Zapisane

Julia Hartwig
Zapisane
  • a5
    Kraków, 2013
    ISBN: 978-83-61298-54-0
    48 stron
    148 x 210
    oprawa: broszurowa

Tytuł ostatniego tomu Julii Hartwig budzi cały szereg skojarzeń, które prowadzą nas w głąb książki.

„Zapisane” oznacza najpierw przeciwieństwo tego, co minęło, umknęło, przepadło nierejestrowane, to znaczy – nie ujęte w słowa. Kilkanaście lat temu poetka opublikowała tom zatytułowany „Zobaczone”, będący – jeśli można tak powiedzieć – poetycką relacją z poznawania świata. W tamtych starannie komponowanych wierszach-obrazach akcent padał na widzenie, dostrzeganie, wychwytywanie spojrzeniem. Teraz akcent się przesunął i pada na ślad, jaki po tym, co zobaczone, przeżyte i przemyślane, pozostaje w słowie. Ślad ten – na co zwraca uwagę już pierwszy wiersz tomu (znamienny jest jego początek: „To co przeżyliśmy razem /niezapisane…”) – jest zawsze śladem nieco mylnym, coś istotnego pomijającym, jesteśmy bowiem zakładnikami wybranych sposobów mówienia. To, co wewnętrzne, co najbardziej osobiste, pozostaje dla nich niedostępne, „sprzeczne z wypowiedziami / klarownym językiem”. Warto zwrócić uwagę na to sformułowanie, bo wyszło ono spod pióra kogoś, kogo wiersze stawiane są za wzór klarowności.

„Zapisane” to – dalej – po prostu wiersze, poezja. Praca w piśmie, uparty wysiłek, ponawiany mimo wątpliwości i upływu sił. Ciekawe, że większość utworów zamieszczonych w ostatnim tomie nie ma osobnych tytułów, tytułami są na ogół ich pierwsze wersy. Zabieg ten podkreśla osobliwy charakter tych zapisów: można je traktować jak notatki raczej aniżeli skończone wiersze. Ten ich notatkowy, szkicowy charakter współbrzmi z tym, o czym była mowa powyżej: kiedy rodzi się jakaś myśl, kiedy pojawia się sen lub wspomnienie albo jakieś zdarzenie nas poruszy, trzeba od razu zapisać to poruszenie. Wiersze stają się w ten sposób „znakami zatrudnień i życia” (to sformułowanie poetki, które pojawia się w najnowszej książce), przejmującej konsekwencji („widzieć twórczość jako zadanie”), upartej wiary w słowo. Wiary, dodajmy, której ważną  częścią jest poczucie więzi z tymi, którzy odeszli. Charakterystyczny pod tym względem jest ostatni wiersz tomu, zatytułowany „Wigilia”. O ile w całej książce przeważa pierwsza osoba liczby mnogiej, o tyle tu niespodziewanie pojawia się „ty”, adresat wiersza: „Pamiętasz ten chrzęst śniegu…”. Ten zabieg powoduje, że na cały tom ma się ochotę spojrzeć nieco inaczej: nie jak na uogólniona refleksję, lecz jak na intymną rozmowę, miłosny poemat.

Ale słowo „zapisane” może mieć też inny jeszcze sens: to coś, co zostawia się spadkobiercom, następnym pokoleniom. Poetka zapisuje nam, czytelnikom, to, w co wierzy, swój świat wartości („być pojedynczym / ale nie samotnikiem / wyprowadzić się z brudnej rzeki / do czystego oceanu”), zdając sobie sprawę, że w tym geście jest tyleż mocy, co bezradności, tyleż przekonania, co zwątpienia („gdybyś wiedział do kogo mówisz / może mówiłbyś inaczej”). To, co w tym poetyckim testamencie porusza najmocniej, to ponawiana pochwała życia. Mówi o tym przejmujący wiersz „Życie o życie”, zaczynający się od pytania: „Dlaczego je chwalę / i skwapliwie zbieram argumenty / na jego korzyść…” Czy chwalę je, pisze dalej poetka, „jak się chwali dziecko / oczekując że pochwalone / odłoży trzymany w ręce nóż”? Przemawiający z tych wierszy ustawiczny głód, namiętność życia, napięcie między nimi a tonującą refleksją – oto co można znaleźć w ostatnim tomie Julii Hartwig.

Wojciech Bonowicz