Najlepsze buty na świecie

Michał Olszewski
Najlepsze buty na świecie
  • Czarne
    Wołowiec, 2014
    ISBN: 9788375368680
    133 × 215
    256 stron

Przygląda się swoim bohaterom z bardzo bliska. Często po prostu z nimi milczy. Kiedy trudno im zebrać słowa, razem czekają na ten moment, w którym w końcu zaczynają opowiadać. Nie pogania, patrzy wtedy dookoła: na ceratę na stole, obrazy na ścianie, odklejoną tapetę. Nie spieszy się.

Michał Olszewski, rocznik ‘77, reporter, od niedawna znów w krakowskiej „Gazecie Wyborczej”, może sobie pozwolić na ten luksus. Przyjeżdża na miejsce, do bohaterów – nie „na materiał” wtedy, kiedy większość dziennikarzy dawno już spakowała dyktafony, kamery i wyjechała, jak pisała Szymborska, na inną wojnę, po nowe, głośne newsy. Olszewski inaczej. Posiedzi w lokalnym barze Texas i tam posłucha, co miejscowi mówią o księdzu, który molestował dzieci (Brońcie naszego księdza, tekst z 2003 roku), jak się kłócą, że to przecież taki dobry człowiek, że dzieciaki, wiadomo, plotą co im ślina na język przyniesie. Albo w innym miasteczku, trochę się pokręci, nadstawi ucha na to, co ludzie sobie opowiadają, zanim w końcu zapuka do drzwi. Tak było w podkarpackim Hłudnie, do którego pojechał, żeby napisać o samobójstwie trzynastoletniego Bartka. W domu jego rodziców musiał milczeć z nimi długo, tyle zapamiętał szczegółów: „Na reprezentacyjnym miejscu Bartek: oprawiony w ramki, łobuzersko uśmiechnięty chłopiec. Wokół poukładane zabawki, piłka, porcelanowe świnki, krasnal i sarenka. Powstał z tego ołtarzyk. Na ścianie pamiątka z Komunii, figurka Maryi z kredensu spogląda na obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej” (Diabeł przyszedł do wioski, 2007).

Często jedzie też tam, gdzie pozornie nic się nie wydarzyło, nie ma dynamicznej akcji, „dziania się”, konkretnego, najlepiej spektakularnego, powodu, żeby reporter zjawił się właśnie tu. Jak w Muzeum Auschwitz-Birkenau na kolejnej, nieokrągłej nawet, rocznicy wyzwolenia obozu. Jak na piętrze krakowskiej kamienicy, w której spotykają się byli więźniowie (w coraz mniejszym, z roku na rok, gronie). Tam też obserwuje: ciasteczka na stole, plastikowe talerzyki, niedziałający od lat telefon (Sztandaru już nie uniosą, 2013). Znajduje sobie w tej scenografii miejsce na rozmowę z bohaterami, na spotkanie z ich przykurzonymi historiami. W podobny sposób zachowuje się, kiedy odwiedza mieszkańców uzdrowisk, w których zimą smog nie daje żyć, ostatniego mieszkańca wsi, na miejscu której ma powstać przeciwpowodziowy zbiornik retencyjny, pacjentów ośrodka rehabilitacyjnego Monaru, więźniów z zakładu karnego we Włodowie czy Wronkach, ludzi żyjących w cieniu fabryki azbestu, kobiety ze schroniska dla ofiar przemocy. Jeździ we wszystkie te miejsca, czasem wraca do nich kilkakrotnie, zapisuje listę skarg na pozostawienie samym sobie, litanie frustracji, które Polska B, C i Ć kieruje do tej A, ale częściej po prostu słucha, nie ocenia, stara się nie patrzeć z góry, zza redakcyjnego biurka ustawionego w wielkim mieście. Ma jednak odwagę, żeby w reportażu pojawiło się i takie zdanie, jak w jednym z tekstów: „najłatwiej byłoby napisać łzawą bajkę”. Chodzi w reporterskich butach ostrożnie, ale nie udaje swoim pisaniem, że potrafi wejść w te swoich bohaterów, że gruntownie, do szpiku kości rozumie ich świat. Nie jest adwokatem konkretnych spraw, nie uprawia nachalnego, interwencyjnego dziennikarstwa pochylającego się cynicznie nad „ludzką krzywdą”. A mimo to celnie udaje mu się zapisać to, co rzadko przebija się na jedynki gazet, gości na żółtym pasku telewizji informacyjnej. Swoją zwyczajnością nie wzrusza.

W Najlepszych butach na świecie zebrał teksty pisane w ostatnich kilkunastu latach. Pierwsze powstały jedenaście lat temu. Olszewski konsekwentnie nie poprawiał, nie dopisywał im dalszego ciągu. Powstał w ten sposób poruszający porter zmiany, która dokonała się w Polsce i Polakach na przestrzeni ostatniej dekady. W tytułowym, premierowym tekście, poświęconym rekonstrukcjom historycznym, dziwi się tej, która dotyczy nowego podejścia do historii. Transformacja dotyka tu wrażliwości, której granice przesunęły się tak bardzo, że dziś nie dziwi odtwarzanie likwidacji będzińskiego getta ani młodzi chłopcy w mundurach Wehrmachtu przechadzający się Alejami Ujazdowskimi. Nikogo, poza starszą panią, która zaczepia jednego z rekonstruktorów i mówi: przypominasz mi mojego oprawcę z czasu okupacji. Dziwi się też reporter. To jeden z dwóch momentów w tej książce, w którym autor jest tak mocno obecny. Drugi raz odsłania się, kiedy w przeddzień kolejnej rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau pisze list do chrzestnej córki (Planeta Auschwitz. List do chrześniaczki, 2005). Wojna i jej następstwa wracają w jego tekstach. Na pytanie, czy warto po tylu latach pisać o niej dalej odpowiada: - Nie wiem, czy Polacy tego potrzebują, ja tego potrzebuję. Nie umiem wytłumaczyć dlaczego. Cień wojny, chociaż rozmyty upływem lat, ciągle się na nas kładzie. Jeśli nie bezpośrednio, w historii naszych rodzin czy bliskich, to chociażby przez bliskość miejsc, w których ta historia się działa. Jak w Oświęcimiu, w Brzezince, jak w życiu uczniów tamtejszej podstawówki, w której śpiewa się na szkolnych uroczystościach obozowy hymn a sztandar uszyty jest z więźniarskich pasiaków (Do hymnu, 2012).

Jest w tekstach Olszewskiego niespieszność. I czułość – bez czułostkowości – dla bohaterów. Ma też dobry słuch, reporterskie ucho na prowincję i „miejsca, gdzie los nie szczędzi uderzeń”. Sam też z niej pochodzi. Rodzinny Ełk opisał w książce „Do Amsterdamu”, debiucie prozatorskim z 2003 jako „będące metaforą tysiąca podobnych zastygłych w niemocy – po chwilowym ożywieniu lat dziewięćdziesiątych – polskich miast”. Ełk, położony równie daleko od szosy, jak miejsca, które odwiedza zawodowo dał mu podskórnie wszczepioną ambiwalencję. Rozdarcie między ambicją wyrwania się, ucieczki z tego miejsca, któro „redukuje życiowe możliwości” z jednej strony a zakorzenienie z drugiej, ten szczególny sentyment podszyty dumą z pochodzenia, miejsca urodzenia, któro – jak powtarza reporter i scenarzysta Andrzej Mularczyk – determinuje reportera, to, jakie wybiera tematy, jakie czuje, rozumie najlepiej.Polska powiatu i gminy, taka, do której jeszcze pewnie i za sto lat nie dotrze Pendolino, ale też ta mniej przebojowa, efektywna i nie rozpychająca się łokciami dostaje od autora uwagę i skupienie. Nie dostaje etykietek.

Także na poziomie języka. Ton Olszewskiego jest oszczędny, surowy, reporter nie obudowuje opowiadanych historii zbędnymi ozdobnikami. Pisze przez konkret, dzięki któremu czytelnik bardzo szybko zbliża się do sedna opowieści.   

Michał Olszewski powiedział na warszawskim spotkaniu autorskim: „Nie czuję jakoś szczególnie, że moje pisanie może zmienić rzeczywistość. Moją misją jest jak najlepsze zdanie relacji z miejsca, w które pojechałem i z tego, co tam przeżyłem – treściwe, proste i uczciwe”. Teksty ze zbioru Najlepsze buty na świecie takie właśnie są.

Magdalena Kicińska