Nie to, nie tamto

Soren Gauger
Nie to, nie tamto
  • Ha!art
    Kraków, październik 2014
    ISBN: 978 83 64057 51 9
    256 stron
    140 x 200

Raz czy drugi zdarzyło się, że jakiś imigrant polityczny bądź matrymonialny opanował język polski tak dalece, że mógł się nim posługiwać również jako językiem literatury. Byli to wszak przybysze z krajów kulturowo zmarginalizowanych, dla których polski obieg wydawniczy stanowił wręcz obietnicę „szerszego zasięgu”. Tym razem, chyba po raz pierwszy, mamy do czynienia z literatem, który z języka-hegemona przestawia się na język, dający mu po prostu możliwość uczestnictwa w życiu literackim kraju, w którym zdecydował się zamieszkać.

Tym, co zwraca uwagę w pierwszej polskiej książce Sorena Gaugera (będącej zarazem pierwszą jego powieścią, po dwóch anglojęzycznych tomach opowiadań) jest żywioł pastiszowy, a zatem stosowanie najróżniejszych narracyjnych „cudzysłowów”, wywołujących nieodparte wrażenie sztuczności świata przedstawionego, będącej znakiem rozpoznawczym literackiego postmodernizmu, a zatem konwencji, która w prozie polskiej święciła tryumfy zwłaszcza w latach 70-ych ubiegłego wieku. W połączeniu z tendencją do umieszczania akcji w nieokreślonym „niegdyś” (i całkowitym ignorowaniem propagowanego obecnie postulatu nawiązywania do aktualnych bądź choćby historycznych wydarzeń) daje to efekt podwójnej staroświeckości, wytwarzanej świadomie i z wdziękiem.

Gauger zasłynął jako tłumacz Brunona Jasieńskiego i Jerzego Ficowskiego, deklaruje też zamiłowanie do twórczości Ludwika Sztyrmera i Michała Choromańskiego, obdarzony jest więc wyrafinowanym gustem oraz zdolnością wyłuskiwania zjawisk tyleż wybitnych, co i trochę już odsuniętych na boczny tor. W swojej powieści nawiązuje wszak raczej do literatury brukowej, groszowych kryminałów, poradników religijnych, sądowych pitavali i opowieści „z dreszczykiem”, wywołujących niegdyś rumieniec ekscytacji, dziś zaś – uśmiech politowania i odrobinę nostalgii. Podobnym gustem szczycił się zarówno Arthur Rimbaud, jak i wielki reżyser Nowej Fali Georges Franju.

Powieść „Nie to / Nie tamto” dzieli się na dwie części niemal identycznych rozmiarów, przy czym konwencję pastiszu znacznie zgrabniej realizuje część pierwsza, złożona z sześciu skrupulatnie zazębiających się epizodów, których bohaterami są nieodmiennie mężczyźni przechodzący „kryzys wieku średniego”, swoje starzenie się odczuwający jako coś „nie z tej ziemi”, zewnętrzną ingerencję sił demonicznych. Część ta roi się wręcz od zgrabnych pomysłów narracyjnych, absurdalnych zawikłań, podstępnych retardacji i dozowanych z przymrużeniem oka „złotych myśli”. Ekscentryczność sytuacji znajduje odbicie w ekscentryczności języka, którego silne zmetaforyzowanie, skłonność do słów rzadkich i wyrażeń niepospolitych może być źródłem niemałej czytelniczej satysfakcji.

Tyle dobrego nie da się już powiedzieć o części drugiej, mającej formę opowieści szkatułkowej (niewątpliwie podpatrzoną u Jana Potockiego), i postać ludowej klechdy, będącej naśladowaniem pierwszej z „Klechd polskich” Bolesława Leśmiana. Pojawiający się tu spersonalizowany Diabeł nie jest jednak filozoficznym Diabłem leśmianowskim, lecz raczej spospolitowanym Czartem z rekwizytorni romantycznych ballad i romansów. Jego obecność nie ma też tak ciekawego uzasadnienia, jakie miała demoniczna twarz starości w części pierwszej, stanowi zwykłą ozdobę bądź też żartobliwe odwołanie do "kultury niskiej"(niczym w nowej inscenizacji „Diabłów z Loudun” Krzysztofa Pendereckiego). Pierwszoosobowy narrator, młodzieniec umieszczony w podupadłym klasztorze w towarzystwie dwóch szkaradnych mnichów, nie został niestety obdarzony ani urokiem osobistym, który uczyniłby czymś ciekawym jego chłopięce smutki, ani też darem introspekcji, który uzasadniałby sceny „opętania”. W gruncie rzeczy cieszymy się, gdy jego rozpaczliwe zmagania z sytuacją dobiegają nareszcie końca i następuje (dość zresztą enigmatyczna) puenta.

W tej części, czyżby na skutek znużenia redaktorów?, następują też liczne „wpadki”, być może mające charakter zamierzonych anachronizmów i anakolutów, niemniej raczej rażące niż śmieszne: w przedwojennym polskim klasztorze zakonnicy raczą się „musli”, autor dziełka o charakterze dewocyjnym posługuje się terminologią psychiatryczną, wiejski lekarz porusza się „dorożką” zwaną też „powozem” - wszystko to sprawia wrażenie grzechów wynikających z zaniedbania, podobnie jak obciążające narrację szwy oraz niekonsekwencje. A zatem – raczej „Nie to” niż „Nie tamto”, wykorzystanie źródeł drugorzędnych dać może pierwszorzędny efekt, ale bywa też i na odwrót. Tak czy owak, doceniam zręczność autora, jego formotwórczy impet, jak również nader oryginalny sposób zaistnienia w literaturze polskiej.

Adam Wiedemann