Ślepnąc od świateł

Jakub Żulczyk
Ślepnąc od świateł
  • Świat Książki
    Warszawa, 2014
    ISBN 978-83-7943-614-9
    520 stron
    222 x 148

Żeby polubić tę książkę, trzeba już na początku zaakceptować konwencję. Zgodzić się na to, że ktoś, kto do nas mówi, główny bohater i narrator w jednym – to grafoman i prostak. Że nikt nam nie poda na tacy alibi dla tego formatu narracji, że nie zbuduje nam wygodnego dystansu do bohatera, do jego przemyśleń, metafor, zgryw. Nikt nam ibupromu nie poda, żeby nam łatwiej było znieść te opisy seksu jak z „Pięćdziesięciu twarzy Greya”, rozmyślania na poziomie „szanuję ją za to, że”, wyjęte wprost z filmów klas b,c,d. Niemal wszyscy, nawet przysłowiowe karki z nocnego klubu, rzucają tu dowcipami jak z serialu. Któż, jeśli nie bezkrytyczny fan takiej konwencji, mógłby to wszystko znieść?

Tu jednak sprawa się komplikuje. Bo jest w tej powieści równocześnie coś zniewalającego, jakiś rodzaj magnetyzmu, który sprawia, że – nieco zdezorientowani i poirytowani – zgadzamy się na te warunki gry z tekstem i ruszamy czarnym szlakiem, zanurzając się wraz z dealerem Jacusiem w smród i ponure piękno pękniętej, nadpsutej Warszawy. I właśnie dzięki stylowi oraz specyficznej aurze powieści niektórym czytelnikom uda się zaakceptować fakt, że Jacek – handlarz narkotyków – jest błyskotliwy i wrażliwy, ma filozoficzne podejście do codzienności i w oku refleksyjny błysk socjologa-aforysty. Moglibyśmy przecież zawołać: „Come on! Umawiamy się na coś na początku i ta umowa tu też obowiązuje”. A zatem: przymrużenie oka i mała akceptacja. Tym bardziej, że autor śpieszy z informacją, że bohater studiował historię sztuki. Jacek to dość wierna realizacja stereotypu holywoodzkiego amanta: twardego, lecz skrzywdzonego przez ukochaną kobietę, pozornie hardego, lecz w środku wrażliwego i pełnego nieustannych przemyśleń na temat współczesnego świata i jego mechanizmów liryka zbrodni. Samotnego wilka nieprzystającego do żadnego ze światów: ani do świata dnia i lata, piękna i mieszczańskiej Warszawy, ani do świata mechanicznego zabijania na zlecenie. Jest przesunięty w stronę nocy, ale jakby zawieszony między dobrem i złem, to klasyczny outsider, właściwie bohater romantyczny. Ale w nieco irytującym wcieleniu polskiego „skrzywdzonego” patriarchatu. Ma na czole wypisane: „Wiem, że jeśli kogoś spotkam, nie zapytam go o drogę, bo będzie mi wstyd”.

Znacznie ciekawszym bohaterem tej powieści jest jednak język Żulczyka. To on sprawia, że trudno jednoznacznie sklasyfikować tę powieść jako rzecz, powiedzmy, komercyjną. To język nieprzezroczysty, charakterystyczny, taki, który bawi się sam sobą, pozwala sobie na odklejenie od rzeczywistości powieści. Lubiłam te miejsca „Radia Armagedon”, kiedy ten rozpędzony, pogubiony język, zalewał i zbijał z tropu czytelnika. Można się było zżymać na bałagan i naiwną publicystykę, ale był tam jakiś czad i energia. Żulczykowi pisanie sprawia przyjemność, czuć tu lekkość i poddawanie się skojarzeniom, które podsuwa wyobraźnia.

Wszystkie powieści, w których pada śnieg mają specyficzną atmosferę, wydają się nierzeczywiste. Te, których akcja dzieje się nocą także wydają się odrealnione. Sam pomysł inscenizacyjny polegający na tym, że bohater jeździ nocą samochodem po mieście od razu nadaje ton książce, w której wszystko jest przerysowane: potwornieje albo staje się groteskowe, jest klaustrofobiczne albo wyolbrzymione. Nocą perspektywa gubi się i geometria świata jest zaburzona, podatna na naszą interpretację. Świetnie to wiedział Don DeLillo, który w „Cosmopolis” opisał taką nocną podróż limuzyną. Jego Nowy Jork też był raczej złowrogim miastem-widmem, w którym jednej nocy można kogoś przelecieć butelką, zobaczyć z bliska zamach terrorystyczny, a nawet zbadać sobie prostatę. I Jacuś też jeździ, uprawia seks, odwiedza kluby i samotne kobiety, czekające na jego wysokiej jakości towar.

Żulczyk potrafi doskonale budować napięcie i to nie mechanicznie – przy pomocy plotu, przygody, to coś więcej – on wie, co wzbudzi strach, steruje naszymi emocjami, potrafi autentycznie miękko wyjąć nas ze świata, a to już wiele. Miejscami bywa też dowcipny i brawurowy, tzn niemal punkowy, kiedy idzie na całość i nie przejmuje się konwenansem. Innym razem ta proza osuwa się w taki rodzaj kiczu, jaki znamy z filmów Pasikowskiego, a potem znów jest w niej jakaś magnetyczna duszność i intensywność. Zaczynamy nagle kibicować Jacusiowi, przy czym jesteśmy przez chwilę jak czytelnicy Cormaca  McCarthy’ego, którzy zbyt późno orientują się, że tego akurat nie powinni robić wcale.

Cóż, nie ma tu eksperymentu sui generis, nie ma wysublimowanej struktury ani wysokiego poziomu refleksji. Ale Żulczyk świetnie opisuje to, co chce, potrafi opisać ból, podniecenie, strach. Rzeczywistość, którą wykreował jest na tyle sugestywna, że podczas lektury wygrywa z rzeczywistością potoczną, krótko mówiąc powieść wciąga.

Żulczyk potrafi nadać kształt swoim bohaterom, wykreować trójwymiarowe postacie i sugestywne dekoracje. O takich powieściach krytycy mówią, że są „filmowe”. To świetnie, że Żulczyk potrafi stworzyć kolejne plany swojej powieści, że jego Warszawa jest żarłocznym, ale także zmysłowym miastem, w którym czeka się na deszcz, żeby zmył kurz i zło, a to ostatnie dotknęło wszystkich. To czekanie na deszcz jest metaforą rozgrzeszenia, a przynajmniej odnowy, marzenia o innym życiu. Przez jakiś czas Żulczyk mami swojego bohatera (i nas) takim marzeniem: o ostatecznej ucieczce, opuszczeniu miasta, zerwaniu starych, toksycznych więzi. Ale zakończenie, cóż, jest zaskakujące i niezłe. Mimo wszystko, warto to sprawdzić. Ta powieść ma wyrazistą, solidnie zbudowaną atmosferę, własną aurę, która sprawia, że nie zapomnimy jej tak łatwo, że upiorna Warszawa przez jakiś czas z nami zostanie.

Agnieszka Wolny-Hamkało