Świat Książki
Warszawa, listopad 2011
ISBN: 978-83-7799-018-6
288 stron
145x205
oprawa miękka

Magdalena Parys


Tunel


27.01.2012


Mistrzowsko skonstruowana sensacyjno-obyczajowa saga i thriller polityczny w jednym. Jest rok 2000. W tajemniczych okolicznościach ginie Klaus, który niemal dwadzieścia lat wcześniej nadzorował budowę pewnego tunelu. Czy ma to coś wspólnego z ucieczką Franza, który w 1981 roku przedostał się tym 148-metrowym tunelem z Berlina Wschodniego do Zachodniego? Jaki związek mają z tym Victoria, która uciekła w bagażniku ze Wschodu na Zachód, i Magda, Polka, która wyjechała na stypendium do NRD i na swoje nieszczęście zakochała się we Franzu? Fascynująca opowieść o życiu, miłości i wielkiej historii w tle, mającej wpływ na losy trzech pokoleń bohaterów. Książka, którą czyta się w jedną noc.

Któregoś dnia Franz powiedział, że jeśli on ucieknie, a ona zostanie, to będzie represjonowana i na nic ukrywanie znajomości. Represjonowana! Boże, czyli stało się! Ale co miała robić? Prosił, żeby przeniosła przez granicę jakąś paczkę, oddała jego bratu i zaraz wracała. Zamarła. Przecież nie może mu odmówić! Ale co z tego wyniknie? Tak myślała, nie pytała jednak o nic, a on też nic więcej nie mówił. Nigdy nie zapomni tego dnia, kiedy stała na granicy niemiecko-niemieckiej. Dokładnie pamięta, jak chuda Niemka kazała jej się rozebrać do naga i jak zabrała paczkę od Franza. Tę, którą ona miała przekazać jego bratu. Madzia odmawiała wtedy w duchu wszystkie modlitwy naraz. Zawsze tak robi ła - nawet na spotkaniach ZMS-u w Polsce... Czasem pomagało. Teraz nie. Chuda Niemka rozpakowała paczkę. Oj, koty buszują teraz w kuchni. Zobaczę, co się tam dzieje. Mleko pewnie wylane, no pewnie, że wylane, cholera jasna! Trzeba powycierać. Zaraz przyjdę. Choć jak już jestem w kuchni, to może herbatę zrobię. Dobrą mam. Jürgen nie mówił? A ja daję kotom mleko. Mama też przed domem zawsze spodeczek z mlekiem kotom wystawiała. Co to za brednie teraz gadają, że to niby koty mleka pić nie mogą. Ale herbatę to trzeba pić, póki gorąca. Okazało się, że w paczce był mały tort, zwykły tort!
- Nie ma to jak nasze wschodnie wyroby! - oznajmiła chuda Niemka i zabrała Madzi mały tort.
Madzia skamieniała, powiedziała tylko nie za głośno, że tort jest dla znajomej, ale celniczka nie słuchała, zajęta była już walizką jakiegoś starszego pana. Jak ona teraz bez tej paczki ma się tam z tym bratem spotkać, co Franz na to powie? - myślała i nerwowo zapinała guziki spódniczki, wkładała kożuch. Co teraz będzie? Na Friedrichstrasse po zachodniej stronie czekał na nią Roman, brat Franza, i wcale się jakoś nie przejął, że tort zabrali. Nic z tego nie rozumiała. Wszystko to razem wydało jej się naraz abstrakcyjne, niedorzeczne. Oto przekracza granicę Berlina na Friedrichstrasse. Każą jej się rozbierać, obmacują, zabierają tort. Franz prosi, aby tort przekazać Romanowi. Roman o tort wcale nie pyta. Madzia może tędy przechodzić. Roman, który mieszka po zachodniej stronie, też może przekraczać granicę, a ludzie, których widziała dosłownie przed chwilą po wschodniej stronie, już nie mogą? Czy to wtedy dotarło do niej, że miasto, w którym mówi się tym samym językiem, oddycha tym samym powietrzem, jest przekrojone jak ciasto na pół? Dwie połówki osadzone w dwóch różnych światach. Wiedzieć a zrozumieć - pomiędzy tym jest przepaść. Nigdy nie doświadczyła tego tak silnie jak wtedy, kiedy stała przed celniczką goła. A może tak naprawdę zrozumiała to dopiero, kiedy minęła ostatniego celnika w budce i wsiadła do zachodnioberlińskiej kolejki na stacji? Stacja nosiła tę samą nazwę, ale ludzie po tej stronie wyglądali inaczej niż ona, bo ona wyglądała jak kupka nieszczęścia. A ci tutaj się śmiali. Tu już był Zachód. Kolejka była zachodnia i ludzie w środku z Zachodu, a nad nimi był komunistyczny Berlin, stolica NRD. Wsiedli do kolejki z Romanem i jechali dłuższą chwilę, zanim zobaczyła obrazy jak ze starych filmów w czarno-białym telewizorze. Mroczne, podziemne, nieczynne perony i żołnierzy z karabinami. Było strasznie tak jechać koło nich. Widziała żołnierzy nie pierwszy raz, ale nigdy tak wyraźnie jak tu w berlińskich podziemiach. Nerwy jej puściły, trzęsła się cała. Jak ona się wtedy bała, Boże, jak się bała! Kolejka zwalniała, przejeżdżała bardzo powoli, a później przyspieszała i wjeżdżała, jak gdyby nigdy nic, na stacje pełne świateł, reklam i kolorowych ludzi. Popatrzyła na Romana. Zrozumiał chyba, że to jej pierwsza taka podróż przez stacje duchów, bo potem w domu tłumaczył jak dziecku, że ta linia metra łączy część północną Berlina Zachodniego z częścią południowo-wschodnią Berlina Zachodniego. I jadąc z Zachodu, żeby wjechać znów w Zachód, musi przejechać też przez nieczynne dworce duchów i przez Friedrichstrasse, jedyny dworzec wschodni, który jest otwarty... Zatykała uszy, żeby nie słyszeć, co on jej tłumaczy! To ona jemu może coś wytłumaczyć, a nie on jej! Później się przesiedli na normalną linię już bez stacji duchów. Jechała jak w transie. Po godzinie siedziała w ciepłej kuchni w Charlottenburgu i wszystko kręciło się jej przed oczami.
- Kurwa mać! Kurwa mać! - bluźniła. - Tyle strachu przez zwykły tort! Po cholerę ten tort, co to za tort?! - krzyczała, mając głowę zaprzątniętą tortem i widokiem siebie nagiej, granicy i żołnierzy z karabinami.
- Ciszej, dziewczyno, ciszej! - uspokajał ją Roman, ale sam wyglądał na przestraszonego.
Rozpłakała się. Roman już nic nie powiedział. Pogładził ją tylko po włosach, westchnął ciężko i zabrał jej kożuch. Zamknął się z nim w pokoju. Wyszedł dopiero po dwóch godzinach. Nie śmiała o nic pytać. Paraliżował ją strach na myśl, że znów będzie musiała przekraczać granicę. Roman odprowadził ją do stacji metra i powiedział, że za dwa tygodnie ma znów przyjechać z tortem. Siedząc już w metrze, patrzyła na ludzi wokół. Przejeżdżali pod stolicą NRD, pod Komitetem Centralnym Partii, a po chwili wysiadali w zachodniej części miasta i biegli do swoich zachodnich spraw. Rozpłakała się, jadąc do Friedrichstrasse w tym kożuchu i mając duszę na ramieniu, bo zrozumiała, że jeśli Franz powie, że ma znów pojechać, to pojedzie i wmiesza się w ten zachodni beztroski tłum, bo Franza kocha, kocha jak nikogo na świecie. Kociska kochane, jedenaście ich mam, co jedno to kochańsze. A, nie, już tylko siedem, reszta u siostrzenicy Jürgena. Cały rok tak jeździła, nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Nawet ją to zastanawiało. Nikt jej w tym czasie nie niepokoił, nie zadawał pytań. Cisza przed burzą. Im częściej jeździła, tym bardziej się bała. Zimą w kożuchu, latem pomimo upału w grubym swetrze. Czasem z tortem, czasem bez. Nie wiedziała, po co ten tort, swetry, kożuchy. Tak kazał Franz. Któregoś dnia tak się bała, że prawie już chciała powiedzieć, że więcej nie pojedzie. Miała złe przeczucia. Kilka dni wcześniej obroniła dyplom. Zastanawiała się, co dalej. Była teraz panią doktor. Tymczasem Franz odsuwał jak móg obronę doktoratu. Był coraz bardziej dziwny, zupełnie nieobecny. Któregoś dnia siedzieli przy kieliszku owocowego wina i Madzia uznała, że to odpowiednia chwila. Musiała coś przed sięwziąć. Zebrała się na odwagę i powiedziała mu, że są razem, a jakby razem nie byli. Ale że go kocha... na to już jej odwagi nie wystarczyło. Zapytała tylko, co on do niej czuje. Pomyślała, że jeśli odpowie, że nic, to ona wraca do domu. Aż zadrżała na tę myśl. A jeśli on też ją kocha, to... nie wiedziała co. Może Franz to wyczuł, może nie, sama nie wie. Bo w końcu odparł, tylko że teraz nie są czasy na romanse, że są ważniejsze sprawy. Odczekał chwilę i zaczął mówić o czym innym. Jeśli uda jej się tym razem bez kłopotów przekroczyć granicę, ma do niego, do Franza, wieczorem wracać, a jeśli nie i coś się stanie, na przykład zabiorą jej tort jak wtedy albo dyplom, musi zostać u Romana i czekać na niego. Czekać na Franza.
- Jaki dyplom?
- Jaki? Jaki? Twój! Weź ze sobą dokumenty na wszelki wypadek.
- Wszystkie?
- Wszystkie!
- Ale po co?
- A bo to wiadomo?
- A jak zapytają, po co mi one?
- O matko! To nie bierz!
Wolała już go nie drażnić. Nerwowy był, ale po chwili spojrzał na nią i przycisnął mocno do siebie. Obiecał, że nigdy nie zapomni tego, co dla niego zrobiła. Chciał się odwrócić, ale go zatrzymała. Chyba widział w jej oczach to, o czym od dawna marzyła, spotykając się z nim, bo przytulił ją mocniej, inaczej, i zaprowadził do pokoju obok. Z tymi kotami to jest tak, że chodzą własnymi drogami. Raz mam ich piętnaście, raz siedem, dzisiaj jest ich chyba osiem, sama nie wiem. Okociły się ostatnio. Przyszła siostrzenica Jürgena i zabrała małe. Dobry ten Jürgen. Pracowałam z nim przez wiele lat, to wiem. Przeczucia ją nie myliły. I Franza też nie. Zabrali jej na granicy tort, ale ją puścili, chyba tylko dlatego, że nie zdążyli sprawdzić, co w nim jest. W torcie, w kożuchu. Sama już nie wiedziała w czym. Bo czy coś było w torcie, nie wiedziała. Nic nie wiedziała. Celniczka spojrzała jej w oczy i zapytała, po co idzie na zachód. Odparła, że na zajęcia.
- W niedzielę?
- Tak - skłamała. - Na seminarium weekendowe.
- Seminarium weekendowe... Sprawdzimy.
Ale nie sprawdziła. Madzia na miękkich nogach wsiadała do metra. Nerwy puściły jej dopiero na klatce u Romana. Powtórzyła się scena z pierwszego spotkania. W drzwiach krzyczała na Romana, jak rok temu, tyle że głośniej, rozpaczliwiej.
- Co jest w tym torcie, co w nim jest! Ty wiesz! Co w nim jest?!
- Oszalałaś? Cicho! - Roman próbował zatkać jej usta, ale ona krzyczała dalej. - Zamknij się! - syknął wreszcie, wciągając do mieszkania.
- Coś ci zrobili? - spytał już w środku, oglądając ją zatroskany ze wszystkich stron.

(fragment)


« Powrót





autora
książki
na stronie
fragmentu
aktualności




Imię:
Email:
Pobierz regulamin
Oświadczam, iż zapoznałem się z regulaminem newslettera i akceptuję jego postanowienia. Wyrażam zgodę na otrzymywanie informacji drogą elektroniczną. (zgodnie z Ustawą z dnia 18 lipca 2002 r. o świadczeniu usług drogą elektroniczną, Dz.U. nr 144, poz. 1204;)





W Polsce zarejestrowanych jest ponad 31 000 wydawnictw. Jednocześnie koncentracja na rynku jest bardzo duża. Udział dwustu największych wydawnictw branży wynosi prawie 98 proc.więcej »




© 2003-2012 Instytut Książki identyfikacja wizualna by