Rozmowa z Peterem Godwinem


Małgorzata I. Niemczyńska: Książka "Gdzie krokodyl zjada słońce" to reportaż?

Peter Godwin: Ta kategoria jest dziś bardzo szeroka, a granica pomiędzy różnymi odmianami reportażu rozmyta. Spróbowałem opowiedzieć historię danego miejsca poprzez własne wspomnienia. Studentom zwracam uwagę na istotną różnicę pomiędzy autobiografią a wspomnieniem. Posłużę się metaforą telewizyjną. W przypadku autobiografii to ja jestem cały czas przed kamerą, a ona podąża za każdym moim ruchem. Ze wspomnieniem jest inaczej. Kamera spoczywa na moim ramieniu, ja decyduję, co ze świata naokoło pokazać. Dlatego użyłem wspomnienia, by opowiedzieć o Afryce. Trudno jest, pisząc o niej, nie ulec pokusie przesadzenia ani nie uciec w jakiś łatwy egzotyzm.

Chciał pan mówić o Afryce? Nie chodziło raczej o poszukiwanie własnej tożsamości?

- Oczywiście, miałem taką motywację, ale to tylko jedna z wiodących myśli mojej książki. Czytelnik, gdy kończy lekturę, wie więcej o Zimbabwe niż na początku. Nawet pomimo wyraźnego subiektywizmu tej opowieści.

W Polsce nie ukazała się jeszcze pana książka "Mukiwa", w której przedstawia pan swoje dzieciństwo w Afryce. Jak to się stało, że urodził się pan w Rodezji Południowej?

- Moi rodzice uciekli przed Holocaustem z Polski do Wielkiej Brytanii, a do Rodezji wyjechali zaraz po II wojnie światowej. "Mukiwa" opowiada o dorastaniu tuż przy granicy z Mozambikiem w mało cywilizowanej okolicy, gdzie moja matka była jedynym lekarzem na setki mil kwadratowych. W tamtej książce także posłużyłem się własną historią, by napisać coś o historii Afryki. W tle wciąż słychać bębny, które zwiastują wojnę domową w Rodezji. W jej wyniku powstanie Zimbabwe.

Gdy dzieciństwo się skończyło, byłem wojsku, studiowałem w Wielkiej Brytanii, a dziennikarstwem zająłem się po powrocie do Zimbabwe. Moim pierwszym poważnym zadaniem była opowieść o masakrze w Matabelelandzie. W 1983 r. armia zamordowała tam 20 tys. cywilów. W związku z tym materiałem grożono mi śmiercią i musiałem wyjechać. Potem byłem korespondentem w wielu miejscach na świecie - także w Polsce. Relacjonowałem wydarzenia związane ze śmiercią ks. Jerzego Popiełuszki. Teraz mieszkam w USA.

A jednak wielokrotnie powtarza pan w "Gdzie krokodyl ...", że to Zimbabwe jest pana domem. Choć sam pan też pisze, że biali są tam nazywani "jaskółkami" - przylecieli zza morza, są obcy.

- Niektórzy wręcz twierdzą, że określenie "biały Afrykanin" to oksymoron. Co zabawne, biali przesyłają sobie na święta kartki ze śniegiem i reniferami, których w Zimbabwe nie uświadczysz. No cóż, tam się urodziłem i tam dorastałem. Tożsamość nie jest niczym stałym. Trudno powiedzieć, czy Chińczyk mieszkający w Nowym Jorku jest jeszcze Chińczykiem.

Pod koniec życia mój ojciec powiedział matce, że wciąż śni po polsku. A mnie zawsze wydawał się urodzonym Anglikiem - ze swoim brytyjskim akcentem, wielkimi wąsami, mundurowym strojem. Gdybym poprosił, aby szybko stworzyła pani listę odpowiedzi na pytanie: "Kim pani jest?" - kobietą, dziennikarką, krakowianką itd. - pewnie zależna byłaby ona od chwili i miejsca, w których to pytanie by padło. Moja tożsamość ma w sobie ziarna schizofrenii.

Czy nie jest pan na Afrykanina zbyt racjonalny? Wierzenia mieszkańców Zimbabwe opisuje pan z europejskim dystansem.

- Nie jestem czarnym Afrykaninem, a już na pewno nie jestem przedstawicielem żadnego z zamieszkałych tam plemion, nie należę zatem do żadnej z tamtejszych kultur. Dlatego patrzę na wszystko przez własne okulary. Nie wierzę we wróżby szamanów, ale nie jestem też przecież buddystą.

W "Gdzie krokodyl ..." można dostrzec wyraźną opozycję pomiędzy szamanizmem a medycyną.

- Jeszcze więcej tego w "Mukiwie". Moja matka była lekarzem i spędziła 40 lat w afrykańskich wioskach, próbując ratować ludzkie życie. To nie ma nic wspólnego z poprawnością polityczną. Dla mnie taka tematyka jest czysto pragmatyczną kwestią życia i śmierci. Gdy jest się tam na miejscu, nie liczy się nic innego. Mówiąc o tzw. medycynie afrykańskiej, nie można generalizować. W Zimbabwe funkcjonuje na przykład ziołolecznictwo. Ale najbardziej niebezpieczną rzeczą jest coś, co nazywamy witchcraft.Wedle tego zabobonu przyczyn schorzenia dopatruje się w wydarzeniach niemających z nim w rzeczywistości nic wspólnego. W pierwszej książce opisywałem swoje wstąpienie do jednego z afrykańskich kościołów założonych przez rdzenną ludność. Są one bardzo specyficzne, bo skupiają w sobie elementy bardzo różnych kultur. Mieszają np. fragmenty Starego czy Nowego Testamentu z własnymi wierzeniami. Jako mały chłopiec chodziłem na msze, to było dla mnie atrakcyjne, ciekawe.

Dlaczego w pana książce wszystko jest podszyte śmiercią? Nawet opisując ślub siostry, który teoretycznie powinien być nowym początkiem, wspomina pan o zmarłych.

- Może dlatego, że w Zimbabwe średnia długość życia wynosi 35 lat i śmierć jest wszechobecna. Tam "carpe diem" nabiera nowego znaczenia. Na Zachodzie żyjemy jednak w pewnej iluzji nieśmiertelności. Tymczasem średnia wieku w Zimbabwe skraca się, zamiast wydłużać. Tak się stało w ciągu ostatnich 10-20 lat, odkąd to państwo całkiem upadło. Jego społeczeństwo jest dziś przetrącone. Spędzam w Zimbabwe znów dużo czasu, bo pracuję nad nową książką. Szokują mnie domostwa, które w oficjalnym żargonie organizacji pozarządowych nazywa się "dziecięcymi". Tam już nie ma rodziców, głową rodziny jest na przykład 14-letnia dziewczyna. I ona wraz z pięciorgiem rodzeństwa jakoś stara się przeżyć. Przerażającą ironią jest to, że w takim kraju sam dyktator ma 85 lat.

Zamierza pan teraz bardziej zaangażować się społecznie?

- Jestem rozwścieczony - trudno nie być na widok tego, co się stało w Zimbabwe. Jeśli mogę na tę rzeczywistość jakoś wpłynąć, to poprzez swoje pisanie. Obserwowałem np. wybory. Robert Mugabe przegrał pierwszą turę, więc przed drugą rozpętał wojskową operację przemocy pod nazwą: "Na kogo głosowałeś?". Stworzone zostały listy opozycjonistów i ludzi z nimi związanych, wyłapywano ich, by następnie zamykać w obozach tortur. Byłem wtedy w Zimbabwe i wyglądało to przerażająco. Przywódcy opozycji wyjechali z kraju, dziennikarze nie pracowali, organizacje pozarządowe zawiesiły działalność. Poturbowani ludzie zostali pozostawieni sami sobie. Zjeżdżali do miast na taczkach, często bez rąk czy nóg. Staraliśmy się zorganizować im jakąś pomoc. O tym jest ta nowa książka. Ale to też będzie studium odwagi, bo to wciąż się tam zdarza.

Kto jest winny?

- Mugabe często podsyca konflikt czarni - biali, który tak naprawdę należy już do przeszłości. To pozwala mu odwrócić uwagę od prawdziwych problemów. Ale odpowiedzialnością za sytuację w Zimbabwe trzeba by obdzielić niejednego człowieka. Gdy po okresie kolonizacji afrykańskie państwa zaczęły odzyskiwać niepodległość, stało się to w środku zimnej wojny. Wtedy resztę świata interesowało tylko to, po czyjej są stronie - Wschodu czy Zachodu? Aż do upadku muru berlińskiego nikt nie przejmował się tamtejszą przemocą, korupcją, łamaniem praw człowieka. Ważne było tylko pytanie: "Jesteś z nami czy przeciwko nam?". Od odpowiedzi zależała ewentualna pomoc. Całe pokolenie afrykańskich przywódców wyrosło w przekonaniu, że takie są zasady gry. Zmieniono je dopiero w latach 90.

Wierzy pan, że pisaniem można coś zmienić?

- W Zimbabwe odczuwam zawsze frustrację, bo chciałbym pomóc tym ludziom bardziej. Równocześnie słuchając ich historii o przetrwaniu - z tygodnia na tydzień, z dnia na dzień, a czasem nawet z minuty na minutę - widzę, jak bardzo jest dla nich ważne, że mogą się nią podzielić. Wtedy czuję się odpowiedzialnym za to, by ich historię nagłośnić. Wiele razy rozmawiałem z ludźmi, którzy byli pałowani, torturowani, gwałceni. A jednak na pytanie: "Czy mam użyć prawdziwego nazwiska?", odpowiadali "Tak, tak się je pisze".

Ojciec - człowiek czynu - byłby z pana dumny. W "Gdzie krokodyl " podejrzewał pan, że ma pana za nieudacznika.

- Mój ojciec, który był inżynierem, po prostu uważał humanistyczne zainteresowania za niepraktyczne. Na 16. urodziny dostałem od niego prezent. To było dość imponujące pudełko, w środku którego znalazłem instrukcję obsługi motoru Suzuki 125. Ojciec zabrał mnie do garażu, gdzie na podłodze leżał Suzuki 125 rozłożony na części. Powiedział: "Chcesz mieć motor? To sobie złóż".

Źródło: Gazeta Wyborcza



« Powrót





aktualności
na stronie




Imię:
Email:
© 2003-2010 Instytut Książki Projekt i realizacja