Zajeździmy kobyłę historii

Karol Modzelewski
Zajeździmy kobyłę historii
  • Iskry
    Warszawa, 2013
    ISBN 978-83-244-0335-6
    242 x 170
    456 stron
    oprawa miękka

Słusznie wyróżniona nagrodą Nike autobiografia Karola Modzelewskiego, legendy polskiej demokratycznej opozycji, wybitnego mediewisty i, last but not the least, „dziecka XX wieku” o nader skomplikowanej przez powikłaną historię tożsamości jest – powiedzmy to od razu – dziełem wybitnym i poruszającym. To książka zwrócona nie tylko – z definicji – w przeszłość, lecz wybiegająca także w przyszłość, w finalnych (i nie tylko) partiach będąca testamentem, memorandum dla tych, którzy zmagają się i będą się zmagać z zastaną rzeczywistością, posłaniem autora, którego doświadczenie skłania do nazywania samego siebie „poobijanym jeźdźcem historii”. Z jednej strony mamy więc, niesłychanie powikłaną historię rodzinną i kwestię narodowej tożsamości autora – to jest część, która musi okazać się nieobojętna dla wszystkich teoretyków tożsamości, narodu etc – z drugiej skupienie się na kwestiach, które zadecydowały o kształcie dzisiejszej Polski, a dziś zdają się zapomniane – po to, by raz jeszcze parę spraw przemyśleć, by wprowadzić w obręb publicznego dyskursu problemy ważkie, lecz niestety „przyklepane”, wyparte. To dlatego Karol Modzelewski – z całą świadomością sarkastycznego chichotu historii – przypomina, na przykład, wywalczone przez pierwszą „Solidarność” rady pracownicze, które przetrwały nawet stan wojenny i okazały się „przytuliskiem wielu działaczy zdelegalizowanego związku”, by gorzko spuentować rzecz całą: „Uporał się z nimi dopiero Leszek Balcerowicz jako wicepremier pierwszego niekomunistycznego rządu RP i architekt transformacji ustrojowej. Jest szczególną ironią losu, że właśnie on (...) był przed laty pomysłodawcą projektu reformy gospodarczej opartej na pracowniczej samorządności”.  To dlatego tak wiele miejsca poświęca Modzelewski analizie procesów decyzyjnych w łonie dawnej „Solidarności”, byśmy uświadomili sobie, że jesteśmy dziś, w znacznym stopniu bezwolni, dziedzicami ludzi, którzy naprawdę chcieli „zrobić coś, co by od nich zależało” (ukłony dla „Wyzwolenia” Wyspiańskiego”) i zostali brutalnie potraktowani tak przez komunę, jak przez nowe czasy, które to oni przecież wywalczyli.  

Ale nie jest to przecież książka wyłącznie gorzka. W „Wyznaniach poobijanego jeźdźca” znajdziemy sporo pięknych anegdot (najlepsza jest może historia o tym, jak to Modzelewski na chwilę przed aresztowaniem komisji krajowej „Solidarności” w grudniu 1981, idzie w gdańskim hotelu pod prysznic, bo wie z doświadczenia, że więzieniu łaźnia przysługuje raz na tydzień) i, co najważniejsze, pewien szczególny ton i tryb opowieści, swobodnej i jednocześnie precyzyjnej, wolnej od narcyzmu i resentymentu, otwartej na odmienne punkty widzenia. Modzelewski jest jak najdalszy od kombatanckich wspomnień – choć jako najprawdziwszy bohater polskiej demokratycznej opozycji miałby do nich pełne prawo – i w ogóle nie zajmuje go to, co często jest zmorą autobiografii politycznych weteranów: rozliczenia z przeciwnikami i dowodzenie swych racji po latach, nie mówiąc już o wystawianiu sobie samemu pomników. (Unika też Modzelewski innego grzechu – nie odtwarza przeszłości wedle aktualnych sympatii, oddaje zatem sprawiedliwość choćby Antoniemu Macierewiczowi, z którym, jak łatwo zgadnąć, dziś w ogóle mu nie po drodze).

Karol Modzelewski łączy te różne elementy w bardzo przekonującą całość, dzięki pisarskiemu (i oratorskiemu) talentowi. Nie bez zazdrości pisał o nim kiedyś Jacek Kuroń: „On tak pisze, jak mówi, czy też tak mówi jak pisze – gotowymi zdaniami, z akapitami, bez powtórzeń, można to natychmiast nagrać i będzie gotowy tekst” – i tak jest w istocie. Dość przypomnieć (cytuję za „Wiarą i winą” Kuronia, sam Modzelewski tego akurat wystąpienia nie przytacza, a byłoby dobrze, gdybyśmy o nim nie zapomnieli), że kiedy występujący w pomarcowym procesie prokurator był łaskaw zauważyć, że „wszystkich oskarżonych za wyjątkiem oskarżonego Kuronia łączy żydowskie pochodzenie”, Karol Modzelewski powiedział, co następuje: „Pan prokurator powiedział, że podstawą tego, co nas łączy i zaprowadziło nas razem na ławę oskarżonych, jest pochodzenie żydowskie. Otóż był taki kraj i taki kodeks, w którym się za takie pochodzenie odpowiadało – to Niemcy hitlerowskie i kodeks norymberski, ale w Polsce Ludowej kodeks norymberski jeszcze nie obowiązuje. Tu muszę bronić Polski Ludowej przed rzecznikiem oskarżenia. Pan prokurator dużo mówił o narodowości, o polskim chlebie, więc ja chciałbym powiedzieć, że my obaj z oskarżonym Kuroniem już trzeci czy czwarty rok jemy szczególny rodzaj chleba – chleb więzienny. Jemy z własnego wyboru. To taki chleb, który łączy z polskością mocniej niż wszystkie legitymacje, jakie pan prokurator ma w kieszeni”.  

Profesor Karol Modzelewski ma dziś w kieszeni wszelkie legitymacje, by oddawać mu honory jako bohaterowi polskiej walki o wolność. Żeby zrozumieć choć trochę, jak była ona niełatwa, trzeba przeczytać, jak „Zajeździć kobyłę historii”.

Marcin Sendecki