Życiorysta

Janusz Rudnicki
Życiorysta
  • GW Foksal / W.A.B.
    Warszawa, październik 2014
    ISBN: 9788328014206
    352 strony
    oprawa twarda

Ozdobą najnowszej książki Janusza Rudnickiego jest kolekcja tekstów opatrzona nagłówkiem W stronę biografii. W kilkunastu esejach składających się na ten blok autor pokazał, kim jest i co robi „życiorysta”. Ano jest – można by rzec – biografem drugiego stopnia, kimś, kto zagląda do cudzych pism biograficznych (niekiedy autobiograficznych), studiuje je zawzięcie i niejako nad nimi nadpisuje własną, oryginalną i efektowną opowieść. Można zatem powiedzieć, że pasożytuje na wyjściowym materiale; albo bardziej elegancko – że przekształca go wedle swych potrzeb, a więc wyolbrzymia interesujące go wątki, czepia się szczegółów, wydobywa przeróżne smaczki, czyli „podkręca” to, co w czyimś życiorysie naznaczone jest ekscesem bądź skandalem. „Życiorysta” nade wszystko jednak subiektywizuje obiektywne biogramy osób historycznych i publicznych, ale subiektywizując, bynajmniej nie zniekształca; niczego nie dopisuje (wyjątkiem od tej reguły byłby sfingowany list Tomasza Manna do Adolfa Hitlera). Osobami, które wziął pod lupę nasz „życiorysta”, są – by wymienić tylko niektórych – Franz Kafka, Ryszard Wagner, bracia Grimmowie, Marcel Reich-Ranicki, Danuta Wałęsa, Angela Merkel, członkowie rodziny przemysłowców Kruppów. Jego bohaterowie to w większości Niemcy, sam zaś „życiorysta” często korzysta z opracowań, które w ostatnich latach ukazały się w krajach niemieckojęzycznych i dopiero czekają na polskie przekłady.

Rudnicki starannie dobiera swoich bohaterów, a kryteria, którymi się posługuje, łatwo zrekonstruować. Otóż pociągają go osobowości megalomańskie, postaci przeczulone na swym punkcie, łatwo popadające w histerię i neurozę, oddające się przeróżnym maniom, z manią wielkości na czele. „Życiorystę” bodaj najbardziej fascynuje połączenie giganta z karłem; wielkości z małostkowością, wysokiego z niskim. Wyczulony jest na wszelkiego rodzaju pęknięcia w obrębie biografii, sprzeczności, które czynią z bohaterów jego książki persony niebanalne. Rudnicki nienawidzi patosu i brązownictwa rozumianego jako przedstawianie słynnych osób nie dość krytycznie. Tam, gdzie wydaje mu się to konieczne, ciągnie bohaterów w dół, ku trywialności i śmieszności – jak np. nieszczęsnego Kafkę, który nie potrafi dogadać się ze światem kobiecym.

Drugi, nieco skromniejszy zestaw tekstów nazwany został W stronę recenzji. Także i tu Rudnicki rozbija, a następnie po swojemu konfiguruje tytułowy gatunek prozy krytycznoliterackiej. Na pewno nie są to recenzje dotyczące rozmaitych książek literackich i dyskursywnych – raczej felietony, luźne notatki powstałe na marginesach lektur. Teksty te – co nie powinno dziwić – więcej mówią o osobie „recenzenta”, jego skłonnościach, sympatiach i idiosynkrazjach, niż o samym dziele. Niektóre zostały pomyślane jako hołd złożony ulubionej książce (tu np. Moskwa-Pietuszki Wieniedikta Jerofiejewa), w niektórych można wyśledzić motyw pisarskiej zazdrości (np. względem prozy reportażowej Mariusza Szczygła).

Wreszcie segment trzeci (Miejsca) wypełniają najbardziej osobiste zapiski Janusza Rudnickiego. Informuje w nich – jeśli wolno tak powiedzieć – o własnym stylu życia. Ów styl określa ciągła wędrówka (głównie między Niemcami i Polską), programowe, antymieszczańskie niezakorzenienie czy niezadomowienie. Pisarski wagabunda, sierota po nieistniejącej dziś cyganerii artystycznej, chce, żebyśmy w nim rozpoznali kolekcjonera wrażeń, który nie usiedzi w jednym miejscu i który nieustannie przeczesuje rzeczywistość w poszukiwaniu inspiracji. Zawsze ma tedy oczy i uszy otwarte, a z tego, co zobaczy i usłyszy, potrafi wyczarować atrakcyjną literaturę. To ważne – bo poza wszystkim Janusz Rudnicki nieprzerwanie przedstawia się nam jako wytrawny stylista, dostarczyciel zapadających w pamięć porównań i bonmotów. „Libido miał niebotyczne – czytamy w eseju poświęconym Lucianowi Freudowi, wnukowi Zygmunta – jeśli każda, z którą był, wyrwałaby mu jeden włos z głowy, byłby łysy jak kolano, choć czuprynę miał dosyć bujną”.

Dariusz Nowacki