Matka Makryna

Jacek Dehnel
Matka Makryna
  • Wydawnictwo W.A.B/Grupa Wydawnicza Foksal
    Warszawa, październik 2014
    400 stron
    ISBN: 9788328009288

Cóż może bardziej rozpalać wyobraźnię twórcy niż postać kiedyś bardzo popularna, a dziś nieznana; postać okryta niesławą? Tytułowa matka Makryna z nowej powieści Jacka Dehnela, jedna z ważniejszych hochsztaplerek okresu romantyzmu (choć – jak można się domyślać – fałszywych proroków było wtedy znacznie więcej), prowokuje wręcz, by zająć się nią na nowo. „Matka Makryna” ma być próbą oddania głosu postaci skazanej na nieistnienie i milczenie – tytułowa bohaterka mówiąc, ma na nowo narodzić się w opowieści. Ale i sam Dehnel chce zabrać głos w sprawie wspólnej dla uczestników kultury przeszłości: zagląda pod stoły wielkich mitów, sprawdza, co tam może się kryć i  znajduje sporo nieczystości.

Matka Makryna Mieczysławska istniała i nie istniała zarazem. Dobrze oddaje tę komplikację okładka, na której widać habit bez twarzy. Osoba, która wcieliła się w postać ksieni klasztoru bazylianek z Mińska, męczennicy za wiarę, Chrystusa w kobiecym ciele, Makrynę, która przeżyła drogę krzyżową, charyzmatyczną mówczynię okazała się być wdową po oficerze-sadyście. Dehnel chce oddać Irenie-Julce (jak właściwie nazywać te postać?) sprawiedliwość, a może nawet nadać jej twarz. Forma habitu, świętej sukni, jest tratwą ratunkową, która nie tylko unosi ją na powierzchni, ale i na chwilę wynosi w górę. Niczym byłaby ta czarna suknia z welonem, gdyby zabrakło bohaterce Dehnela talentu, samorodnego (z pewnością nie pobierała lekcji retoryki) talentu opowiadania; ten żywioł niesie Makrynę ponad jej stan: rozmawia nie tylko ze zwierzchnikami kościoła (nie wyłączając papieża), ale i poetami (Mickiewicz, Słowacki), politykami. Wszyscy dają się uwieść tej sile. Wzruszające są te sceny książki Dehnela, w których Makryna przed snem przypomina sobie imiona i nazwiska wymyślonych sióstr, „przepowiada” sobie jej losy, by zabezpieczyć się przez zdemaskowaniem. Wie, że kiedyś ono może nastąpić, ale chce jak najdłużej utrzymać się w lepszym życiu; wie też, nie może jej spotkać już nic gorszego od tego, z czego się wyrwała. Osoba, która ukrywała się pod habitem, osoba, która twarz zakrywała chmurą improwizacji kontrolowanych, była wdową po kapitanie Winczu, nigdy nie wstąpiła do klasztoru. Po śmierci męża-sadysty, znalazła schronienie u bazylianek, ale nie mogła liczyć na nic szczególnego. Hierarchiczna wspólnota traktowała wdowę jak kogoś, kto nie zasługuje na elementarny szacunek. Po tym, jak rusyfikacja uderzyła również w duchowieństwo unickie, dla Winczowej otworzyło się okno, czarna suknia (już nie wdowia, ale oblubienicy Chrystusa) jak futerał z otworem na twarz. Bazylianki były unitkami i jak wszystkich unitów władze carskie usiłowały zmusić do przejścia na prawosławie; opór unitek został odebrany przez polskie środowiska emigracyjne oraz lokalne społeczeństwo jak męczeństwo nie tylko za wiarę, ale przede wszystkim za ojczyznę. Dlatego rzekoma ocalona z wygnania do Witebska, dręczona chłostą, bita na wszelkie sposoby, głodzona, przetrzymywana w zagrażających ludzkiemu zdrowiu i życiu warunkach, zmuszana do prac ponad siły (do między innymi murarki) ksieni staje się bohaterką, dowodem na to, że walka nie tylko jest potrzebna, ale i możliwa. Jej życie – a właściwie: przeżycie – ma być dowodem na to, że możliwy jest opór.  Makryna oprócz niewątpliwego daru snucia opowieści, ma jeszcze ten dodatkowy zmysł, jaki mają podobno prości ludzie. Bez trudu rozszyfrowuje tych, którzy są uczciwi od tych, którym tej uczciwości brakuje. Bez trudu poznaje się na „wężowym” języku Towiańskiego, od razu wie, komu wolno ufać, a komu na pewno ufać nie wolno. Mówi, że nie umie haftować ani malować, ale ma węch; ma „nosa” i wyczuwa fałsz, wyczuwa złe intencje za dużą odległość. W opowieści o Makrynie odbija się zatem przekonanie o tak zwanej mądrości tak zwanych prostych ludzi lub przekonanie o tak zwanej kobiecej intuicji.

Problematyczna jest ta „prostota” Makryny. Wcale nie jest oczywiste, że „prosta kobita” potrafi pisać i czytać; zwłaszcza że ową „prostotą” kłóci się status „kapitanowej”. Dehnel przygotowując się do pisania o świętej-oszustce, która habitem odgradzała się od gwałtów, wykonał wielką pracę archiwistyczną, ale im bardziej próbuje uwiarygodniać tę postać, im mocniej źródłami się podpiera, tym jaśniej widać, że to po prostu opowieść. Opowieść o katowanej przez męża-pijaka, który dzięki stopniowi jest jeszcze bardziej bezkarny. Te wszystkie potworne ślady, które Makryna nosi na ciele, te ślady męczeństwa, to pismo składające się na opowieść o jej małżeństwie. Makryna odkrywa, że jej prywatne ciernienie nie ma żadnego znaczenia. Aby zyskać to znaczenie (a co za tym idzie: opiekę, bezpieczeństwo) musi przejść do sfery publicznej. Pod obcym imieniem, w przebraniu, w konspiracji może liczyć na uznanie, współczucie, może nawet miłość.

Dehnel zbudował „Matkę Makrynę” na opozycji binarnej. Po pierwsze i najbardziej oczywiste dlatego, że główna bohaterka występuje w dwóch wydaniach: przełożonej klasztoru i wdowy. Ta „dwupostaciowość” ma swoje konsekwencje formalne: rozdziały mówione przez bazyliankę są zapisane inną czcionką, różnią się zatem już na pierwszy rzut oka. Po drugie, to samo zdarzenie w obu porządkach ma inne znaczenie, inaczej jest przedstawione (wysoko w wydaniu ksieni, nisko w wydaniu katowanej żony kapitana). Ząb wybity przez sołdata-sadystę i gwałciciela ma być znakiem wytrąconej mocy, „wyrwać komuś pazury, wybić komuś zęby”; ząb, który gwałcona kobieta trzyma w dłoni, by dotrwać do końca gwałtu, w wersji zakonnicy jest zębem wybitym za wiarę, przez sprzedawczyka Siemaszkę. W wydaniu mniszki wybity przez biskupa ząb wygląda jak relikwia męczennicy. W wydaniu gwałconej wdowy – jest amuletem, znakiem zakusów na siłę, odwagę i niezależność.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że Jacek Dehnel ma na świeżo „Kolor purpury” – i to raczej film Stevena Spielberga niż książkę Alice Walker. Echem po „Matce Makrynie” odbija się słynna scena, w której Celie (niezapomniana Whoopi Goldberg, której postać uruchamia szereg skojarzeń na czele z „Zakonnicą w przebraniu”) odchodzi od swojego męża-oprawcy (tym mocniej wybrzmiało okrucieństwo, im bardziej łagodne były rysy twarzy aktora Danny’ego Glovera). Mąż krzyczy, że nic się jej nie uda, bo jest czarna, brzydka i jest kobietą. Celie odjeżdżając samochodem wyładowanym przyjaciółmi (właśnie przyjaciół kapitanowej zabrakło – przyjaciół, a raczej przyjaciółek i prawdziwej siostry; Makryna ma tylko zmyślone siostry duchowe) woła, że to wszystko prawda: jest czarna, brzydka i jest kobietą, ale najważniejsze, że jest. Gdy jak mantrę powtarza Irena za kapitanem swoje wady (biedna, stara, baba, brzydka) trudno zamykać oczy na te podobieństwa. Inna sprawa to tak zwana brzydota kapitanowej. Przemoc fizyczna wzmacniana była nieustającym upokarzaniem: ciało przenika się z duszą, udręki, których Irena (zwana Julką, zwana Makryną) doznaje, mogą to być wzmocnione i utwierdzone cudze przekonania. Nie znamy twarzy Ireny, nie wiemy, czy naprawdę była „stara” i „brzydka” – cokolwiek to znaczy. Na pewno była „bliznowata”; każdy ślad był osobną opowieścią domagającą się wybrzmienia, co możliwe stało się dopiero w kostiumie świętości (wcześniej jakby brakowało słownika). Pewne jest też to, że w gwałcie ani trochę nie chodzi o atrakcyjność fizyczną. Gdy Irena „płaci” wartownikowi lub gdy jest więziona przez sołdata (nie mówiąc już o samym małżeństwie), mówi wprost, że to nie o wygląd, kuszenie, uwodzenie tu chodzi. W gwałcie chodzi tylko o gwałt, czyli o przemoc, o zamanifestowanie władzy, o zadanie bólu i rozkoszowanie się nim.

Dziwnie współczesna jest „Matka Makryna”, aż chciałoby się, by te opowieści należały do zbioru niepotrzebnych rupieci zatrzaśniętych w lamusie.

Anna Marchewka