| "Lekka komedia" Eduardo Mendoza
Kryminalne zagadki Barcelony. "Ciąża służącej"
Hasło: kryminał. Skojarzenia: Agatha Christie, Krajewski, Pasewicz, seria Millenium, Kryminalne zagadki Las Vegas, Kryminalne zagadki Nowego Yorku, Kryminalne zagadki Miami… Ulubione: ?
Podobno na jednym ze spotkań autorskich Pasewicza miał mieć pewien incydent: poirytowany czytelnik w którymś momencie wstał i nazwał autora kłamcą, bo… ten błędnie opisał czas podróży pewnym pociągiem hiszpańskich linii kolejowych (mętna pamięć, ale mam nadzieję, że Pan Pasewicz się nie obrazi). Czego ma dowodzić owa anegdota? Ano tego, że dobry kryminał musi być nie tylko atrakcyjny w fabule i postaciach, lecz także powinien być precyzyjną konstrukcją faktograficzną, dokładną niemal tak jak szwajcarski zegarek. Od razu więc składam oficjalne oświadczenie, drogi czytelniku: kryminałów nie czytuję, ale żywię szacunek dla większości autorów tego typu literatury. Dziś natomiast słów kilka o książce, która opowieścią kryminalną jest skrojoną na miarę: mamy klasyczną zbrodnię, mamy krąg wysoko postawionych podejrzanych, mamy gliniarza à la detektyw Rutkowski i mamy w końcu głównego bohatera, który, niestety, nie potrafiąc oprzeć się wdziękowi kilku dam i dość przypadkowo zawiązanej znajomości z denatem, popada w niezłe tarapaty. A zatem "Lekka komedia" Mendozy i historia pewnej zbrodni.
Główny bohater powieści to postać wciąż młodego hiszpańskiego komediopisarza, Carlosa Prullasa, który zabawia hiszpańską publiczność swoimi sztukami, pisanymi w starym klasycznym stylu. Do tego ożeniony z córką przedsiębiorcy o pokaźnym stanie konta, co pozwala bohaterowi na żywot człowieka poczciwego. Śledzimy więc historię signiore Prullasa w powojennej Barcelonie, kiedy to Europa próbuje złapać drugi oddech, rozpoczynają się pierwsze procesy nazistowskich zbrodniarzy, a na horyzoncie kulturalnym pojawia się postać Jeana Paula Sartre i nowa filozofia egzystencjalizmu, która z czasem opanuje intelektualne elity Starego Kontynentu.
Jesteśmy więc świadkami nabierającej teatralnych barw komedii Pa, pa, cwaniaczku!, ciekawej relacji Prullasa z Mariquitą Pons, jedną z aktorek w jego sztuce, przelotnego romansu z Marichuli Mercadal i równie krótkiej znajomości z panną Villalaby. W międzyczasie poznajemy stosunki pisarza z jego teściami, żoną i dziećmi. Jednym słowem: okropnie nudno.
Aż tu nagle Prullas pojawia się na pewnym przyjęciu, gdzie zblazowana elita Katalonii bawi się w najlepsze, a nasz bohater za wszelką cenę próbuje się stamtąd wydostać, dopóki nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu niejaki Ignacio Vallsigori, dobrze usytuowany biznesmen, a przy tym niezły lekkoduch i kobieciarz. Jedna noc – jedna znajomość – duży problem.
Tak oto pewnego dnia główny bohater powieści Mendozy staje się podejrzanym o zabójstwo Ignacio Vallsigoriego, a dowieść tego próbuje nieustępliwy jak strażnik Teksasu - don Lorenzo Verdugones.
Tak oto rozpoczyna się – w moim odczuciu - właściwa część tej książki. Prullas, choć niewinny, musi dowieść, że nic z morderstwem wspólnego nie ma.
Początkowo stara się znaleźć popleczników, którzy mogliby wstawić się za nim u don Lorenzo, lecz kiedy nawet wieloletni przyjaciel Gaudet odcina się od jego sprawy, Prullas decyduje się na własne śledztwo.
I tak oto kluczymy z głównym bohaterem, każdy nowy trop zmienia perspektywę tego, kto może być właściwym zabójcą. Wydaje się, że każdy mógł mieć motyw, po czym w finale okazuje się, że sprawcą była… dawna służąca przedsiębiorcy i jej konkubent. Panicz niegdyś wydalił sprzątaczkę, gdy ta niespodziewanie zaszła w ciążę, więc niesforna sprzątaczka postanowiła się zemścić. Na jaw wychodzą również układy denata, jego powiązania z wysoko postawionymi urzędnikami, brudne interesy, a odkrycie to Lorenzo Verdugones przypłacił posadą. Z kolei Prullas po rozwiązaniu sprawy postanawia naprawdę toczyć żywot poczciwego obywatela, u boku żony i z przejętym po teściu interesie.
I teraz przychodzi ten moment, kiedy warto samego siebie zapytać: Dlaczego warto sięgnąć po książkę Mendozy? Bo jest krótka? Nie, objętościowo liczy sobie prawie pięćset stron? Bo jest zabawna jak dobra komedia? No, humoru w tej powieści jest jak na lekarstwo, poza fragmentami domniemanej sztuki Prullasa trudno o garść dobrych żartów. Bo jest ogólnie dobra i wartościowa? Odpowiadam sobie: ?
Powieść Mendozy ma w sobie coś takiego, że instynktownie wyczuwa się, że nie jest najgorszej literackiej jakości, ale czegoś jej brak. Drogi czytelniku, obawiam się, że po miesiącu czy dwóch nie będziesz pamiętał choćby imienia głównego bohatera, bo to nie jest tego pokroju literatura – która wybitnie zapada w pamięć. Nie jest to również rodzaj gry czy pożywki intelektualnej. Nie musisz się specjalnie wysilać, by bardzo szybko przewidzieć pewne mechanizmy. Przykład: kiedy Carlos poznaje panią doktor z laboratorium, podświadomie wyczuwa się, że to nie skończy się tylko na spotkaniu w miejscu pracy pani doktor (chwała Mendozie, że jednak na przekór mojej wyobraźni oboje nie skończyli
w łóżku). Poza tym służąca? Ciąża? Zemsta? Niewdzięczny pan?
A jedynie w tle czarny rynek powojennej Hiszpanii? Myślę, że Mendoza mógłby na chwilę oderwać się od swojego pisania i spędzić wieczór z Poetyką Arystotelesa w ręku, i odrobinę podumać nad swoją prozą. Chyba nawet scenarzyści popularnego serialu na krajowym podwórku lepiej potrafią zaplanować śmierć jednej z głównych bohaterek, niż Mendoza uczynić siebie wiarygodnym w całej tej intrydze.
No i te koszmarnie zapisane graficznie dialogi. Nie mam pojęcia, czemu ma służyć pozbawienie warstwy dialogowej klasycznego wyróżnienia w układzie graficznym. Z pewnością nie nadaje to powieści zwięzłości, a wręcz drażni i męczy zmysł wzrokowy. Nic nowego w tej metodzie (bodaj i Varga podobne ćwiczył wprawki na gruncie swojej prozy), a jakiegokolwiek sensownego wytłumaczenia dla takiego zabiegu w powieści Eduardo Mendozy – nie znalazłem.
Kawałek prowincjonalnej prozy, trochę jak ten magiczny pokaz iluzjonisty w Masnou, na którym przytomność straciła pani Mercadal. Na mnie takiego wrażenia Mendoza jednak nie zrobił i trzeba przyznać, że pisywał lepsze rzeczy. Można by powiedzieć, że wiele chwytów,
z których skorzystał w swojej książce są równie banalne jak jąkała w sztuce Prullasa.
Drogi czytelniku, jeśli więc chcesz pozwolić sobie na odrobinę kryminalnej przygody, to sięgnij po "Lekką komedię" Mendozy. A potem możesz obejrzeć jeden czy dwa odcinki kryminalnych zagadek, z którymi borykają się policjanci zza Oceanu. Sam sobie odpowiesz na Stachurowe zapytanie: co warto?
Przemek Kuliński
Młodzieżowy Dyskusyjny Klub Książki w Złotowie
« Archiwum recenzji
« Powrót
Komentarze do recenzji: "Lekka komedia" Eduardo Mendoza
Dodaj własny komentarz »
Jeszcze nikt nie skomentował tej recenzji |
|
|
|
|

|
Komentarz do recenzji: Letnik z Mierzei Post scriptum. Józef próbuje się usprawiedliwiać panującym ustrojem, jak napisałam, jednak z drugiej (...) /Marta J. H. 2012-05-16 więcej »
Komentarz do recenzji: Żniwo gniewu Co racja to racja. Jak rzadko kiedy - popieram przedmówczynie odnośnie krytycznego spojrzenia na recenzję (...) /Agnieszka Kusiak 2012-05-11 więcej »
Komentarz do recenzji: Dzisiaj narysujemy śmierć Autorefleksja:). Tak sobie to teraz czytam, już z dystansem (choć zawsze się (...) /Marta J. H. 2012-05-10 więcej »
|
|
|
|