Mała Zagłada

Anna Janko
Mała Zagłada
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków, 2015
    ISBN: 978-83-08-05420-8
    130x205
    264 strony
    Oprawa: twarda

Wieś nazywała się Sochy. Leżała na Zamojszczyźnie. Dziewczynce było na imię Renia. Miała mamę i tatę, siostrę i brata. I zdarzyła się wojna. Przyszli, wioskę spalili, zabili rodziców. Wszystko to na jej oczach. Wiele lat później Renia urodziła córkę. Ale sama pozostała dziewczynką.

Córka nazywa się Anna Janko. Jest już dojrzałą kobietą. Poetką, powieściopisarką, felietonistką. Odnosi sukcesy. Wydała takie książki, jak "Dziewczyna z zapałkami" i "Pasja według św. Hanki", dostawała nagrody i wyróżnienia. Dopiero teraz, w wieku 57 lat, zdecydowała się napisać o tym, co spotkało jej matkę. A tak naprawdę - co spotkało ją samą.

Jedno trzeba powiedzieć od razu: w "Małej Zagładzie", bardziej niż walory literackie, liczy się przede wszystkim prawdziwość opisanego przez Janko doświadczenia. Wychodząc od historii własnej rodziny, autorka mierzy się na kartach "Małej Zagłady" z problemem przekazywania traumy następnym pokoleniom ocalonych. To książka ważna ze względu na wagę tematu - bo każdy, komu się wydaje, że wojna skończyła się dawno temu i już nas nie dotyczy, jest w błędzie.

To był 1 czerwca 1943 roku. Na cmentarzu w Sochach właśnie ta data widnieje na około 200 nagrobkach - od niemowląt po starców. 1 czerwca, a więc Dzień Dziecka? Jeszcze wtedy nie obchodzono, trudno jednak o bardziej symboliczną datę. Bo Janko pisze w swojej książce tak: "Na czas wojny nie powinno być żadnych dzieci. Powinny siedzieć w jakimś całodobowym, całowojennym przedszkolu, za jakimś drutem kolorowym, za murem bajecznie grubym, a najlepiej na innej planecie. I czekać. Po wszystkim by się je stopniowo poodbierało...".

Wcześniej opowiada o tym, że miała jakby dwie matki. Jedna była dorosłą kobietą, za którą tęskniła, gdy wychodziła do sklepu, i której się bała, kiedy wpadała w gniew. Druga pozostała przerażoną dziewięciolatką, która potrafiła przepłakać calutki dzień - od rana do wieczora. Dorastanie pod opieką kogoś w takim stanie nie mogło pozostać bez śladu na psychice dziecka, albowiem nieuchronnie musiało prowadzić do swoistej zamiany ról. I to psychoanalityczne uzasadnienie transgeneracyjnego przekazu traumy jest chyba bardziej przekonujące niż koncepcja genetycznego jej dziedziczenia - tę z łatwością podważy co drugi naukowiec.

Warto też pamiętać, że pokolenie dzieci urodzonych zaraz po wojnie nieustannie było nią straszone. Janko wspomina, jak otwierała szafę i robiła plan ucieczki. Zastanawiała się, co musi ze sobą zabrać, a bez czego zdoła się obejść. Kalkulowała: lepiej mieć córkę czy syna? Córkę zgwałcą, ale syna wezmą do wojska. Ze wszystkim starała się zdążyć przed wybuchem nieuchronnego. I jak całe jej pokolenia słuchała niemal każdego dnia, że nie ma pojęcia, co to tak naprawdę są głód, zimno, niedostatek... Trudno, aby ten niepokój nie udzielił się także jej dzieciom. Rzeczywista liczba ofiar II wojny światowej pozostaje nieznana - zbyt wiele z nich urodziło się dopiero dziesiątki lat po zakończeniu konfliktu.

Szkoda tylko trochę, że w "Małej Zagładzie" problem ten się nieco rozmywa, bo autorka wrzuca do książki wszystko, co jej się akurat nasunie: a to dzieciństwo Hitlera, a to obrazek z Kambodży, a to wspomnienie lisa obdzieranego ze skóry. Te i inne zastrzeżenia nie mogą jednak przysłonić istoty zagadnienia: jako rodzaj świadectwa książkę Janko trudno bowiem przecenić.

Małgorzata I. Niemczyńska