Usypać góry. Historie z Polesia

Małgorzata Szejnert
Usypać góry. Historie z Polesia
  • Znak
    Kraków, marzec 2015
    416 stron
    oprawa: twarda
    ISBN: 978-83-240-3287-7

Podtytuł najnowszego dzieła Małgorzaty Szejnert dobrze oddaje kształt i charakter tego przedsięwzięcia. Usypać góry nie jest bowiem monografią historyczno-polityczną Polesia, nie przynosi całościowego opracowania na temat dziejów i kultury tej krainy; to zbiór rozmaitych historii i historyjek związanych z ziemią rozciągniętą wzdłuż Prypeci. Arcyciekawych – tak w wymiarze poznawczym, jak i anegdotycznym.

Polesie fascynowało podróżników i etnografów od dawna. Oto w samym sercu Europy (ujmując rzecz geograficznie) rozpościera się wielka nizina pokryta gęstą siatką jezior i rzek, słynąca z nieprzebytych bagien i prastarej puszczy, kokietująca człowieka Zachodu cywilizacyjnym zapóźnieniem. Archaiczności i „dzikości” Polesia chciała dotknąć Louise Boyd, amerykańska milionerka i badaczka Arktyki – od przypomnienia jej wyprawy z roku 1934 Szejnert zaczyna swoją opowieść. Ale też szybko przechodzi do problematyki tożsamościowej, która zdecydowanie dominuje w tej książce. Podstawowe pytanie brzmi: kim do niedawna byli i kim dziś są mieszkańcy Polesia? Przez długie stulecia byli przedstawiani jako mieszanka narodowościowa (polsko-białorusko-litewsko-żydowski żywioł), ale najciekawsi wydawali się ci, którzy nie mieścili się w tożsamościowych ramach, sami unikali prostych identyfikacji. To „tutejsi”, zwani niekiedy, choć raczej błędnie, Poleszukami. Błędnie, ponieważ nigdy nie stanowili większej grupy etnicznej; fundamentem tożsamości „tutejszych” była lokalna gwara, niekiedy ograniczona terytorialnie do kilku wsi i przysiółków.

Spojrzenie antropologiczne Szejnert zazębia się z refleksją historyczną. Specyfiką krainy, po której oprowadza reporterka, jest płynność polityczna i brak trwalszego zakorzenienia. Polesie wchodziło kolejno w skład Wielkiego Księstwa Litewskiego, Rzeczpospolitej Obojga Narodów, carskiej Rosji, międzywojennej Polski, ZSRR, a od blisko ćwierćwiecza – suwerennej Białorusi. Był to zatem obszar naznaczony konfliktami o charakterze społecznym, kulturowym, a także religijnym. Jeśli idzie o tę ostatnią kwestię, Szejnert zajmująco tłumaczy między innymi, jak to się stało, że ruch zielonoświątkowców stał się trzecią, pod względem liczby wyznawców, religią współczesnej Białorusi. W ogóle opowieści dotyczące współczesnej Białorusi przedstawiają się nad wyraz interesująco, a przy okazji reporterka uświadamia polskiemu odbiorcy, że ten niewiele wie o sąsiednim kraju, zwłaszcza że na co dzień wystawiony jest na oddziaływanie tutejszej propagandy, której ostrze zwrócone jest przeciwko dyktatorskim rządom Aleksandra Łukaszenki. Ale to nie jedyna korekta, którą wprowadza autorka na karty tej imponującej książki. Zachęca nas także do odnowionego spojrzenia na mit „krainy utraconej”, podsuwa potrzebę ostatecznego rozstania się z fantazją o „kresowym raju”, gdzie narody i religie rzekomo łagodnie ze sobą współegzystowały. Ponadto reporterka – dyskretnie i rozsądnie – próbuje nam zaszczepić wrażliwość postkolonialną, odnosząc się krytycznie do dawnych działań mających na celu polonizację Polesia.

Małgorzatę Szejnert nieodmiennie interesują losy pojedynczych bohaterów – właściwie wyłącznie w tej perspektywie snuje „historie z Polesia”. Zachowuje przy tym niezwykłą dociekliwość. Co skłoniło brytyjskiego generała (Adrian Carton de Wiart) do zamieszkania na poleskim odludziu? Dlaczego Fiodor Klimczuk podjął się przekładu Biblii na język swojej rodzinnej wsi Symonowicze? Ta sama, bez mała detektywistyczna dociekliwość, dotyczy losów wybitnych osobistości związanych z Polesiem, takich jak Napoleon Orda, białoruski rysownik, który w pojedynkę utrwalił piękno pejzażu i architektury dawnych kresów.

Trudno wyróżnić któryś spośród siedemnastu rozdziałów Historii z Polesia. Niektóre, choć wiernie trzymają się faktów, przedstawiają się zgoła sensacyjnie. Na przykład opowieść o polskiej flotylli rzecznej zrodzonej, jak czytamy, z „wielkiej tęsknoty za morzem, kiedy nie mieliśmy ani skrawka wybrzeża” (pierwsze lata II Rzeczpospolitej). Do tęsknoty nawiązuje także tytuł książki. O usypywaniu góry mowa jest w wierszu młodego ukraińskiego poety Uładzia Lankiewicza, który wykorzystał walijską legendę. Do pewnej nizinnej wioski przybyli angielscy kartografowie, którzy miejscowego wzniesienia nie chcieli uznać za górę, co zmobilizowało włościan do pracy. Poeta twierdzi, że to samo zadanie, w wymiarze metaforycznym, stoi przed dzisiejszymi Białorusinami; oczywiście nie o góry mu chodzi, lecz o dumę narodową. Sporo jest jeszcze do „usypania”.


– Dariusz Nowacki