Jacek DehnelFotoplastikon
Fragment
W "Fotoplastikonie" Jacek Dehnel uprawia sztukę ekfrazy, czyli opisu dzieł sztuki plastycznej słowami. Tymi dziełami są stare fotografie lub pocztówki – z XIX i z początków XX wieku najczęściej, choć zdarzają się i zdjęcia robione po II wojnie światowej. Swoje obrazy składa autor po dwa – tematycznie zbliżone – tak aby uzyskać, jak w prawdziwym fotoplastikonie, efekt stereoskopowy. W jakim celu jednak wypełnia książkę opisami (którym towarzyszą zresztą reprodukcje samych zdjęć)? Ekfraza jest sztuką osobliwą, na pozór niepotrzebną, bo i po cóż opisywać to, co i tak widzimy? Ale ten, kto używa słów, musi z konieczności stanąć w roli interpretatora sceny, tego, kto wykroczy poza ramy obrazka, zrekonstruuje kontekst, doda do zapisanego przez aparat jednego momentu z historii ludzi i przedmiotów ich dzieje wcześniejsze i późniejsze. Obserwator zdjęcia staje się także socjologiem i psychologiem, drążącym motywacje uzasadniające pozy i zachowania sfotografowanych, rekonstruującym społeczne środowisko, w którym przebywali i które stworzyło ich image. Śledzi i opisuje także to, czego na zdjęciu nie ma lub co się na nim pojawia pośrednio, ukryte niczym rewolwer w "Powiększeniu" Antonioniego. Odczytuje teksty zapisane na odwrocie zdjęć, czyta też z uwagą innego typu teksty, jakie tworzy aranżowane przez fotografów tło, na którym pojawiają się postacie. Dehnel zafascynowany jest tym, co minione; z tej fascynacji bierze się niezwykle bogate słownictwo opisujące przedmioty, jakie pojawiają się na fotografiach. Ale jest jeszcze jeden powód, dla którego obraz opisany słowem staje się czymś innym niż oryginał: fotografia chwyta postaci i rzeczy w ich indywidualności i niepowtarzalności – słowo z konieczności uogólnia, syntetyzuje, wpasowuje obiekty w jakiś "obraz epoki". Dlatego książka Dehnela nie jest tylko opisem obrazków, ale próbą pełnej emocji lektury przeszłości, jej bohaterem jest czas jako dodatkowy wymiar, który dopiero opowieść włącza w odbiór zdjęć, przydając im historyczny kontekst i gorzką świadomość tego, co nadejdzie, a o czym sfotografowani nie mieli jeszcze pojęcia, gdy wypalała się magnezja i spadał spust aparatu.
Jerzy Jarzębski
Powrót |