Zapiski Nosorożca

Łukasz Orbitowski
Zapiski Nosorożca
  • Sine Qua Non
    Kraków, 2014
    ISBN: 978-83-7924-272-6
    140 x 205
    288

Pisarzowi Łukaszowi Orbitowskiemu coś się przydarzyło. Do końca nie wie, co to takiego, ale w kolejnych rozdziałach swoich Zapisków nosorożca próbuje to „przydarzenie” ubrać w słowa.

Po pierwsze, przydarzyła mu się podróż do Republiki Południowej Afryki. Nie „wyprawa” – wyjazd, który trafił się jak „stuzłotówka znaleziona na ulicy”. Bo Orbitowski, autor kilku książek – opowiadań i powieści z pogranicza fantastyki i grozy, nominowany w zeszłym roku do Paszportu Polityki, ostrzega już we wstępie: to nie reportaż ani pozycja z półki z literaturą podróżniczą. A podróż do RPA nie była nigdy jego wielkim marzeniem, którego realizacji wyczekiwał w napięciu, o samym kraju wiedział niewiele ponad ciąg skojarzeń: „Nelson Mandela, Park Krugera, facet w płonącej oponie”. Wyjechał tam ze swoją partnerką Agatą na trzytygodniowe wakacje. Po prostu. Przed wylotem przygotował duży plik z niezbędnymi wiadomościami, adresami, atrakcjami „do zobaczenia koniecznie” – i nigdy już więcej do niego nie zajrzał. Chłonął ten skraj Afryki inaczej.

I dlatego, po drugie, przydarzyła się książka. Z wrażeń, zachwytów, zadziwień i legend, którymi paruje tam ziemia: niepokojących, złożonych, mocno zakorzenionych w tamtejszych krajobrazach, warunkach życia. I które intuicyjnie, podskórnie go z tym krajem zbliżyły. O wiele szybciej, niż się spodziewał. Ci, którzy znają poprzednie książki autora mogą tu właśnie znaleźć klucz do zrozumienia tej nici, która się między nim a RPA nawiązała. A zapisywane dla utrwalenia takich właśnie momentów notatki tworzone pod wpływem chwili zaczęły pęcznieć i niespodziewanie dla samego autora złożyły się w książkę – specyficznego rodzaju dziennik z podróży po kraju i jego mitach.  

Bo, po trzecie, przydarzały się mu owe zachwyty i legendy. Każdego dnia i w różnych miejscach, bo – zdaniem Orbitowskiego – Afryka to kraina opowieści. I mitów. Orbitowski, zafascynowany Klechdami sezamowymi Bolesława Leśmiana, podążając trochę za podpowiedzią swojego mistrza podobnie do niego chce odnieść się do poznanych podczas własnej podróży narracji południowoafrykańskich. Nasiąka nimi jak gąbka – są wszędzie, w każdym odwiedzanym miejscu, w przyrodzie, z którą obcuje tam intensywnie, w zaułkach dużych miast i miasteczek nad Oceanem Indyjskim, w opowieściach przypadkowo spotkanych ludzi, ale przede wszystkim w antykwariatach, które autor odwiedzał podczas tych trzech tygodni często. Są więc Zapiski…  dyptykiem, na który składają się impresje własne Orbitowskiego, narratora-przewodnika mocno obecnego w tekście, i wybrane, przefiltrowane przez jego literacką wrażliwość, uwspółcześnione na poziomie języka i zuniwersalizowane, przybliżone przez to południowoafrykańskie legendy. Tam, gdzie to możliwe próbuje zarysować analogie do znanych Europejczykom mitologii, w innych fragmentach tekstu buduje nowe znaczenia na oryginalnych, zupełnie innych, jeśli chodzi o kontekst, wyjściowych figurach, symbolach, metaforach. Fragmenty gawędziarskie, oszczędna w formie relacja z wakacji od tych, w których Orbitowski reinterpretuje południowoafrykańskie podania i przekazy przeplatają się, ale są oddzielone wyraźnie, także na poziomie edycji (strony z nimi ozdobiono wyraźnym ornamentem).

Fraza w Zapiskach…, jest mocna, gęsta, czym nie odbiega zbyt daleko od tego, jak dotychczas Orbitowski pisał. Zmienia się tylko konwencja – gawęda, którą toczy narrator rządzi się tu swoimi prawami: jest dużo bardziej swobodna, pełna anegdot, dygresji, dosadnych określeń. W tych zaś fragmentach, w których autor wchodzi w świat mitu, język zmienia się, łagodnieje, dostraja do rytmu mrocznych, pełnych tajemnic, grozy (Hlakanyane) albo refleksyjnych, snujących się jak południowoafrykańskie popołudnie (Życie jest dobre, Drewniana dziewczyna) opowieści zamieszkujących tamten kawałek kontynentu dawnych plemion. Tu właśnie znaleźć można najwięcej – niebezpośrednich i nieoczywistych –  odniesień do tego, co bliskie jest Orbitowskiemu w  pisaniu Leśmiana z Klechd… . Ale równie niedaleko jest mu w tych fragmentach także do Isaaca Singera z Opowieści o Królu Pól. To zdecydowanie najmocniejsza, najlepsza część książki. Pozostawia niedosyt. Chciałoby się, żeby to tych opowieści więcej się Orbitowskiemu przydarzyło.

Zapiski nosorożca nie są więc przewodnikiem po miastach, parkach i bezdrożach RPA, mimo, że autor opisuje popularne wśród turystów odwiedzających ten kraj miejsca. Nie ma w nich też zbioru wskazówek, jak ją poznawać, ani podsumowań roszczących sobie prawo do namalowania pełnego obrazu tego kraju, mimo przytaczanych obserwacji, rozmów ze spotkanymi w drodze Południowoafrykańczykami. Orbitowski nie znalazł odpowiedzi na pytanie, jaka naprawdę jest RPA, nie czuje, że przez te trzy tygodnie choć trochę poznał, zrozumiał ten kawałek Afryki. Bywał częścią tłumu odwiedzającego „atrakcje turystyczne”, chodził w dresie, jadał w lokalnych restauracjach, ale zaglądał i do KFC. Ale przede wszystkim, i to w tej narracji najbardziej szczere, obserwował, nie oceniał – choć komentował, nieustannie się dziwił. Pokazał w tej książce RPA taką, jaką sam zobaczył, bez lukru wymieszanego w odpowiednich proporcjach z  a u t e n t y c z n y m  błotem, miksturze właściwej wielu tekstom pop-podróżniczych.

Odnalazł się za to na pewno w narracyjnej, wierzchniej warstwie tej części Afryki, którą dla siebie odkrywał, w mitach, których scenografia jest tak odmienna od słowiańskiej, najbliższej autorowi, ale sens, tropy, atmosfera – mroczna, niepokojąca – w pewnym sensie najłatwiej, bo sensualnie, przetłumaczalna i nie narażona na „nieścisłości przekładu”.

Może tylko trudna do uchwycenia precyzyjnym opisem. Dlatego Orbitowski kończy książkę słowami: „Przeczuwam, ale nie wiem. Nic nie wiem. Poza jednym. Coś się przydarzyło”. Czytelnikom, którzy sięgną po Zapiski… przydarzy się równie nieoczekiwana, zaskakująca podróż.

Magdalena Kicińska