| Jestem komiwojażerem zbędności, moja praca polega na jeżdżeniu po Polsce i spotykaniu się z nieznajomymi ludźmi, z którymi nie mam ochoty się spotykać, spędzaniu z nimi czasu, który ma swoją wymierną cenę, choć żadnych korzyści nie przynosi, a potem wracaniu do Warszawy albo jechaniu gdzieś dalej lub bliżej. Jestem zawodowym pielgrzymem, (...) więcej >> |
| | O książce
Na początku kwietnia 1858 roku „Pan Flaubert, Gustave, literat udający się do Tunisu” otrzymał paszport wydany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych „w imieniu Cesarza Francuzów”. Była to jedna karta in folio; oprócz ozdobnej winiety, urzędowej pieczęci i podpisu Flauberta, zawierała rysopis swojego właściciela: „36 lat, 1 m 80 (...) więcej >> |
|
|
Czesław MiłoszGdzie wschodzi słońce i kędy zapada Jest to zdumiewający utwór, który pokazuje losy mieszkańca małej krainy na kresach zachodniej cywilizacji. Owa kraina, Litwa, przechodziła w wieku XX z rąk do rąk. Obce okupacje się zmieniły, okres wolności, przypadający na dzieciństwo i lata dorastania bohatera poematu, trwał bardzo krótko. Bohater żyje teraz poza granicami swej małej ojczyzny (w Kalifornii, podobnie jak sam Miłosz), wraca jednak do niej często dzięki mocy poezji. W jego wspomnieniach przeplatają się czasy i kontynenty. Kiedy w pierwszej części poematu podejmuje nieco nostalgiczną wyprawę do "równin", gdzie błyskają "pociągi mgliste" i "dzieci idą pustkowiem", tam gdzie jest "szaro za wioską czuchońców", słucha jednocześnie "jak bije w okno sztorm od Pacyfiku". Poemat jest bardzo osobisty, ale Miłosz nigdy nie ulega pokusie łatwego sentymentu lub narcyzmu. Dzieje się tak dlatego, że owa wędrówka po obszarze na pograniczu czasu i wieczności jest pokazywana z różnych perspektyw. Tożsamość nie jest czymś danym, lecz trzeba ją dopiero wywalczyć. Starzec, wspominający raj dzieciństwa, i młody człowiek, chodzący około roku 1930 uliczkami starego miasta Wilna, są równoprawnymi partnerami. Powstaje w związku z tym napięcie między autorem jako młodzieńcem, pragnącym zdobyć świat, a jego późniejszym wcieleniem doświadczonego wygnańca, który interpretuje sens życia, własnego i zbiorowego. W mentalnej podróży autor przemieszcza się po różnych krajobrazach i cywilizacjach (Litwa, Kalifornia, południowa Francja), opisując dokładnie przyrodę tych obszarów oraz obyczaje ich mieszkańców. Miłoszowi chodzi o to, by ocalić wszystko, co wiąże się z egzystencją konkretnych, niepowtarzalnych ludzi, przed przemijaniem i nicością. Każda jednostkowa egzystencja (młody Miłosz, ale też "stara służąca, Elżbieta") jest nierozerwalnie związana z jakąś inną, równie konkretną egzystencją i dopiero ich suma stanowi nieskończony łańcuch bytu. W tym łańcuchu nawet najbłahszy szczegół jest znaczący. Synonimem pełni czasów wyobrażonej przez ów łańcuch jednostkowych egzystencji jest "świętych obcowanie", którego można dostąpić poprzez "Sąd ostateczny" (który trwa od zawsze, ale często nie jest przez nas dostrzegany - "Bo żyliśmy pod Sądem, nic nie wiedząc o tym"). Autor wierzy w apokatastasis, czyli "przywrócenie" wszystkiego, co pochłonęła nicość, do stanu pierwotnego blasku. Sens ma tylko cała ziemia w wiecznym trwaniu swej szczegółowej konkretności i jednostkowości. Tę niewyobrażalnie piękną, bogatą i urozmaiconą całość - identyczną z naszym ludzkim światem, a równocześnie wykraczającą poza jego granice ("Każda rzecz ma więc dla mnie podwójne trwanie. I w czasie i kiedy czasu już nie będzie") - unaocznia poeta, korzystając z wielości stylów (mowa wiązana, proza poetycka, kryptocytaty z twórczości innych poetów /np. Williama Blake'a/, liryczne interludia etc.). Można więc powiedzieć, że metafizyka obecności idzie tutaj w parze z elementami poetyki postmodernistycznej.
Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada
VII. Dzwony w zimie
Kiedy jechałem zza gór Siedmiogrodu Przez bory, puszcze, karpatne zwaliska, I raz pod wieczór, stanąwszy u brodu (Żem był wysłany sam od towarzystwa Dla dróg szukania) puściłem na trawę Konia mojego i dobyłem z troków Księgę Przymierza, to tak mi łaskawe Zdały się zorze i szumy potoków, Że schylonemu nad Listy Pawłowe I pierwszą gwiazdę w niebie widzącemu Sen mocny zwolna ukołysał głowę.
Młodzieniec w greckiej bogatej odzieży Ramienia mego dotknął i powiadał: "Czas dla śmiertelnych jako woda bieży, Jam jego otchłań aż do dna przebadał. Mnie to w Koryncie srogi Paweł gromił Za to że ojcu memu żonę wziąłem. Mnie to na zawsze wieczerzać zabronił Pospólnie z nimi za braterskim stołem. Odtąd nie byłem w świętych zgromadzeniu I grzeszna miłość wiodła mnie przez lata Do biednej łątki wydanej skuszeniu Aby się wieczna spełniła zatrata. Ale mnie wyrwał z prochu błyskawicą Pan mój i Bóg mój, którego nie znałem. Za nic się jemu wasze prawdy liczą. On miłosierdzie ma nad wszystkiém ciałem".
Pod wielkim niebem gwiaździstym ockniony, Niespodziewanej doznawszy pomocy, Zbywając troski o żywot nasz płony, Chustką wytarłem zwilgłe od łez oczy.
Nie jeździłem do Siedmiogrodu. Nie wiozłem stamtąd posłań mojemu zborowi. Ale mógłbym był. Jest to ćwiczenie stylistyczne. Zaprzeszły czas Krajów niedokonanych.
Polish edition by Wydawnictwo Literackie and Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK English edition by Ecco Press: New York 1988
Powrót |
|
|
|
|
|

|
W Polsce zarejestrowanych jest ponad 31 000 wydawnictw. Jednocześnie koncentracja na rynku jest bardzo duża. Udział dwustu największych wydawnictw branży wynosi prawie 98 proc.więcej »
|
|

|
|
|