Trociny

Jestem komiwojażerem zbędności, moja praca polega na jeżdżeniu po Polsce i spotykaniu się z nieznajomymi ludźmi, z którymi nie mam ochoty się spotykać, spędzaniu z nimi czasu, który ma swoją wymierną cenę, choć żadnych korzyści nie przynosi, a potem wracaniu do Warszawy albo jechaniu gdzieś dalej lub bliżej. Jestem zawodowym pielgrzymem, (...)
więcej >>

Ręka Flauberta

O książce

Na początku kwietnia 1858 roku „Pan Flaubert, Gustave, literat udający się do Tunisu” otrzymał paszport wydany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych „w imieniu Cesarza Francuzów”. Była to jedna karta in folio; oprócz ozdobnej winiety, urzędowej pieczęci i podpisu Flauberta, zawierała rysopis swojego właściciela: „36 lat, 1 m 80 (...)
więcej >>

Manuela Gretkowska

Kobieta i mężczyźni


O książce

Na parkingu Ikei Joanna upychała wysypujące się z bagażnika drobiazgi: świeczki, serwetki.
- Jedźmy już, mały się obudzi - usiadła przy Marku przeglądającym ekran samochodowego komputera.
- Nie domknęłaś - sprawdził kontrolkę. - Zapnij pasy, ja to zrobię - zawinął się długim, granatowym płaszczem, przeskakując śniegowe błoto.
Zatrzasnął klapę laguny i poprawił odrywającą się nad rejestracją naklejkę ze znakiem chrześcijańskiej ryby.
- Wartało by zmienić rybkę, złoty na czarnym niespecjalnie... - zanim wsiadł, sprawdził zapięcie koszyka z Maciusiem śpiącym na tylnym siedzeniu i pocałował go w nosek.
- Wartało - Joanna uchyliła mu drzwi.
Przekręcali słowa, kiedy byli zadowoleni. Przerzucali się powiedzonkami swoich dzieci, bawiąc się w ich beztroskę.
Zakupy się udały, znaleźli stylową przewijarkę dla najmłodszego, zamówili transport młodzieżowej komody dla starszych. Po drodze do kas nabrali sylwestrowych ozdóbek.
- A może zostawić rybkę i kupić nowy samochód? - Marek spojrzał w lusterko, czy zrobił na Joannie wrażenie. Uwielbiał sprawiać im niespodzianki, kupować dzieciom nowe gry komputerowe, fundować w rajdach po centrach handlowych wymarzone ciuchy. Okrzyki radości były wtedy też na jego cześć. Joanna cieszyła się z prezentów, z wakacji w Hiszpanii, wykupionych okazyjnie dzień wcześniej, miała jednak zawsze zastrzeżenia: „Mogłeś się mnie
zapytać, co z tego, że byłeś pewien, tak, jestem zadowolona, ale...". To „ale" wywyższało ją ponad jego hojność. I znaczyło: „Masz wszystko, ale nie dość". Joanna broniła swojej niezależności złośliwościami, punktowaniem słabości Marka.
- Domyślam się, że już dałeś zaliczkę. Niech zgadnę... lexus?
- Lexus? Kupa szmalu nie wiadomo za co. Podoba ci lexus?
- Reklamowali, że masuje siedzenie kierowcy.
- Gdyby miał z nim stosunek... znam frajerów, co zarżnęliby się kredytami na takiego sexusa.
- Ja nie znam. Kochamy się raz na dwa tygodnie, Pysiu. - Nie było w tym wyrzutu, raczej dyskretnie podsunięte upomnienie.
- Naprawdę? - Marka pochłonęło wyprzedzanie.
- Rzadziej - przyznała po zastanowieniu. - Co kupiłeś?
- Nic - pogładził ją po ramieniu. - Nie buzuj.
- Za ile?
- Myślałem o czymś większym... terenówka... - zaproponował. ,
- Przeprowadzamy się na księżyc? - Zmiana samochodu zwykle szykowała zmianę w ich życiu. Kupowanie nowego uważała za męską formę linienia.
- Drogi są coraz gorsze i nie będzie lepiej, kochana, pieniędzmi z podatków zatyka się dziury, ale w budżecie.
- Skąd wiesz?
- Takie rzeczy się wie... od kumpli z dawnego resortu. Co byś powiedziała, gdyby... coś bardziej sportowego? - sprawdzał ją, na ile mógłby sobie pozwolić. Zapomnieć o rodzinnych obowiązkach.
- Mam cię gonić z dziećmi drezyną?
- Chwaliłaś swoje autko.
- Sprzedajmy oba i kupmy meganki.
- Po co nam dwa jednakowe wozy, Joasiu?
- Bezpieczne dla dzieci. Megankę i minivan - rozpoczęła negocjacje nie o model auta, ale o siebie. O to, ile zdoła wytargować na swoją korzyść.
- Nie będę jeździł do pracy nocnikiem. Wybacz, nie znasz się, wybrałaś już jeden - nie rozumiał, dlaczego jej uległ przy kupowaniu laguny. W trzyletniej psuło się wszystko, od amortyzatorów i akumulatora po zamki w drzwiach. Joanna, czarując szefów serwisu, wyprosiła zniżkę przy naprawie skrzyni biegów. Zawiśli na jej biuście spojrzeniami jak błyszczące ordery. Prawie się czerwienili, podziwiając nogi w obcisłej spódniczce. Jakby
były seksownie umięśnionym przedłużeniem warg sromowych. Nie doceniał żony? Miał porównanie z dawną Joanną, lżejszą, szczuplejszą, bez porannej opuchlizny. Nadal ją kochał, szczycił się przed sobą, że kocha jeszcze bardziej jej dojrzałość, matczyne piękno.
- Nie znam się na samochodach? To po co mnie pytasz? - domyślała się, że chodzi o kolejny kredyt.
Nie spłacili jeszcze domu kupionego w czasach prawicowej hossy, gdy Marek był jednym z najmłodszych doradców premiera. Tuż przed przegranymi wyborami koledzy ewakuowali się z rządu, wciągając go w prywatno-katolicką telewizję KaTel. Marek czuł się bezpieczny. Kiedyś ludzie tracili pracę, teraz nie mogli jej zdobyć. On swoją miał i jej gwarancję - kolegów przerzucających się z jednej firmy do drugiej. Doświadczenie zastępowała im ideowość. W państwowych spółkach przynosiła straty dające się załatać z budżetu, prywatne doprowadzała do bankructwa. Zarządzana przez nich prywatna telewizja była coraz mniej widoczna, mimo podkupowania najlepszych programów konkurencji. Wydłużające się przerwy w emisji wypełniały oazowe pieśni, a ekran - symbol stacji, błękitna gwiazda. Telewizja gasła na oczach widzów. Joanna obawiała się, że pewnego dnia zostanie już tylko spadająca gwiazdka i bezrobotny Marek.
- Większy wóz by się przydał, ale dla mnie, chciałabym otworzyć interes... - Po urodzeniu Michasia próbowała prowadzić szkołę języków obcych. Nie przewidziała
silnej konkurencji i tego, że dzieci zostawiane z opiekunką rozchorują się na cykliczną anginę, alergię, tęsknotę.
- Co? Po co? Nie masz czasu. - Marek zbyt mocno przyhamował.
- Już mam, wiem, jak się do tego zabrać i nie zostawiać Maciusia. Byłoby na minimum, w razie gdybyś... chciał poszukać lepszej pracy - oględnie zasugerowała przewidywaną klęskę.
- Są oszczędności.
- Nieduże.
- Zostawmy samochód, powiedz lepiej, co z sylwestrem?
- Będzie dziesięć osób, z nami, i przyjdzie Klara.
- Mieli być w górach.
- Jacek się źle czuje.
- Sama przyjdzie? Ty byś poszła się bawić, gdybym zachorował?
- Jacek nie jest chory, źle się czuje. Ma depresję i woli być sam.
- No, proszę, ona go w to wpędziła - ucieszył się.
- Marek...
- Mówiłem ci, akupunktura szkodzi, organizm się broni. Przecież widziałem, ciągle go kłuła, na katar, na kichanie.
- Nie lubisz jej.
- Klarę bardzo, igieł nie lubię. Tortury nikomu nie pomogą. Wiesz, skąd się wzięła akupunktura, nie powiedziała ci? Chińczycy torturowali tym więźniów. Nieźle,
nie? Doktor Mengele by się nie powstydził.
- Nie porównuj jej do faszystów. O twoich znajomych też można powiedzieć niejedno...
- Niby co?
Maciuś zapłakał obudzony głośną rozmową.
- Że są solidarni - powiedziała pogardliwie. - Zatrzymaj, muszę go nakarmić.


Powrót





autora
książki
na stronie
fragmentu
aktualności




Imię:
Email:
Pobierz regulamin
Oświadczam, iż zapoznałem się z regulaminem newslettera i akceptuję jego postanowienia. Wyrażam zgodę na otrzymywanie informacji drogą elektroniczną. (zgodnie z Ustawą z dnia 18 lipca 2002 r. o świadczeniu usług drogą elektroniczną, Dz.U. nr 144, poz. 1204;)





W Polsce zarejestrowanych jest ponad 31 000 wydawnictw. Jednocześnie koncentracja na rynku jest bardzo duża. Udział dwustu największych wydawnictw branży wynosi prawie 98 proc.więcej »




© 2003-2012 Instytut Książki identyfikacja wizualna by