gwiazdą, dla przyzwoitości książkę przeczytałem na tyle uważnie, na ile to tylko możliwe. Na szczęście!

Bo na dalszych stronach, a nawet już od drugiego rozdziału (Rzeczy bez nazwy, miary i rachuby) moje naburmuszenie zaczęło się kurczyć, maleć, aby zniknąć bez śladu. Później było coraz lepiej, aż do końcowego niemal-entuzjazmu. Niemal, bo jestem podejrzliwy wobec własnych uniesień, tak jak i cudzych nalegań, by we wszystko natychmiast uwierzyć. A Gondowicz potrafi to robić. Iskrzący erudyta, pasjonat i wielki amator (w sensie łacińskiego amo), hipnotyzujący czytelnika lub słuchacza kwiecistymi dygresjami, które niespodziewanie stają się poszlakami w jego apologiach. Ale tu chodzi przecież o najlepszego pisarza międzywojnia. Trudno się nie zasłuchać w (następnie zaś dać się uwieść przez) strzeliste zachwyty, jakimi autor tej książki hojnie szafuje.

Tę wielkość, zarówno on, jak i czytelnik, przyjmują jako fakt oczywisty. Nie ma dziś potrzeby, by jej dowodzić. Mówię o wielkości Schulza. Co najwyżej, można żałować, że jej nie doświadczą osoby spoza kręgu języka polskiego. Bo piękno w nieczystym ujęciu Schulzowskim jest nieprzetłumaczalne. Niezwykła czułość, z jaką Gondowicz gospodaruje twórczością Schulza, jest jednak nieco pesząca: uświadamia mi, na jak wiele rzeczy byłem ślepy i głuchy, czytając Sanatorium pod Klepsydrą czy podziwiając jego cliché verre. Już będąc w połowie książki Gondowicza, wiedziałem, że gdy ją skończę, będę musiał raz jeszcze poczytać sobie Schulza.

Jak rzekłem, nie jest to praca badawcza; obwarowana została bibliografią i tonem naukowego „obiektywizmu”, a jej przypisy w większości są cennymi dygresjami. Trzeba tę książkę przyjmować jako utwór autorski, pełen barwnych subiektywizmów i miłosnego podejścia do twórcy Sklepów cynamonowych oraz Xięgi bałwochwalczej. Zatem Gondowicz nie napisał certyfikatu geniuszu Schulza. To już zrobili – i jeszcze będą czynić – inni. Kto wie czy nie z gorszym skutkiem? Bo nikt, jak on, nie zajrzał pod powierzchnię, tknięty przeczuciem, że trafi na kłębowisko tajemnic. I wydobył rzeczy co najmniej zaskakujące, jeśli nie sensacyjne, z tych mało uczęszczanych rejonów twórczości nauczyciela rysunków w Drohobyczu. Poddał się tym jakościom, a że jest widzem bystrym, obytym i oczytanym, trafnie kojarzy i wyciąga wnioski potrafiące rozdziawić usta każdego czytelnika.

Na tylnej okładce znalazły się rekomendacje Janusza Deglera: „Dowiadujemy się wreszcie, dlaczego Schulzowskim boginiom towarzyszą psy, czemu konsekwentnie przedstawia on tygrysy bądź półtygrysie chimery, jakie znaczenie kryją występujące w większości rysunków wieże kościołów lub szczyty kamienic, dlaczego łoża, na których spoczywają nagie kusicielki, mają rozfalowane brzegi”. Może profesor Degler nieco przesadził, ale książce należą się istotnie pochwały, choć niekoniecznie ze względu na wieże kościołów czy rozfalowane brzegi łoża. Dla mnie znacznie ważniejsze były zręby jakiejś zgoła teozoficznej doktryny, z której najpierw wykluwa się język obrazów Schulza, a później, wobec jego ograniczeń, język literatury. Gondowicz próbuje je odnaleźć i robi to skutecznie. Interesujące są też próby rekonstrukcji lektur Schulza czy jego podatności na ówczesne idee. Bo w samej rzeczy, tak spoza jego tekstów, jak i form graficznych wyłaniają się kontury epoki, która jakby z wolna zapada się w samą siebie, a w której przyszło mu żyć. Postrzegamy ją dziś jako świat bezpowrotnie upadły; jego poznanie wymaga już środków zgoła archeologicznych.

Trzeba tu wreszcie powiedzieć, że Trans-Autentyk jest zbiorem rozpraw, a poniekąd gawęd, skupiających się tyleż na twórczości pisarskiej, co i obrazowej. Niemal z każdym odwróceniem strony mamy jakieś rysunkowe dzieło. Przede wszystkim Schulza. Wybór bogaty. Jakość reprodukcji bez zarzutu. Są one częścią „materiału dowodowego”. Na jego podstawie Gondowicz snuje swe rewelacje. Nie wszystkie są w równym stopniu odkrywcze. Za nieco przesadę uznałbym odkrycie „inwersji”, to znaczy sensów, jakie odsłania oglądanie pewnych szczegółów rysunkowych „do góry nogami”. „Nikt przez kilkadziesiąt lat obcowania z twórczością Schulza nie dostrzegł tych jego sekretnych praktyk rysowniczych, które stanowiły swoistą grę z iluzją” – pisze dalej Janusz Degler, mając pewnie na myśli owe „inwersje”, których odkrycie zachwyciło Gondowicza i zawiodło go w (jedyny!) ślepy zaułek tajemniczego, drohobyckiego kosmosu. Choć czasem spotykam się z opinią, że klasa rysownicza Schulza była zgoła konwencjonalna, uważam, że pod względem artystycznego métier był wiele pięter powyżej Witkacego. Również w twórczości plastycznej. Tyle że Schulz zaspokajał się wizją szkicową, znakiem syntetycznym, pobudzającym dociekliwość widza.

„To co u Schulza ukryte, zarazem maskuje się i odsłania… Rzeczą dociekliwego czytelnika, jakim chciałby być autor tej książki, jest wytropić [to] w labiryncie tekstu, pośród sprzeczności i szyfrów, by oddać im głos” (Jan Gondowicz). I tak właśnie jest.

Jan Gondowicz
Trans-Autentyk. Nie-czyste formy Brunona Schulza
Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy, 2014