Kazimierz KutzPiąta strona świata
O książce
Lucjan i Alojz - co za ludzie! Na oko widać, że obaj nie mieli umiejętności, której ja nauczyłem się z wiekiem. Ale moje życiowe zahartowanie wzięło się z pracy wędrowniczej. Ja jestem mrówką przystosowaną do życia w psiej budzie. Pomogło mi moje nieokrzesanie, bo czasem opłaca się mniej wiedzieć. Głupszy często bywa szczęśliwszy, nie rozpoznaje, bo nie wie. Klasowo byłem pośrodku: Lucjan był lekarzem, Alojz robotnikiem, a ja tylko technikiem. Obaj byli jednak inteligentami, nie w pojęciu powszechnie używanym, nie z racji wykształcenia czy wykonywanego zawodu, a ze sposobu bycia i zainteresowań. Żyli intensywnym życiem wewnętrznym, tutaj niezbyt powszechnym. Wybili się własnym wysiłkiem na idealistów i - moim zdaniem -przez to mieli trudności w kontaktach z własnym otoczeniem. Nie potrafili powiązać swojego losu z życiem braci, kolegów, rodziców i dziadów. Świat przestał im się zgadzać. Choć nie jestem pewien, czy było tak naprawdę. Mnie nie było tu dwadzieścia lat, więc nie chcę wyrokować. Może ich głowy zanadto poszły w chmury i oddaliły ich od własnej nacji? Może zbyt wcześnie zaczęli samodzielnie myśleć, przez co popadli w duchową mordęgę bez wyjścia? Potem nie potrafili zawrócić z obranej drogi, a wykluta inność, osiągnięta w trudzie, stała się źródłem powikłań? Kto tam wie! Tłamsili wszystko w sobie, aż przyszło przesilenie, czyli kryzys, i wtedy wystarczyło ledwo co: podmuch wiaterku czy palec dziecka mógł ich obalić. (…) Przykład Albina Lompy dowodzi wymownie, że stary Lompa nie powinien był sobie w ogóle stawiać swojego pytania. Ileż wykształconych głów zjadło na jego pytaniu zęby i nie umiało udzielić odpowiedzi? Bo są pytania, na które nie ma odpowiedzi, ale stawiać zawsze je można. Lompa był, jak mi się zdaje, niespełnionym poetą, tyle że nie znalazł właściwego wyrażenia na samego siebie. Nie odkrył pędzla jak jego przyjaciel Ociepka, którego dręczyło podobne pytanie. Słowo pisane było poza zasięgiem Lompy; po niemiecku mówił, bo chodził osiem lat do niemieckiej szkoły z musu, na co dzień używał gwary i mu wystarczało. Kiedy zaglądał do książki polskiej, przeważnie nie mógł dociec, o co w niej chodzi. Pozostawało mu własne słowo mówione. Kto wie, gdyby poszedł z nim do Polski, czyby go zrozumieli. Przeżyłem to na własnej skórze. Ociepka miał nad nim przewagę, bo zamiast na glizdach, oparł się na krasnoludkach. W skamielinach węgla zoczył odciski przedpotopowych lasów i stworzeń, wyobraził sobie gadzinę wszelaką, sięgnął po pędzel i zaczął malować swoje pogańskie fantazje. Dzięki temu ustrzegł się opętania. Wypluwał w obrazkach swoje metafizyczne pytanie, ku chwale własnej i pożytkowi innych. Obaj - Lompa i Ociepka - byli ludźmi nawiedzonymi. Ich fantazjowania ujawniły urodę ich nadświadomości, czyli naddatków tkwiących w mózgownicy każdego człowieka. Byli samorodnymi filozofami: piękni, bo wolni i odcedzeni z morza parafialnej przeciętności. Z Lucjanem i Alojzem było blank inaczej. U moich nieżyjących przyjaciół mamy do czynienia z dbaniem o myślenie od ma-knefel- guzik łego knefla, od pierwszej klasy szkoły powszechnej, od pierwszej przeczytanej po polsku książki. Oni weszli w świat słowa pisanego po polsku, zaszczepili się nim i wyhodowali swoje „ja" - czy coś takiego - które przestało mieścić się w ich powłokach mózgu, w udręce czasu teraźniejszego, bo ono było ich niespasowanym ciałem. Na styku duszy i ciała rosło napięcie, nad którym przestali panować. Nie umieli go ogarnąć. Niejako zagwoździli się od środka i stali się wygnańcami między swoimi, mimo że lubiani, ba!, uwielbiani przez otoczenie. Nie odcinali się od ludzi na co dzień, co zresztą było niemożliwe, bo Lucjan był lekarzem, a Alojz robotnikiem, co już nadmieniłem, ale przypominam w tym miejscu, żeby nie było żadnych niedomówień co do tego, z kim mamy do czynienia. Z nimi nie było tak, jak opisywane jest w wielu książkach, że jak bohater ma żonę, to ona ma raka, on w ramach takich czy innych prześladowań dostaje się do ciupy i wtedy ten rak i ta ciupa magnetyzują czytelnika, bo tu to, a tam tamto, wszyscy są biedni, potem lecą kawałki z życia: operacje raka i przesłuchania przez ubeków, czy coś w tym rodzaju, i zostaje w człowieku kurewskie uwiedzenie, ten omam, co tkwi pomiędzy rakiem a ciupą. I nic! Serce nie drgnie. Każdy wie: największą skłonnością w człowieku jest łatwość ulegania innym, a płynie ona z dobroci. I z bezinteresowności, która leży w każdym warstwą cienką jak pokłady diamentów w głębinach ziemskich Afryki Południowej. Moje pisanie będzie może inne, bo byda trzymoł sie śląskiego gelendra. My tu, w Szopienicach, Roździeniu i okolicy, przychodzimy na świat zakotwiczeni w ciężkiej mordędze: w hutach i kopalniach na styku Niemiec i Polski, w kulturze tej i tamtej strony. Lucjan i Alojz nosili w sobie to piętno, ale w przeciwieństwie do ojców i matek, wychowanych w niemieckich volksschulach, oni stali się pierwszym pokoleniem po wiekach, które liznęło polskiej szkoły, polskiej historii i kultury. Nim zdążyli dojść do ostatniej klasy, wybuchła wojna i wszystko wróciło do starych kolein. Szybko potem zgarnęła ich niemiecka wojaczka. Znów gotowano zupę na naszych gnatach. Niemcy podbijali świat, a z nas wyciskano siódme poty i wcielano do Wehrmachtu. Nasza praca i nasze życie były najtańszym towarem w Rzeszy. Trzeba wreszcie pojąć: Górny Śląsk jest jak stromy uskok pomiędzy dwiema stromymi górami. My byliśmy zawsze na dole czeluści. Lucjan i Alojz starali się o własnych siłach przebić ku górze. Tyle z tego mamy, że samowolnie odeszli z tego świata. Nie ma ich. Nasze położenie geograficzne skazywało tutejszych na wysiłki ponad miarę. Staliśmy się niemiecką kolonią. Praca dla siebie była zawsze mało owocna. I tak jest do dziś. Nasz trud był zawsze syzyfowy, czyli niedajacy owoców. Ale Syzyfa wciepli w ta czeluść za kara. A nos za co?
Powrót |