Kochanka Norwida

Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki
Kochanka Norwida
  • Biuro Literackie
    Wrocław 2014
    ISBN 978-83-63129-63-7
    68 stron
    162 x 215
    oprawa miękka

Na stronie internetowej wydawcy nowej książki Eugeniusz Tkaczyszyna-Dyckiego można (i trzeba, patrz tu) znaleźć zarówno dodatkowy, nieujęty w tomie, wiersz Dyckiego, który ofiarowuje go czytelnikowi w zastępstwie autokomentarza i/lub regularnego wywiadu (niechęć poety do takich form wypowiedzi jest od dawna znana), jak – tutaj mamy już niespodziankę – całkiem obszerną wypowiedź Dyckiego (jak można wyrozumieć z didaskaliów, spisaną przez Annę Podczaszy; nie wiadomo, jak młodsza koleżanka skłoniła autora do tych wyznań), w której dość detalicznie tłumaczy i genezę tytułu, i różne detale wierszy, odnosząc je do traumatycznych przygód własnej rodziny, trochę już wszystkim znanych (UPA, spięcie polskości i ukraińskości, choroba psychiczna matki), lecz chyba nigdy dotąd nie omawianych (prozą) tak otwarcie i obficie. W tej wypowiedzi Dycki czyni jednak coś jeszcze – inteligentnie (i ocennie, choć oceny są delikatne) komentuje recepcję swoich utworów, co dowodzi, że, jak wciąż zdają się podejrzewać niektórzy, to, co zeń wyczytuje krytyka, nie jest mu obojętne, i że jest doskonale świadom tego, co dzieje się z jego wierszami, gdy pójdą już w świat.
Nie bardzo wiem, jak zinterpretować te dwa sprzeczne ze sobą komunikaty (dotyczące wszak jednej książki) – wiem tylko, że ową sprzeczność warto mieć w pamięci czytając „Kochankę Norwida”, czyli 59 jak zwykle z rzymska numerowanych utworów, zbudowanych wedle modelu znanego z poprzednich książek Dyckiego, który znów z wielką swadą, tasując i wciąż przywołując liczne kluczowe słowa i motywy, gorzko żartując i śmiertelnie się śmiejąc, swój oryginalny pomysł na krój wiersza wciela w życie – wciela w życie wierszy.  
Intencjonalną dominantą tematyczną są wspomniane wyżej rodzinna historia i traumy, lecz choć spaja ona tom, daje mu mocny finał i początek, to w środku odbywają się liczne wycieczki, skoki w bok, odbijające się głównie od autorskiej trampoliny związku rodzinnego dziedzictwa z pisaniem. Wyraźnie widać, nie obywa się to zresztą bez pewnej solenności, że Dycki w „Kochance Norwida” celebruje dystans, który dzieli wielce fetowanego dziś autora („zdążyłem się zakraść // do szkolnych podręczników i zestarzeć”, I) od czasów, o których czytamy:

„jeszcze jestem młody i nie mam nic
do stracenia wiersze wysyłam
do redakcji jako Lucjusz Polański
ale nikt nie chce pochwalić

moich tekstów (oprócz pana Mariana
Yoph-Żabińskiego) to też o czymś świadczy”

(XLVIII)

Charakterystyczne jest także i to, że Dycki skomponował książkę, często wiążąc z sobą wiersze z różnych lat – na przykład po nowym (na oko) wierszu XIV następuje XV, datowany na kwiecień 1990, skądinąd może najsłabszy w tomie przez wzgląd na swą szlachetną deklaratywność:

„przemianowali ulice generała
Świerczewskiego na kardynała
Wyszyńskiego ale Polski Polski
nie zmienili nie uszczelnili”

–    i tak dalej.

Zarówno te przeskoki i reminiscencje, jak coraz bardziej otwarte eksplorowanie własnej i rodzinnej historii świadczyć mogą – mimo wszystkich piękności, które Dycki wciąż generuje – że poecie nieobce jest pytanie o przyszłość własnego, by tak rzec, lirycznego projektu. To fascynujące i kłopotliwe pytanie: jak długo jeszcze tak można? Czy odkrywanie nowych autobiograficznych detali może zapewnić istotną nowość kolejnych książek? Co zrobić, by tak świetna i wyrazista poetyka nie ugrzęzła w samej sobie, nie zaczęła zjadać własnego ogona?
Tylko Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki może sobie udzielić odpowiedzi na takie pytania. Może też uznać je – odrzucając cały ten wywód – za nieistotne i wzięte z powietrza.
Pewne jest, że każda jego odpowiedź (w postaci kolejnej książki) będzie niezwykle ciekawa i może nawet jakoś brzemienna w skutkach dla współczesnej polskiej poezji.
Póki co, ktoś bystry i pracowity mógłby zająć się sporządzeniem „słownika Dyckiego” i prześledzić, jak i kiedy pojawiały się w jego wierszach poszczególne motywy, tematy, imiona, nazwy miejscowości stylistyczne zagrywki – bardzo by to pomogło rozeznać się w gąszczu tej wyjątkowej twórczości – może nawet samemu poecie. Wiem, że zadanie jest karkołomnie trudne, ale przecież laurów (i doktoratów) nie wypada otrzymywać za darmo.

A na razie, wte i wewte, czytajmy „Kochankę Norwida”.

Marcin Sendecki