Bałtycka syrena. Historia Konstancji Czirenberg

Anna Czerwińska-Rydel
Bałtycka syrena. Historia Konstancji Czirenberg
  • Muchomor, grudzień 2014
    Ilustracje: Marta Ignerska
    220 x 165
    92 strony
    ISBN: 978-83-89774-78-1

Biegle mówiła po łacinie, włosku, niemiecku, francusku, szwedzku. Umiała grać na organach, klawikordzie i cytrze. Znała się na przyrodzie, filozofii, geografii i historii. Rozprawiała na tematy teologiczne. Malowała. Przede wszystkim miała nieziemską barwę głosu. Jej możliwości wokalne słynęły na całą XVII-wieczną Europę. „Kto ujrzał Konstancję Czirenberg, ten zaznał najszczęśliwszego dnia" –  pisał w 1636 roku w dzienniku sekretarz poselstwa francuskiego, Charles Ogier.

Dziś zrobiłaby zapewne oszałamiającą sceniczną karierę. W Metropolitan Opera na jej występy bilety byłyby wykupione na pół roku do przodu. Modnie ubrana, może nawet półnaga, pojawiałaby się na okładkach kobiecych pism. Byłaby niezależna ekonomicznie, chodziłaby do wyborów, jako 50-latka wyszłaby po raz drugi za mąż. Problem w tym, że urodziła się 400 lat temu. W świecie mało przyjaznym kobietom. Do tego w prywatnym życiu los jej nie oszczędził. Pochowała swoich bliskich: męża i dwie córeczki. Te odejścia spowodowały, że przestała śpiewać. Sama zmarła w wieku lat 48 w czasie epidemii dżumy.

Anna Czerwińska-Rydel napisała maleńką opowieść biograficzną o Konstancji Czirenberg. W kilku scenach potrafiła oddać to, co czasami nie udaje się zawrzeć w opasłych, faktograficznych tomach. Po lekturze „Bałtyckiej Syreny” małoletni czytelnik zda sobie sprawę (a dorosły utwierdzi się przekonaniu), że musiało minąć kilka stuleci, by kobieta zaczęła dostawać status pełnowartościowej istoty w społecznej strukturze. Bo w XV/XVI wieku miejsce patrycjuszki było ograniczone do domu i we wszystkim miała ona obowiązek słuchać męża. W wolnym czasie doglądać służby, pilnować stanu zapasów, zajmować się haftowaniem, hodowlą kwiatów i resztą tych nudnych spraw, które tylko czasem mogą być źródłem autentycznej satysfakcji, a na pewno nie dają  poczucia sensu. Instytucja małżeństwa była wtedy traktowana jako interes ekonomiczny. Zaręczyny poprzedzały pertraktacje handlowe, w których przyszłej żonie głosu w sprawie uczuć nie udzielano. Jeśli edukacja była możliwa, to tylko ta zdobyta w domu. Obyczajowość nakazywała kobiecie życie skromne i bez rozgłosu.

Podoba mi się w „Bałtyckiej Syrenie” drobne, choć znaczące przesunięcie akcentów. Otóż siłą napędową rozwoju Konstancji jest jej ojciec – zasłużony burmistrz Gdańska, Johann Czirenberg. Odkrywał on przed córką płótna Memlinga, a w rodzimym domu przy Długiej wieszał dzieła Caranacha, Dürerea, Rubensa. Opłacał najlepszych korepetytorów. Konstancja była oczkiem w głowie Johanna wykazującego bardziej emancypacyjne zachowania niż żona. Jego córka miała też szczęcie wyjść za mąż za człowieka, który nie obsadził jej wyłącznie w roli „pięknej matrony”. Słowem, w tej opowieści o sytuacji kobiety pierwsze skrzypce grają sprzyjający jej mężczyźni.

Ilustracje Marty Ignerskiej – eksponujące dziwność tu i teraz, celebrujące tajemnicę, podkreślające egzystencjalne rozdarcie między tym, co ludzkości codzienność funduje, a tym, o czym ona marzy – znakomicie korespondują ze słowem Czerwińskiej.  Ten artystyczny duet skutecznie rzuca pomost między przeszłością a współczesnością. W trakcie lektury „Syreny Bałtyckiej” dociera świadomość, że tak piekielnie utalentowane „syreny” jak Konstancja pod każdą szerokością geograficzną będą rodzić się raz na wiele lat. I nawet jeśli okoliczności sprzyjają ich talentowi, to życie prywatne może podciąć im skrzydła. Węzeł gordyjski ludzkiego losu w tej książce splata się z procesem budowania przez kobiety podmiotowej suwerenności. Ściślej rzecz ujmując, ten proces nadal trwa.

Katarzyna Kubisiowska