| Tak naprawdę jednak ludzie żyją nie mechanicznie i matematycznie, tylko, juk by tu to nazwać, powiedzmy - l u d z i e ż y j ą m n i e j w i ę c e j. Posuwają się trochę po omacku. Nie znając naprzód Losu, wyznaczają sobie kolejne ludzkie (...) więcej >> |
| | O książce
Każda historia zawsze się gdzieś zaczyna. Ta zaczyna się w Hrubieszowie, bo stamtąd pochodzili przodkowie Henryka Goldszmita znanego powszechnie jako Janusz Korczak. Hrubieszów to miejscowość w województwie lubelskim, tuż przy granicy z Ukrainą, położona malowniczo nad rzeką Huczwą, a właściwie objęta dwiema jej odnogami. Urzeka uroda tamtejszych (...) więcej >> |
|
|
Brygida HelbigAnioły i świnie w Berlinie O książce
Anrath bei Krefeld Na początku lat osiemdziesiątych Republika Federalna importowała z Polski kilka pociągów młodych, żądnych przygody i dobrobytu ludzi. Wywieziono ich do małej miejscowości Anrath w okolicy Krefeld, aby tam uczynić ich użytecznymi dla znużonego dobrobytem i monotonią, łaknącego świeżych wrażeń niemieckiego społeczeństwa. Wywiezieni - a znalazł się wśród nich co najmniej jeden kobiecy i jeden męski kiełboluda - otrzymali status późnych przesiedleńców i wszczęli stosunkowo beztroski żywot stypendystów Otto Benecke Stiftung, pobierających codziennie naukę języka niemieckiego, a co miesiąc pięćset marek w banku. Ulokowano ich w byłym szpitalu Krankenhaus oraz internacie dla pielęgniarek Schwesternheim. W obu niewyremontowanych budynkach odstraszało, w czym wyrażał się ambiwalentny stosunek administracji niemieckiej do sprowadzonego materiału ludzkiego, więc przesiedleńcy bardzo się bali. Skuleni w swych obskurnych pokoikach dodawali sobie otuchy oglądaniem co wtorek serialu „Denver-Clan", a Co czwartek „Dallas", którego główną bohaterką była pozbawiona skrupułów Alexis. Nie należy lekceważyć ani wyszydzać tego zwyczaju, gdyż telewizja była jedyną okazją do zdobycia pewnych minimalnych kwalifikacji z zakresu języka i kultury niemieckiej, chociaż z drugiej strony trzeba przyznać, iż stypendyści doskonale się bez tych kompetencji obywali. Niemniej jednak większość z nich zainwestowała pierwsze swe wypłaty w miniaturowe telewizory kolorowe, w których dobrodusznie uśmiechał się Rudi Carell, dudniły hitparady, rześko podskakiwały kobiety w kolorowych getrach. Nieustającym popytem wśród wychowanej w nędzy polskiej młodzieży cieszyły się również aparaty fotograficzne. Stęsknieni za pozostawioną w kraju rodziną stypendyści wpychali się sobie nawzajem na kolana i zapstrykiwali na zabój. A byli i tacy, którzy już wówczas mogli pozwolić sobie na nabycie samochodu marki Manta i zapieprzanie po ulicach miasteczka z ośmioosobową, kwiczącą załogą na pokładzie. Z tego też względu dochodziło niekiedy do kolizji i zatargów z policją miasta Anrath bei Krefeld, która do przybyszy z Polski, podobnie zresztą jak do niemalże wszystkich cudzoziemców, zwracała się per „ty", przeciwko czemu Alois von Wysoki, najodważniejszy z grupy i prawdopodobnie kiełboluda, pewnego razu kategorycznie zaprotestował. Wzbudził tym głęboką konsternację nie przywykłych do takiego typu interakcji przedstawicieli państwa niemieckiego, używających słowa „cudzoziemiec" nierzadko w formie obelgi. Zresztą Alois w ogóle z urzędnikami miał na bakier. Zagadnięty kiedyś na granicy, czy przewozi broń, odburknął ,ja", gdyż spodziewał się pytania o paszport, i tak też kwestię funkcjonariusza zrozumiał. Wyszarpnięty z manty odważnie plunął Niemcowi w twarz, po czym w kajdankach odprowadzony został do aresztu. Zagniewany powtarzał, ja go zabiję, tego idiotę, oraz wołał pomocy słowami „tłumacz, tłumacz", co mylnie zinterpretowane zostało jako próba porozumienia się w języku angielskim (too much), zawierająca krytykę ilości stosowanych wobec niego represji. Podobnie niecenzuralnie wyrażał się Alois o niejednym niemieckim pracowniku administracyjnym typu Hausmeister, czyli cieć, wykonującym powierzoną mu pracę z typową dla swej grupy zawodowej nadgorliwością. Jednemu z nich przygadał nawet, iż jest nieludzki, co na długo zapadło niemieckiemu mężczyźnie w pamięci.
Gisela Stopa Jedną ze stypendystek Otto Benecke Stiftung była istota z kiełbasy Gisela Stopa, legitymująca się pochodzeniem niemieckim, przyznanym jej na podstawie sfingowanych zeznań świadków. Gisela obstawała przy tym, iż jej ojciec był Niemcem śląskim, w czasie wojny grywał na bębenku, i jako mały chłopiec podał rękę jakiemuś faszyście. Było to oczywiste wmówienie czy zmyślenie uwarunkowane chęcią wkupienia się w łaski obcego jej z gruntu społeczeństwa i odwrócenia uwagi od faktycznego stanu rzeczy. Dziewczyna trochę z tym przesadzała, gdyż prawdę mówiąc jej kiełbasiany status ani nie był wypisany jej na czole, ani nie czynił z niej istoty wyjątkowej, zwłaszcza na tle innych kobiet z Polski, które przez nieustannie upatrujących jakiegoś smacznego kąska polskich kolegów generalnie określane były jako „mięso". Powodowana nieufnością Gisela nie wpuszczała kolegów do łóżka. Udzielała w nim jedynie azylu nawiedzonej przez diabła i traumatycznie przerażonej koleżance Edith Jeziersky-Sturm, szukającej u niej nocami jakiejś konkretnej, cielesnej przeciwwagi dla przerastającej ją własnej duchowości, ocierającej się niekiedy o satanizm. Nietrudno było w Anrath o taki odchyl. Atmosfera tego pustkowia z kikutami wyschniętych drzew i mogiłami opieczętowanych przez cenzurę, pogrzebanych w podwórzu Krankenhausu listów z Polski dziwnie sprzyjała rozwojowi ezoterycznych przegięć i przeobrażeń, zwłaszcza wśród zawsze podatnych na zew z innego świata polskich kobiet. Wiele z nich uległo magicznym podszeptom tego miejsca, gdzie tak wiele roczników przesiedleńców wyło nocami z tęsknoty za krajem, mocowało się z duchami przeszłości i żałowało swej niewczesnej emigracyjnej decyzji. Przed zgubnym wpływem Edithy uratował Giselę nauczyciel języka niemieckiego Alexander Düppel. Na pierwszej lekcji profesor postawił jej następujące pytania: „Czy zna pani tryb przypuszczający numer jeden?" oraz „Czy zna pani tryb przypuszczający numer dwa?". Na oba pytania Gisela odpowiedziała twierdząco. Gdy jednak zadał jej trzecie, podchwytliwe: „Czy zna pani tryb przypuszczający numer trzy?" (który w języku niemieckim nie istnieje), dziewczyna zawahała się, zerknęła na niego pytająco i zamilkła spłoszona, zażenowana i skrępowana tak mocno, że Niemiec natychmiast się zakochał.
Powrót |
|
|
|
|
|

|
W Polsce zarejestrowanych jest ponad 31 000 wydawnictw. Jednocześnie koncentracja na rynku jest bardzo duża. Udział dwustu największych wydawnictw branży wynosi prawie 98 proc.więcej »
|
|

|
|
|