Tańczące niedźwiedzie

Witold Szabłowski
Tańczące niedźwiedzie
  • Agora SA
    Warszawa, maj 2014
    135x210
    224 strony

„Proszę państwa, oto miś”, jak pisał Jan Brzechwa. Może ma dopiero kilka lat, a może już kilkadziesiąt. Gęste futro, dwieście kilogramów wagi, w nosie tzw. holkę. To metalowe kółko, które w najbardziej wrażliwą część ciała wbił mu jego pan, Cygan. Dzięki temu niedźwiedź jest posłuszny. Staje na tylnych łapach i tańczy, potrafi udawać znanych sportowców, polityków czy inne gwiazdy, a przed wysłaniem losu daje się pogłaskać na szczęście. Mieszka zwykle koło gospodarstw ludzi i zjada dziennie kilka bochenków chleba. Przeżuwa je powoli - nierzadko ma wybite zęby.

Witold Szabłowski w reporterskiej książce „Tańczące niedźwiedzie” opowiada o latach tuż po wstąpieniu Bułgarii do Unii Europejskiej. Wśród wielu zmian, jakie zaszły wówczas w kraju nad Morzem Czarnym, była też jedna dotycząca tańczących niedźwiedzi. Broniąca praw zwierząt organizacja odebrała je wówczas Cyganom i umieściła w specjalnym parku, gdzie uczą się wolności. Niby pięknie. Tylko czy aby na pewno?

Książkę zaczyna rozmowa z jednym z dotychczasowych właścicieli niedźwiedzi. Rozstanie to dla niego dramat. Twierdzi, że traktował swoje zwierzę jak członka rodziny, nigdy go nie bił, a wręcz przeciwnie - troszczył się o nie jak tylko mógł. Na wolność - symboliczne - niedźwiedzie jadą w klatkach. Przyzwyczajone do życia między ludźmi czują się zdezorientowane. Dotykają łapami nosów niespodziewanie pozbawionych holki. Nie potrafią same zatroszczyć się o jedzenie, uczą się hibernować, jako mało zaradne zostają też wykastrowane (bo niby czego mogłyby nauczyć młode?). Na dodatek przestrzeń ich wolności ogranicza płot pod napięciem.

„Wolność to szalenie skomplikowana rzecz. Trzeba ją dawkować powoli” - mówi jeden z nowych opiekunów zwierząt. Czy ktoś się jeszcze nie zorientował, że nie o niedźwiedzie tu chodzi? Książka Szabłowskiego przywodzi na myśl reportaż Barbary N. Łopieńskiej „Łapa w łapę” z 1976 roku, w którym tresura tygrysów posłużyła za metaforę dla ówczesnej relacji władza-obywatel. Dziś to sztandarowy przykład reporterskiej mowy ezopowej. Szabłowskiemu animalistyczna metafora nie jest jednak potrzebna, żeby przechytrzyć cenzurę. On może iść dalej. I idzie.

Druga część „Tańczących niedźwiedzi” to zbiór reportaży z różnych miejsc świata, z których każdy dotyczy w jakiś sposób ustrojowej transformacji. Autor dał się już poznać jako człowiek sceptycznie oceniający dobrodziejstwa kapitalizmu (zwłaszcza w napisanej wspólnie z Izabelą Meyzą książce „Nasz mały PRL”), podobne stanowisko - choć niejednoznaczne - widać także w tych tekstach. Każdy z nich mieli już okazję poznać czytelnicy „Dużego Formatu” i „Wysokich Obcasów” w ciągu ostatnich ośmiu lat (szkoda, że zabrakło przypisu, który by to wyjaśniał), trudno więc się dziwić, że z historią o niedźwiedziach łączą się dość swobodnie. Ale to nie takie ważne.

Wartki język i uważne oko obserwatora sprawiają, że opowieści Szabłowskiego - czy to z Kuby, czy z Ukrainy, czy też z Bałkanów - są naprawdę frapujące.

Małgorzata I. Niemczyńska