To jest wasze życie

Tak naprawdę jednak ludzie żyją nie mechanicznie i matematycznie, tylko, juk by tu to nazwać, powiedzmy - l u d z i e  ż y j ą  m n i e j   w i ę c e j. Posuwają się trochę po omacku. Nie znając naprzód Losu, wyznaczają sobie kolejne ludzkie (...)
więcej >>

Korczak. Próba biografii

O książce

Każda historia zawsze się gdzieś zaczyna. Ta zaczyna się w Hrubieszowie, bo stamtąd pochodzili przodkowie Henryka Goldszmita znanego powszechnie jako Janusz Korczak. Hrubieszów to miejscowość w województwie lubelskim, tuż przy granicy z Ukrainą, położona malowniczo nad rzeką Huczwą, a właściwie objęta dwiema jej odnogami. Urzeka uroda tamtejszych (...)
więcej >>

Antonina Żabińska

Ludzie i zwierzęta


O książce

Dziwnym zrządzeniem losu właśnie dzięki przyjaźni z Tenenbaumami poznaliśmy kogoś, kto pośrednio i niezupełnie świadomie ułatwił nam bardziej stałe kontakty z gettem. Początek owej historii przyprawił mnie o palpitację serca. Pewnej niedzieli latem 1941 zobaczyłam przed naszym domem niemiecką limuzynę. Z limuzyny wysiadł jakiś
Niemiec w cywilu, zadzwonił do drzwi i po chwili wszedł do stołowego pokoju.
— Czy tu mieszka dawny dyrektor zoo?
— Tak jest.
— Jestem Ziegler. Ależ tu u was wesoło! — wskazał ręką w stronę gabinetu, gdzie oszalały fortepian rozbrzmiewał kupletem z Pięknej Heleny — „Jedź na Kretę”. Był to sygnał, który zawiadamiał wszystkie „nielegalne osoby”, że muszą ukryć się w schowkach, bo zbliża się niebezpieczeństwo.
— A tak, nasz dom jest muzykalny... Lubimy Offenbacha.
— Przyjemny, ale płytki kompozytor — odrzekł Niemiec.
— Choć trzeba przyznać, Żydzi na ogół są bardzo uzdolnieni.
Spojrzeliśmy po sobie: do czego zmierza, czego chce?
— Państwo się dziwią — zaczął widząc pewnie nasze zakłopotanie — a ja mam upoważnienie od doktora Tenenbauma do obejrzenia kolekcji owadów, która znajduje się tutaj.
Znów minął ułamek sekundy, jakże męczący! Trzeba było natychmiast coś odpowiedzieć. W sposób naturalny, nie dający przybyszowi do myślenia, że obawiamy się z jego strony podstępu.
— Tak... Doktor Tenenbaum przenosząc się do getta zostawił u nas swoje zbiory... mamy suche pomieszczenie, centralne ogrzewanie... pan rozumie: w lokalu zimnym i wilgotnym mogłyby się zniszczyć.
— Wiem o tym doskonale, sam jestem entomologiem, choć raczej z amatorstwa. Pełnię tutaj funkcje kierownika żydowskiego Arbeitsamtu. Leczę się u pani doktor Tenenbaum, często widuję profesora... Wywożę go niekiedy za miasto samochodem... szuka w przydrożnych rowach swoich
owadów. To bardzo uczony człowiek.
Słuchaliśmy ze zdumieniem. Prowokacja? Ale w jakim celu? Zbiory i tak w każdej chwili mógł zabrać. Przywiozła je nam z narażeniem życia Irena Tenenbaumówna. Ośmiuset
oszklonych pudeł nie sposób ukryć. Nawiasem mówiąc zbiory zachowały się: przed powstaniem zawieźliśmy je do muzeum na Wilczej; w 1946 Tenenbaumowa przekazała je Instytutowi Zoologicznemu... Zaprosiliśmy Zieglera do obejrzenia kolekcji.
Dorwawszy się do przepięknych chrząszczy i motyli kierownik Arbeitsamtu zapomniał o bożym świecie.
— Wunderbar! Wunderbar! — mruczał. — Co za kolekcja! Ile w tym pracy! A teraz... — strzepnął dłonią, lekko zaciskając palce, a na jego różowej, gładko wygolonej twarzy pojawił się wyraz niesmaku.
Ale my patrzyliśmy wciąż na niego z niedowierzaniem.
— Doktor prosił, aby go odwiedzić... Mógłbym to może ułatwić, tylko... — urwał. Odgadliśmy, co ma na myśli: ryzykował, sprawa była nader delikatna. Ale Jan z miejsca podchwycił tę pełną wahań propozycję: byłoby naprawdę znakomicie, gdyby Ziegler zabrał go teraz do getta, bo akurat musi się zobaczyć z Tenenbaumem i poradzić się, jak zabezpieczyć pleśniejące pudło z owadami. I robiąc minę z głupia frant, Jan pokazał Zieglerowi swoją przepustkę do getta, aby nie było wątpliwości, że chce się tam dostać drogą legalną. Uprzejmość Niemca ograniczyłaby się tylko do podwiezienia limuzyną. Ziegler zgodził się po chwili wahania i pojechali.
Później dopiero zrozumiałam, o co Janowi chodziło. Budynek na rogu Leszna i Żelaznej, w którym mieścił się tak zwany Arbeitsamt dla Żydów, miał bramę od strony aryjskiej. Była ona stale zamknięta, ale nie pilnowała jej żadna wachta z ramienia Gestapo czy Wehrmachtu. Nie postawiono tam nawet granatowego policjanta; po prostu stróż kamienicy otwierał bramę urzędnikom Arbeitsamtu, którzy idąc do biura lub wracając z pracy do domu nie chcieli przechodzić przez getto. Wykorzystując pomyślny zbieg okoliczności, czyli towarzystwo Zieglera, Jan postanowił przeprowadzić mały rekonesans i przekonać się, czy tą drogą nie uda mu się zrealizować planu, nad którym przemyśliwał od chwili, gdy dalszy los getta stał się dla< wszystkich jasny.
Limuzyna podjechała do Arbeitsamtu, oczywiście od strony aryjskiej, szofer dał sygnał klaksonem i furtka w bramie natychmiast się rozwarła. Jan przekroczył ją u boku Zieglera, rozwlekle i gorąco wyrażając mu swoje podziękowanie, na które nieco zaskoczony Ziegler odpowiadał uprzejmie, choć jedną nogą stał już na pierwszym stopniu schodów prowadzących do biur; stróż natomiast cały czas obserwował ich obu z ciekawością. Jan przeciągał tę chwilę, jak mógł, popadając nagle
w nieprzezwyciężone trudności z dobieraniem właściwych niemieckich wyrazów, wtrącał ni stąd, ni zowąd polskie słowa i wreszcie zapytał niecierpliwiącego się już Niemca, czy w razie nowych kłopotów ze zbiorami będzie mu wolno tą drogą Zieglerowi o tym zameldować. Nie domyślając się sensu tej gry, Ziegler zgodził się i powiedział do stróża: „Tego pana proszę wpuszczać, ilekroć
do mnie przyjdzie”, po czym razem udali się na górę, gdzie Ziegler wskazał Janowi drogę do swego gabinetu oraz wejście do getta.
Jan nie pobiegł jednak na Orlą do Tenenbaumów. Pokręcił się trochę po brudnych salach Arbeitsamtu, wśród tłumu nędzarzy; zszedł na dół, w bramie od strony aryjskiej przywołał stróża, chcąc, żeby go dobrze zapamiętał, i pewnym głosem kazał mu otworzyć furtkę.
W dwa dni później Jan załomotał do bramy i tym samym tonem kazał się wpuścić, co stróż uczynił z pokornym ukłonem. Jan nie miał naturalnie żadnej sprawy do kierownika Arbeitsamtu, przeszedł na inną klatkę schodową, znalazł się w getcie i odwiedził tam Szymonów, którym zdał dokładną relację z wizyty u nas Zieglera, i spytał ich, co myślą na temat nietypowego zachowania się Niemca. Mając jakieś bardzo poważne komplikacje ze szczęką, zaczął
leczyć się u doktor Leonii Tenenbaumowej; nie dość więc, że trafił na znakomitą dentystkę, ale w dodatku całe to długotrwałe leczenie miał za darmo. W każdym razie należało — póki się da — wykorzystać jego zapały entomologiczne.

Powrót





autora
książki
na stronie
fragmentu
aktualności




Imię:
Email:
Pobierz regulamin
Oświadczam, iż zapoznałem się z regulaminem newslettera i akceptuję jego postanowienia. Wyrażam zgodę na otrzymywanie informacji drogą elektroniczną. (zgodnie z Ustawą z dnia 18 lipca 2002 r. o świadczeniu usług drogą elektroniczną, Dz.U. nr 144, poz. 1204;)





W Polsce zarejestrowanych jest ponad 31 000 wydawnictw. Jednocześnie koncentracja na rynku jest bardzo duża. Udział dwustu największych wydawnictw branży wynosi prawie 98 proc.więcej »




© 2003-2012 Instytut Książki identyfikacja wizualna by