Wystarczy przejść przez rzekę

Ludwika Włodek
Wystarczy przejść przez rzekę

  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków, 2014
    145x207
    286 stron
    ISBN: 978-83-08-05429-1

Czasem tak jest, że nie wszystko wiadomo, pisze Ludwika Włodek. Być może dlatego „Wystarczy przejść przez rzekę” zaczyna się od mapy. Kirgistan, Tadżykistan, Turkmenistan, Kazachstan i Uzbekistan. Pięć republik postsowieckich położonych między Morzem Kaspijskim a Chinami, z rozciągającą się na północy Rosją i Iranem, Afganistanem, Pakistanem i Indiami na południu. Zaznaczone stolice, główne miasta, granice, pierwsza podpowiedź, jak się w tym, stosunkowo ciągle jeszcze nie dość dobrze nam znanym, kawałku świata odnaleźć. Włodek, tu jako przewodniczka po Azji Środkowej, ujawnia się niewiele dalej.

I swoją opowieść snuje dwutorowo. Jako socjolożka, która od piętnastu lat zajmuje się tym regionem, wykładowczyni studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego, która wielokrotnie odwiedzała opisywane kraje, zna ich historię i jej zawiłości, niuanse sytuacji geopolitycznej, stara się przybliżyć je czytelnikowi w skondensowany, ale jasny sposób. Jako dziennikarka zaś wytęża reporterski słuch i wrażliwość na szczegół. Nie boi się przy tym powiedzieć „nie wiem”, a nawet „być może się mylę”, unika generalizacji, które kuszą. Azję Środkową opowiada przez ludzi. Poznanych na przestrzeni lat w swoich podróżach, ale także takich, w czyich historiach skupia się jak w soczewce albo choć w znacznym, istotnym fragmencie odbija obraz ich kraju, przemian, jakie się w nim dokonują.

Obie te narracje, pierwsza, nazwijmy ją merytoryczną – wyjaśniająca i przybliżająca sytuację w regionie, sceny polityczne i struktury władzy oraz osobista – pokazująca historie poszczególnych bohaterów uzupełniają się i płynnie przechodzą jedna w drugą. Tym łatwiej, że uzupełnione są fotografiami autorki – nie upiększającymi rzeczywistości jak w folderach turystycznych, ale dokumentujących przedmioty, miejsca, ludzi i zwyczaje (a także kolory, niesamowite jak fuksja z okładkowego zdjęcia) poznane w tych pięciu krajach. Nie ma między tymi dwoma osiami opowieści zgrzytu. Może także dlatego, że to, co je splata to jeszcze trzecia, subtelnie (choć na poziomie języka często potoczna) zaznaczana obecność i spostrzeżenia autorki. Często bardzo wobec własnego sposobu podróżowania, swojej wiedzy, stereotypów, czy wreszcie siebie samej krytycznej. Włodek, już we wstępie, pisze: „Na początku wydawało mi się, że jestem cwańsza niż miejscowi. (…) że wystarczy tylko trochę europejskiego opanowania, sprytu i dobrej logistyki, żeby opanować wszystkie trudności.” Im dłużej trwała podróż, tym więcej było w niej pokory (choć, kiedy było to niezbędne, nie brakowało i zadziornego charakteru, na przykład gdy trzeba było walczyć o swoje z szoferami-naciągaczami).

Kolejne rozdziały biorą swoje tytuły od imion bohaterów. Wiele z nich jest żeńskich, bo „Wystarczy przejść przez rzekę” to także opowieść o sile kobiet we wciąż jeszcze patriarchalnych, posowieckich krajach. A także o ich zniewoleniu (Włodek pisze m.in. o porwaniach kobiet w Kirgizji). Jest tu więc portret Umidy Ahmedowej, uzbeckiej artystki i fotografki, skazanej z paragrafu o szkalowaniu własnego narodu, Rozy Otunbajewej, byłej prezydentki Kirgistanu i pierwszej kobiecie – głowie państwa w regionie i również pierwszej, która nie chciała, żeby jej portretami obwieszono, zgodnie z tradycją panującą nadal w tej części świata, państwowe urzędy a w delegacje latała rejsowymi samolotami. Jest rozdział o Tadżyczce Szarofat, która przed wojną domową pracowała w awiakasie – sprzedawała bilety lotnicze – a po wojnie, gdy w zrujnowanym Tadżykistanie pojawiły się pierwsze, zachodnie organizacje humanitarne odstąpiła jednej z nich własny dom, najęła się w niej do pomocy. A później szybko awansowała i wkrótce założyła własne NGO i dziś pomaga m.in. kobietom – ofiarom wojennej i powojennej przemocy, także seksualnej.

Jest i rozdział „Ludwika”. Prawnuczka Jarosława Iwaszkiewicza – o swoich korzeniach pisała w „Pra. O rodzinie Iwaszkiewiczów” – inaczej niż w debiutanckiej książce, gdzie, jak sama wspominała w jednym z wywiadów, dokonywała ekshibicjonizmu na cudzy koszt, tu odsłania siebie bardziej. Spotkanie grupy podróżników, z Francji, Niemiec, Rumunii, będących w podróży od kilku tygodni, inni kilku lat i których ścieżki przypadkiem przecięły się w hostelu w pamirskim Murgabie, stało się dla niej pretekstem do rozmyślań o własnym podróżowaniu, o jego roli i cenie. Autorka pisze: „I też jak Ana i John doznałam tego dziwnego uczucia pustki i miałkości warszawskiego życia, ogarniającego po długiej podróży. Nie jestem jednak taka jak oni. Nigdy nie zdecydowałabym się sprzedać wszystkiego, co mam i wyruszyć w niekończącą się podroż”, i dalej: „ten wieczór (…) taki miły i ciekawy, miał też dosyć przykrą konsekwencję. Uświadomił mi, że są rzeczy, których już nigdy w życiu nie zrobię (…) wybrałam inne życie”. Ta zresztą tęsknota za podróżą, ale i świadomość jej ograniczonego charakteru, jest impulsem, który sprawia, że Włodek wraca co jakiś czas do Azji Środkowej, nie tyle po nowe doświadczenie, co żeby obcować z tym, co znane, oswojone, „jak stoiska po brzegi wyładowane chińską elektroniką czy kirgiskimi pamiątkami dla turystów w CUM-ie, centralnym domu handlowym w Biszkeku czy gruźliczanki z sokiem malinowym na oskim bazarze, które nic się nie zmieniły, od kiedy pierwszy raz byłam w tym kraju”.

W podróżach autorki do postsowieckich krajów Azji Środkowej jest więc sporo nostalgii. Innej jednak niż ta, którą słychać tam czasem w opowieściach jej rozmówców, również tej wyrażanej wprost. Jak przez jednego z nich, tadżyckiego komunistę, który mówiąc o tym, jaka jest różnica między radziecką Azją Środkową, byłymi republikami sowieckimi a Afganistanem powiedział: „wystarczy przejść przez rzekę”, żeby na własne oczy zobaczyć jak wielka jest różnica między nami a nimi. Miało to podkreślać pozytywną – w jego rozumieniu – i doniosłą rolę, jaką Rosja radziecka odegrała w procesie „cywilizowania” tych terenów. Książka Ludwiki Włodek to jednak przede wszystkim opowieść o tym, jak ta, sztuczna, narysowana kiedyś w celach propagandowych granica, ale i wiele innych, realnych, gospodarczych, politycznych, społecznych, historycznych się zaciera, upłynnia, zmienia swój przebieg. Ten sposób patrzenia na Azję Środkową, tak – wydawałoby się – z polskiej perspektywy odległą, nieznaną, jest bodaj najciekawszym akcentem i największym atutem tej opowieści. I może ten dystans skrócić. Na początek wystarczy tylko sięgnąć po książkę Ludwiki Włodek.

Magdalena Kicińska