Seks, betel i czary

Aleksandra Gumowska
Seks, betel i czary
  • Znak
    Kraków, 2014
    ISBN: 978-83-240-2570-1
    320 stron
    format A5

„Polska nie potrafi grać w piłkę” - tak witają Aleksandrę Gumowską, autorkę książki „Seks, betel i czary”, synowie wodza Darigogo. Reporterka wybrała się w podróż na wyspy Trobrianda (dzisiejsza Papua-Nowa Gwinea), gdzie plus-minus sto lat wcześniej bawił nie kto inny, tylko sam Bronisław Malinowski. Czy jednak słynny antropolog usłyszałby podobne powitanie? Niekoniecznie. I to nawet nie z powodu diametralnej różnicy jakości futbolu naszych pradziadów, a raczej z braku satelity. Współcześni mu Trobriandczycy nie mieli szans na oglądanie europejskich meczów.

Czy zatem rozwój technologiczny dotarł do najdalszych zakątków Papui-Nowej Gwinei i nic już nie zostało ze świata, jaki Malinowski opisał w „Życiu seksualnym dzikich”? Otóż... też niekoniecznie. „Trafiłam do świata bez prądu, gazu, kanalizacji - opowiada Gumowska. - Bez linii telefonicznych. Bez wychodków. Świata, gdzie rośliny, które w Europie północnej hodujemy w doniczkach, osiągają monstrualne rozmiary. Gdzie monotonny dźwięk alarmu samochodowego wydaje nie pojazd spalinowy, a gigantyczna cykada”.

Gumowską - antropolożkę z wykształcenia - przede wszystkim interesowało jednak, co ocalało z opisanej przez Malinowskiego obyczajowości Trobriandczyków. A zwłaszcza: co ocalało z ich słynnej swobody seksualnej, która już sto lat temu miała jakoby stopniowo odchodzić w zapomnienie (wszak sam Malinowski nazywał siebie „kronikarzem znikającego świata”). Choć autorka obrała sobie za punkt odniesienia kanoniczną pracę, sama nie siliła się na dzieło przełomowe. Jej książka to po prostu solidne czytadło, ale czytadło plus. A przez „plus” należy rozumieć to, że dowiemy się z niej niemało.

Zdziwimy się podczas lektury nieraz, choć pewnie w zależności od stopnia własnej pruderii. Gumowska opisuje rzeczywistość, w której „uprawianie seksu mieści się w ramach przyzwoitości, ale podzielenie się słodkimi ziemniakami budzi zgorszenie”. Egzotycznością pachnie także tutejsza struktura społeczna - w jej ramach dziedziczy się po wuju, a nie po ojcu, zaś wódz może rozstrzygać wszelkie konflikty jednoosobowo. Czarami natomiast wciąż tłumaczy się wiele zjawisk i wiele od nich uzależnia.

Reporterka nadaje swej opowieści osobistą perspektywę, ale też umie zachować w tym umiar. Nie ma mowy o ego przesłaniającym świat. Ot, wtrąca tylko od czasu do czasu np. opowieść o tym, jak to była namawiana do skosztowania trobriandzkich rozkoszy cielesnych (bo przecież mąż jest daleko), albo jak poczuła się cokolwiek niezręcznie, kiedy miejscowy pastor zwierzał jej się z tego, że czasem gwałci. Niezręczność owa - dodajmy - minęła jednak w chwili, kiedy autorka zorientowała się, że jej rozmówca po prostu słabo zna język angielski i myli czasy: teraźniejszy z przeszłym. Na szczęście już się nawrócił.

Trzeba bowiem wiedzieć, że Gumowska jest reporterką rasową: pisze o tym, co zobaczyła na własne oczy, usłyszała na własne uszy, poczuła na własnej skórze (włącznie z malarią, niestety). A przy tym smacznie odświeża sylwetkę i dzieło samego Malinowskiego, którego niby każdy zna, ale jednak mało kto czytał - przynajmniej od deski do deski. I to bez względu na stopień technologicznego rozwoju czy też inne okoliczności przyrody. Choć jadąc na wyspy Trobrianda, Gumowska zrealizowała niespełnione marzenie Ryszarda Kapuścińskiego, to jednak Malinowski wydaje się jej mistrzem. Na pewno nauczyła się od niego jednego: szacunku dla inności.

Acha, satelita synów wodza Darigogo i tak już nie działa. Coś się popsuło, a części trzeba by sprowadzić z Australii.

Małgorzata I. Niemczyńska