Haiti

Marcin Wroński
Haiti
  • Wydawnictwo W.A.B.
    Warszawa, marzec 2014
    336 stron
    125x195
    ISBN: 978-83-280-0899-1

Dzięki opublikowanej w roku 2013 powieści „Pogrom w przyszły wtorek”, piątej części serii o komisarzu przedwojennej policji Zygmuncie „Zydze” Maciejewskim, lubelski pisarz Marcin Wroński stał się jednym z najbardziej utytułowanych polskich autorów kryminałów. Po wydaniu kolejnej książki z cyklu, zatytułowanej „Haiti” (2014), zastanawiano się, czy będzie ona równie dobra jak jej nagradzana poprzedniczka. Czy tak się stało, czy Wroński utrzymał wysoki poziom? Zanim odpowiem na to pytanie, najpierw przybliżę, z jaką tym razem intrygą kryminalną pisarz przychodzi do czytelnika.

Podobnie jak w „Skrzydlatej trumnie” (2012), akcja „Haiti” rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych. W 1951 roku mocno złamany przez ubeków i życie Maciejewski stróżuje na niszczejącym lubelskim hipodromie, jednocześnie zajmując się klaczą zwącą się Haiti. Robi wszystko co może, by to piękne, cenne zwierzę nie zostało przejęte przez miejscowych notabli ani nie trafiło do rzeźni. Z tym koniem miał już do czynienia wcześniej, lata temu, w roku 1938, przysparzał mu już kłopotów. Podczas ważnych zawodów hipicznych w Lublinie w boksie Haiti znalezione zostają zwłoki mężczyzny ze zmasakrowaną twarzą. Został kopnięty przez przestraszoną klacz? Na pierwszy rzut oka wygląda to na nieszczęśliwy wypadek, ale Maciejewski od początku podejrzewa morderstwo. I nie myli się, bo okazuje się, że mężczyzna został najpierw uduszony w nietypowy sposób – wepchniętym w gardło medalionem z czasów napoleońskich. Kim jest zamordowany i co robił w stajni? Nie wiadomo. Skąd pochodzi medalion? Trudno ustalić. Tajemnice piętrzą się, a czego jak czego, tajemnic Zyga nie lubi. Zrobi więc wszystko, by rozwiązać skomplikowaną sprawę, choć musi jednocześnie zajmować się przypadkiem włamania do sejfu w miejscowym browarze i zmagać ze swoimi prywatnymi wrogami, do robienia sobie których ma wyjątkowy dar.

Wroński świetnie opanował reguły gatunku i finezyjnie posługuje się nimi. W powieściach autora „Kina Venus” intrygi kryminalne są zawsze dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, ciekawe i zaskakujące. Jednak wyjątkowa wartość tej prozy zasadza się na czymś jeszcze (co niektórzy nazywają naddatkiem w kryminale): wplataniu w intrygi wątków historycznych, pietyzmie w malowaniu obrazu przedwojennego Lublina i dystansie (obecnym przede wszystkim w warstwie stylistycznej). Te wszystkie elementy znaleźć można w „Haiti”, choć nie w każdym przypadku są one na tym samym poziomie co w „Pogromie…”.

Większość autorów kryminałów retro traktuje historię jedynie jako niezbędne tło opowieści o zbrodniach, na nich skupiając całą uwagę, zaś Wroński podejmuje – by tak rzec – grę z historią, a dokładniej: stereotypowymi jej wizjami. W „Haiti” kluczowy dla fabuły jest wątek związany z wojną polsko-bolszewicką z roku 1920. Lubelski autor, który nie boi się poruszania drażliwych tematów (w „Pogromie…” była to kwestia pokomplikowanych relacji polsko-żydowskich tuż po II wojnie), pisze w tej powieści o przestępstwach i przewinach żołnierzy polskiej armii: kradzieży cennych precjozów z dworku, którego mieszkańcy zostali zamordowani przez sowietów, pozostawieniu, z niskich pobudek, rannych kolegów na pewną śmierć. W ten sposób nieco odbrązawia wizję polskich żołnierzy jako rycerzy bez skazy, którzy odparli bolszewicką nawałnicę. Bo przecież na wojnie, jak na wojnie, oprócz bohaterów trafiali się zwykli przestępcy.
    
Polski kryminał retro przejął schedę po popularnej i cenionej w ostatniej dekadzie ubiegłego wieku tzw. prozie małych ojczyzn. To właśnie pisarze tacy jak Wroński, Marek Krajewski czy Paweł Jaszczuk przypominają o miejscach, które zmieniła, albo w dużym stopniu zniszczyła „historia spuszczona z łańcucha”. Autor „Haiti” opisuj przedwojenny Lublin, co widoczne jest też w ostatniej powieści, z wyjątkową starannością, by nie rzec – pietyzmem. Wynajduje rozmaite ciekawostki z tamtych czasów, starannie dokumentuje każde miejsce. A przy tym ma dar bardzo plastycznego opisu miejskiej przestrzeni, co czyni czytelnicze „spacery” po tym mieście wyjątkowymi. W tym przypadku zastosowanie dwóch płaszczyzn czasowych ma dodatkowy walor, podkreśla kontrast pomiędzy modernizującym się, wielokulturowym i mimo swej prowincjonalności barwnym Lublinem lat 30. a szarym, niszczejącym Lublinem lat powojennych.
    
A wreszcie – Wroński snuje, także w „Haiti”, opowieści o zbrodniach z dawnych lat z wyraźnie zaznaczonym dystansem, co jest rzadkością u rodzimych autorów kryminałów retro. Odwołuje się do konwencji kryminału noir, co szczególnie widoczne jest w kreacji głównego bohatera: twardziela ze złamanym nosem, pijaka i gwałtownika, który w prowadzonych przez siebie śledztwach kieruje się głównie własnymi zasadami a nie literą prawa, ale bierze ją w intertekstualny cudzysłów. Stąd tyle w powieściach autora „Morderstwa pod cenzurą” humoru, stąd tyle ironicznych konceptów, w rodzaju tego z „Haiti”, gdzie Maciejewski, który nie lubi koni, musi, co więcej – chce, opiekować się Haiti.
    
Koniec końców – czy po wybornym „Pogromie…” Wroński napisał powieść równie dobrą? Rzekłbym, że „Haiti” to kryminał inny, pisany ze zdecydowanie odmiennym zamysłem. Mniej tu jest „historyczności” i jest ona w mniejszym stopniu zniuansowana. Intryga kryminalna jest – by tak rzec – lżejsza, nie tak brutalna jak w „Pogromie…”. Ale czy pisarz kryminałów koniecznie musi w nieskończoność, jak Krajewski, powielać jeden schemat powieściowy? Wroński tego nie robi. I chwała mu za to.

Robert Ostaszewski