Trociny

Jestem komiwojażerem zbędności, moja praca polega na jeżdżeniu po Polsce i spotykaniu się z nieznajomymi ludźmi, z którymi nie mam ochoty się spotykać, spędzaniu z nimi czasu, który ma swoją wymierną cenę, choć żadnych korzyści nie przynosi, a potem wracaniu do Warszawy albo jechaniu gdzieś dalej lub bliżej. Jestem zawodowym pielgrzymem, (...)
więcej >>

Ręka Flauberta

O książce

Na początku kwietnia 1858 roku „Pan Flaubert, Gustave, literat udający się do Tunisu” otrzymał paszport wydany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych „w imieniu Cesarza Francuzów”. Była to jedna karta in folio; oprócz ozdobnej winiety, urzędowej pieczęci i podpisu Flauberta, zawierała rysopis swojego właściciela: „36 lat, 1 m 80 (...)
więcej >>

Henryk Grynberg, Jan Kostański

Szmuglerzy


O książce

Postawili go przez środek podwórza. Z początku nie rozumieliśmy, co to. Kiedy był jeszcze niski, skakaliśmy z jednej strony na drugą, dopiero jak urósł, poczuliśmy lęk. Berkowie, którzy znaleźli się po naszej stronie muru, musieli się przeprowadzić i oddali swoje piękne mieszkanie dozorcy z Krochmalnej 12 za jego suterenę. Pan Ajzyk pozostał w swoim mieszkaniu, jak większość ludzi z głębi podwórza. I mój najlepszy kolega, Władek Cykiert, który mieszkał w drugim podwórzu. widzieliśmy ich codziennie z okna, a oni nas. Wołaliśmy jedni do drugich, machaliśmy rękami. Ktoś naraz ułożył piosenkę: "Ty jesteś tam, gdzieś za murami, a z tobą serce me..." Po naszej stronie pilnowali polscy policjanci, po tamtej żydowscy, a jednych i drugich niemieckie patrole. Przy rogu Solnej stała wacha - z naszej strony polski policjant, z tamtej żydowski, a pośrodku żandarm. Podszedłem do polskiego policjanta i mówię: - Panie władzo, tam Żydzi są nam winni pieniądze, a nie mamy z czego żyć, może mnie pan przepuścić?... Popatrzył na mnie o poszedł porozmawiać z żandarmem. - Dobrze, ale za godzinę musisz wrócić, bo zmiana wachy! Sama droga w tamtą stronę zajęła mi blisko godzinę, bo wyloty ulic były zamurowane i musiałem iść okrężną drogą, a chodnik i jezdnie tak zatłoczone, że trudno się było przedostać. Na podwórku patrzyli na mnie, jakbym z księżyca spadł. Dopytywali o Rosję i Amerykę. Dorośli ludzie pytali mnie, piętnastolatka, co robić. Poważni kupcy zwracali się do mnie, żeby im to i tamto załatwić po tamtej stronie. Nieraz później zastanawiałem się, kiedy to ja zgubiłem swoje dzieciństwo. Chyba właśnie wtedy. Zostałem na szabas, a nazajutrz założyłem na rękaw białą opaskę z niebieską gwiazdą jak wszyscy i zabrałem Nechę na Leszno do cukierni. Przepychaliśmy się przez ulicę pełną żebraków, śpiewaków, skrzypków. Wciśnięto tu nie tylko wszystkich Żydów z lewobrzeżnej i prawobrzeżnej Warszawy, ale i dziesiątki uchodźców z Łodzi i innych miast i miasteczek przyłączonych do Reichu, którzy znaleźli się bez środków do życia i żebrali od rana do wieczora. Jeszcze nigdy nie słyszałem tyle muzyki naraz i nie widziałem tyle żebrzących dzieci. A wszyscy, i biedacy, i ludzie dobrze ubrani, mieli lęk w oczach i pierzchali na widok każdego Niemca jak gołębie. Tylko wariat uliczny, Rubinszjtain, nie uciekał. Przeciwnie, podbiegał do Niemcówi wołał: Alle gleich! Alle gleich! - co miało oznaczać, że w getcie wszyscy są równi i wszystkich to samo czeka - a Niemcy śmiali się i nic mu nie robili. Wbiegł za nami do cukierni, wołając: - Alle gleich, alle gleich!... - Rubinsztajn, zjesz coś? - zapytałem. - Teraz nie jestem głodny, ale później będę - powiedział i nadstawił rękę po pieniądz. W niedzielę po południu mama krzyknęła z okna, że czas wracać. Bo krzyczało się z okien - zawołaj mi tego, zawołaj tamtego. Przez wachę wyjść nie mogłem, ale mama dała dziesięć złotych polskiemu policjantowi, a pan Ajzyk żydowskiemu, Jakub mi przystawił do muru drabinkę i za chwilę byłem w domu. Przez pierwszy rok za nielegalne przejście groziła grzywna, areszt, obóz pracy, ale nie śmierć, to policja jeszcze niedużo brała. Z naszej strony przylegały do muru drzwi hurtowni, nad którymi znajdowało się zakratowane okno, to w piątek po zamknięciu hurtowni, nad którymi znajdowało się zakratowane okno, to w piątek po zamknięciu hurtowni policjant wchodził na chwilę do bramy albo na schody, a ja się wspinałem po sztabach, chwytałem za kraty okna i już byłem po tamtej stronie. Zanosiłem im żywą kurę, żeby mieli koszerne na szabas, i zostawałem przez sobotę i niedzielę. Jadzia tez przychodziła i Danusia, czasem mama. Jakub rzucał im linkę, którą się przewiązywały, i przeciągał je jak szmugiel. Danusia miała w getcie wszystkie swoje koleżanki i więcej tam przebywała niż w domu. Kawałek Krochmalnej od dziewiątego do trzynastego był cofnięty i nazywano to miejsce "placyk". Zachodziliśmy tam z mamą do "Dorotki", kawiarenki przy placyku po drugiej stronie Krochmalnej, bo znaliśmy właścicielkę - miała najlepsze w mieście bajgle na gorąco jeszcze przed wojną. Na ścianie wisiał zegar z kukułką. Władek Cykiert też chodził tam i z powrotem. Miał klucz do naszego mieszkania i nocował u pani Rejerowej na kanapie. Chodziliśmy do teatru. Przeważnie we czworo, ja z Nechą i Jakub z Jadzią. Grano po żydowsku, Necha mi tłumaczyła. Sala była zawsze pełna, nawet kiedy ludzie umierali na ulicach, bo nie kosztowało drogo, a każdy chciał posiedzieć w kulturalnym miejscu i na pare godzin zapomnieć o tym, co się naprawdę dzieje. Wracaliśmy rikszami, żeby zdążyć przed godziną policyjną, jedną Necha z Jadzią, drugą Jakub i ja. Jedziemy Lesznem i nagle na jezdnię schodzi żandarm: - Halt! Miałem żydowską opaskę na rękawie, ale może jakiś łobuz doniósł, bo bywało, że Polacy ukrywali się przed Niemcami w getcie. Żandarm podprowadził nas pod posterunek, gdzie stały dwa zabłocone rowery, i kazał je czyścić. Zacząłem się rozglądać, czym te rowery czyścić, to dostałem w twarz z obu stron. - Wyjmij chustkę! - powiedział Jakub. Wyczyściliśmy oba rowery chustkami do nosa i śliną. Żandarm obejrzał, czy błyszczą, i dał nam w nagrodę po kopniaku.

Powrót





autora
książki
na stronie
fragmentu
aktualności




Imię:
Email:
Pobierz regulamin
Oświadczam, iż zapoznałem się z regulaminem newslettera i akceptuję jego postanowienia. Wyrażam zgodę na otrzymywanie informacji drogą elektroniczną. (zgodnie z Ustawą z dnia 18 lipca 2002 r. o świadczeniu usług drogą elektroniczną, Dz.U. nr 144, poz. 1204;)





W Polsce zarejestrowanych jest ponad 31 000 wydawnictw. Jednocześnie koncentracja na rynku jest bardzo duża. Udział dwustu największych wydawnictw branży wynosi prawie 98 proc.więcej »




© 2003-2012 Instytut Książki identyfikacja wizualna by