Dokąd bądź

Krzysztof Siwczyk
Dokąd bądź
  • a5
    Kraków, 2014
    ISBN: 978-83-61298-71-7
    82 strony
    148 x 210
    oprawa: broszurowa

Pierwsze wrażenie w trakcie lektury najnowszej książki Krzysztofa Siwczyka: nim zdążymy się rozejrzeć i sprawdzić, gdzie właściwie jesteśmy – co to za miejsce, kto do nas mówi, o czym chce nam opowiedzieć – spada na nas lawina słów, słownych kombinacji, skojarzeń, wirujących fragmentów, obrazów wyłaniających się i natychmiast znikających w tej mieszającej wszystko ze wszystkim masie.

Jak czytać ten poemat? Czepiać się rozrzuconych chaotycznie czytelniejszych znaków? Ale te, które z pozoru wydają się czytelne, czasem dezorientują, a te zamazane i na pierwszy rzut oka ustawione w niewłaściwym miejscu nagle nabierają znaczenia. Poezja Siwczyka już nas przyzwyczaiła do tego, że gest skupiania i rozpraszania znaczeń może być tym samym gestem, a poeta z nieufnością odnoszący się do tradycyjnych sposobów porządkowania przekazu może jednocześnie tęsknić za czymś, co będzie spoiwem i porządkiem, choć po nowemu, na jego warunkach, ustanowionym.

Na przykład tytuł to czytelna aluzja do „Vade-mecum” Norwida – arcywzoru nowoczesnej polskiej liryki. „Chodź ze mną”, mówił klasyk, a współczesny poeta rozwija tę myśl: „Dokąd bądź”. Tamten przyjmował na siebie rolę przewodnika, ten – co najwyżej towarzysza podróży, z którym drogę łatwiej zgubić niż znaleźć. W świecie tamtego droga, wędrówka, pielgrzymowanie to były motywy o wielkim ciężarze symbolicznym. Współczesny poeta musi sobie radzić w diametralnie innej sytuacji: gdy nic już  tak nie waży, symbole są zanieczyszczone, a ich znaczenia – nieoczywiste.

O czym jest ten poemat? Najprościej byłoby go otworzyć kluczem autobiograficznym. Wiele elementów się zgadza, przede wszystkim sceneria, przywodząca na myśl śląski pejzaż (sugestię tę wzmacniają jeszcze umieszczone na okładce zdjęcia Wojciecha Wilczyka), i bohaterowie – para, która oczekuje narodzin dziecka. Przyjrzyjmy się jednak, jak to jest zrobione. Oto jeden z końcowych fragmentów, mówiący o tym oczekiwaniu: „zupełnie niekonieczne było moje życie, / zanim nie uzyskałem wglądu w możliwość jego darowania, / zostało mi odpuszczone, jesteś lekkością początku nadziei, / zaproszeniem jak zapach kroków mojej żony, które ćwiczę, / by cię prowadzić po ustroniach piekła, żeby nikt nie widział, / co też czyni”. Co to za język? Mieszanina pojęć religijnych („zostało mi odpuszczone”, „po ustroniach piekła”), aluzji ewangelicznej („nikt nie widział, co też czyni”), rodzinnej anegdoty („zapach kroków mojej żony”) i brzmiącego zimno, technicznie – zwłaszcza w tym kontekście – żargonu ni to filozoficznego, ni to urzędowego („uzyskałem wgląd w możliwość darowania”). Zdanie aż trzeszczy, rozciągane w różne strony. Ta osobista historia zdaje się tak napisana, żeby wszystko, cokolwiek przychodzi nam na myśl, kiedy słyszymy „osobista historia”, zostało w niej zakwestionowane.

Ale czy rzeczywiście wszystko? Sam akt mówienia, wyznania – nawet niezbornego, chaotycznego (czasem chaotycznego tylko z pozoru, w istocie skłaniającego do wytężenia uwagi) – bierze się w końcu z zarysowanej w poemacie nowej sytuacji egzystencjalnej. To, co jest, jest nowe, niewątpliwe – i nie daje się zrelatywizować. Nagle cała przeszłość okazuje się „stanem oczekiwania” na ten właśnie moment, a to, co ma przyjść, zawiera w sobie zapowiedź, że „język usłyszymy raz jeszcze, stare słowa przysłużą się nowym / znaczeniom”. Dyskurs nieufności natrafia na swoją granicę – dlatego wzbiera, rozlewa się, meandruje.

Wojciech Bonowicz