Władca liczb

Marek Krajewski
Władca liczb
  • Znak
    Kraków, 2014
    ISBN: 978-83-240-3219-8
    312 stron
    136x205
    oprawa miękka

Powieść kryminalna Marka Krajewskiego Władca liczb, szósta cześć cyklu z Edwardem Popielskim, jest – jak mi się zdaje – najlepszą częścią serii, choć od pozostałych różni się jedynie szczegółami, co nie dziwi, bo wrocławski autor w swojej prozie konsekwentnie realizuje wciąż ten sam schemat kryminału retro, wypracowany jeszcze w poprzednim cyklu z niemieckim śledczym Eberhardem Mockiem. Akcja książki rozgrywa się w powojennym Wrocławiu, a ważną rolę w intrydze kryminalnej odgrywa matematyka, podobnie zresztą jak w jednej z poprzednich książek serii z Popielskim, Liczbach Charona z roku 2011.

Akcja Władcy liczb ma budowę klamrową i toczy się na kilku płaszczyznach czasowych. Rozwija się wokół sprawy skomplikowanego dochodzenia, które leciwy Popielski prowadził w roku 1956 i które na tyle mocno wryło mu się w pamięć, że wrócił do niego w spisywanych tuż przed śmiercią pamiętnikach. Upalnego lata 1956 roku dochodzi we Wrocławiu do serii samobójstw, dosyć podejrzanych, ponieważ domniemani samobójcy pozbawiają się życia w specyficzny sposób, taki sam we wszystkich przypadkach. Do Popielskiego, który zatrudniony jest w kancelarii adwokackiej głównie po to, by szukać haków na świadków oskarżenia, zwraca się hrabia Zaranek-Plater z propozycją, aby były policjant zajął się sprawą samobójstw, gdyż jej rozwiązanie pomoże hrabiemu w staraniach o spory spadek. Popielski przyjmuje zlecenie i wikła się w dochodzenie, które mocno zachwieje jego racjonalistycznym postrzeganiem świata. Wszystko wskazuje bowiem na to, że zbrodnie dokonywane są w imieniu tajemniczego „bóstwa geometrii”, nazywanego Belmisparem. Wyssana z palca bzdura? Niekoniecznie, bo być może bóstwo jest fikcyjne, ale trupy realne. Dziwną sprawę definitywnie zamknie dopiero w roku 2013 syn Popielskiego.

Na szczęście w nowym kryminale Krajewski zrezygnował z powtarzania opisów brutalnych zbrodni i dewiacji seksualnych, nieco już nużących i drażniących w poprzednich częściach cyklu. Autor inaczej niż we wcześniejszych powieściach ustawił intrygę, skupiając uwagę przede wszystkim na głównym bohaterze i jego dylematach. Jako młody człowiek Popielski przez kilka lat studiował matematykę, zawsze miał wiele szacunku dla królowej nauk, nic więc dziwnego, że zaintrygowała go sprawa, w którą uwikłany był ogarnięty obsesją matematyk, brat Zaranka-Platera. Tyle tylko że ten wyznawca „bóstwa geometrii” wydaje się człowiekiem kompletnie obłąkanym. Co więcej, Popielski w trakcie śledztwa styka się ze światem wróżek, przepowiedni i przeczuć, trudnym dla niego, zdeklarowanego racjonalisty, do zaakceptowania i traktowania z pełną powagą. Z drugiej jednak strony, były policjant podczas ataków dręczącej go niemal przez całe życie choroby miewał wizje, które pomagały mu w rozwiązywaniu kryminalnych zagadek. Sprawa Belmispara zmusza siedemdziesięcioletniego bohatera do ponownego przetestowania spójności własnego racjonalistycznego światopoglądu i sformułowania jasnej odpowiedzi na pozornie proste, acz fundamentalne pytanie: co jest ważniejsze – rozum czy wiara? Wątek rozterek światopoglądowych głównego bohatera jest jednym z ciekawszych powieści.

W kryminałach retro (czy w ogóle w powieściach kryminalnych) zdecydowanie dominują bohaterowie w średnim wieków, przysłowiowi już „mężczyźni po przejściach” wchodzący w życiową smugę cienia. Krajewski we Władcy liczb pokusił się o rzecz rzadko spotykaną, wprowadzając bohatera w wieku senioralnym. Kreacja leciwego Popielskiego wygląda całkiem interesująco. Ekspolicjant został mocno doświadczony przez życie, stracił wszystkich bliskich oprócz ukochanej kuzynki Leokadii, cudem przeżył czasy wojennego i powojennego zamętu. Wydaje się, że pragnie już tylko jednego – spokoju. Jednak mimo siedemdziesiątki na karku i niezbyt absorbującej pracy w kancelarii wciąż jest tym, kim był niemal przez całe życie – policjantem, łapsem, którego sens życia zasadza się na tropieniu przestępców. I gdy tylko trafia mu się interesujące śledztwo, angażuje się w nie całym sobą, nawet za cenę narażenia siebie i innych na niebezpieczeństwo. Popielski jest przede wszystkim policjantem, ale też stuprocentowym mężczyzną, do tego kochliwym. Władca liczb jest także opowieścią o ostatnim zauroczeniu byłego komisarza policji, którego owocem jest syn, koniec końców rozwiązujący tajemniczą sprawę Belmispara.

Warto zwrócić uwagę na wpisany w nową powieść Krajewskiego obraz Wrocławia lat 50. Nie jest on może tak plastyczny, precyzyjny i sugestywny jak wizerunek Breslau z cyklu o Mocku, dobrze oddaje jednak specyfikę podnoszącego się z ruin miasta na Ziemiach Odzyskanych – ni to już polskiego, ni to jeszcze obcego, przeoranego przez wojnę, nie do końca oswojonego przez nowych mieszkańców.

Intryga kryminalna we Władcy liczb nie jest ani specjalnie wymyślna, ani dynamiczna, ale nie ona jest w powieści najważniejsza. Nową powieść kryminalną Krajewskiego warto przeczytać przede wszystkim po to, aby zapoznać się z ciekawą kreacją postarzałego Popielskiego.

 

Robert Ostaszewski