| Jestem komiwojażerem zbędności, moja praca polega na jeżdżeniu po Polsce i spotykaniu się z nieznajomymi ludźmi, z którymi nie mam ochoty się spotykać, spędzaniu z nimi czasu, który ma swoją wymierną cenę, choć żadnych korzyści nie przynosi, a potem wracaniu do Warszawy albo jechaniu gdzieś dalej lub bliżej. Jestem zawodowym pielgrzymem, (...) więcej >> |
| | O książce
Na początku kwietnia 1858 roku „Pan Flaubert, Gustave, literat udający się do Tunisu” otrzymał paszport wydany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych „w imieniu Cesarza Francuzów”. Była to jedna karta in folio; oprócz ozdobnej winiety, urzędowej pieczęci i podpisu Flauberta, zawierała rysopis swojego właściciela: „36 lat, 1 m 80 (...) więcej >> |
|
|
Joanna Olczak-RonikierW ogrodzie pamięci O książce
Dziwne to uczucie śledzić przez mgłę przeszłości, jakich to sposobów używało Przeznaczenie, by zetknąć ze sobą dwoje ludzi, którym pośrednio zawdzięcza się własne istnienie. Pewnego jesiennego dnia, roku 1899, Maks Horowitz przyprowadził do domu znajomego i przedstawił go siostrze, Janinie. "Oboje interesujecie się sztuką, więc będziecie mieli o czym gadać" - powiedział z pewnym lekceważeniem. Jak przystało na zawodowego rewolucjonistę, uważał artystyczne zainteresowania obojga za luksusowy kaprys.
Młody człowiek miał dwadzieścia cztery lata, myślące oczy i uduchowioną, jakby Chrystusową, twarz ocienioną kędzierzawą brodą. Rok wcześniej wrócił z Antwerpii, gdzie ukończył Akademię Handlową. Przedtem dwa lata studiował nauki polityczne i społeczne w Monachium. Teraz pracował w banku Wawelberga w Warszawie jako zagraniczny korespondent. Ale praca bankowa śmiertelnie go nudziła. Bardzo szybko okazało się, że łączą go z panną Horowitzówną te same pasje. Mieli podobne upodobania estetyczne, oboje kochali malarstwo Holendrów i Flamandów: Vermeera van Delft, Rubensa, Rembrandta, Halsa. Ona zetknęła się z nimi w Amsterdamie, kiedy była z wizytą u siostry, on - podczas studiów w Belgii. Już wtedy pogłębiał wiedzę artystyczną, prenumerował wykwintne pismo "The Studio" wydawane w Londynie i słynne "Yellow Books" ilustrowane przez najlepszych grafików epoki. Nie znała tych wydawnictw, więc przynosił je na kolejne wizyty i wspólnie zachwycali się zwiewnym, nieco manierycznym malarstwem Fantain-Latoura, Burne-Jonesa, Puvis de Chavannes, rysunkami Rackhama, Dulaca i Beardsleya.
Bywał coraz częściej. Namówiła go, by zapisał się na zajęcia Uniwersytetu Latającego, przychodził więc na wykłady Adama Mahrburga z dziedziny teorii poznania, które w tym roku odbywały się w jej domu, w saloniku przy ulicy Królewskiej. Należała już wtedy do najlepszych studentek, więc patrzył oczarowany, jak błyszczy erudycją, elegancją i urodą.
No i łączyła ich jeszcze cała rozległa sfera aktywności społecznej. Ona działała w tajnym ruchu oświatowym. Pracowała w bezpłatnych czytelniach Warszawskiego Towarzystwa Dobroczynności. Była członkiem komisji katalogowej, która dbała o poziom intelektualny księgozbiorów czytelni. Należała do tajnego Koła Kobiet Korony i Litwy. Wszystko to bardzo imponowało młodemu bankowcowi.
Jakób Mortkowicz (tak się wtedy pisało jego imię, przez "ó") miał i w tej dziedzinie poważne osiągnięcia. Już w Radomiu, gdzie chodził do gimnazjum, należał do podziemnych kółek samokształceniowych. Później w Belgii działał w studenckim ruchu socjalistycznym, dzięki czemu zetknął się z Maksem Horowitzem. Nigdy nie zapisał się do partii, ale bardzo był zaangażowany w działalność konspiracyjną. Jego mieszkanie w Warszawie, gdzie na ścianie wisiały trzy fotografie: skrzydlatej Nike z Samotraki, Eleonory Duse i Karola Marksa, służyło za skład "bibuły" socjalistycznej i niepodległościowej, przewożonej zza kordonu lub drukowanej w tajnych drukarenkach warszawskich i kolportowanej wśród robotników i młodzieży.
Traktował poważnie swą działalność polityczną, ale konspiracyjny pseudonim "Dekadent" ujawnia iskierkę autoironii, tlącą się na dnie jego powagi. Czuł, na szczęście, że polityka nie jest jego powołaniem.
Gdzie dziś znaleźć można taki ideał? - chciałoby się westchnąć z tęsknotą. Gdzie szukać dwudziestoparolatka, który skończył studia za granicą, zna płynnie cztery języki, ma dobry zawód, intelektualne i artystyczne zainteresowania, potrzebę społecznego zaangażowania, jest uczciwy i bezinteresowny, a do tego jeszcze przystojny? Skąd wziął się ten wzór cnót, który, jak każdy śmiertelnik, miał na szczęście i swoje wady?
(...)
W sierpniu 1900 matka, zaniepokojona, że zacieśnia się znajomość córki z człowiekiem na lichej posadzie, bez majątku, zabrała ją z Druskiennik i zawiozła do Paryża. Odbywała się tam właśnie Wystawa Światowa z okazji rozpoczynającego się stulecia. Entuzjazmowały się obie niezwykłymi atrakcjami, ze zgrozą patrzyły na monstrum - największe wydarzenie techniki nazwane wieżą Eiffla, zwiedzały paryskie muzea, wystawy malarstwa, magazyny mód. Janina, uwielbiająca podróże, byłaby szczęśliwa, gdyby nie świadomość ukrytego celu tej wyprawy. Paryskie ciotki, z cichą aprobatą matki, szukały dość natrętnie kandydata na męża dla siostrzenicy, aranżując niby to przypadkowo spotkania z najrozmaitszymi kawalerami. W końcu znalazły kogoś, kto wydawał się idealną partią. Był to Szwajcar żydowskiego pochodzenia, inżynier mieszkający w Genewie, który koniecznie chciał się ożenić z kulturalną panienką. Więc dobra Amalia Citroën wydała wielki obiad rodzinny, na który zaprosiła owego inżyniera i posadziła go koło Janiny.
Powrót |
|
|
|
|
|

|
W Polsce zarejestrowanych jest ponad 31 000 wydawnictw. Jednocześnie koncentracja na rynku jest bardzo duża. Udział dwustu największych wydawnictw branży wynosi prawie 98 proc.więcej »
|
|

|
|
|