Dziennik podróży w przeszłość

Marek Nowakowski
Dziennik podróży w przeszłość
  • Iskry
    Warszawa, maj 2014
    158 stron
    130x205
    ISBN: 978-83-244-0366-0

16 maja zmarł Marek Nowakowski. Odszedł kolejny weteran pisarskiej gwardii, świadek i kronikarz całej epoki, mistrz krótkiej prozatorskiej formy. Zaczynał w latach 50. jako autor opowiadań z życia warszawskiego i podwarszawskiego półświatka, z którym za młodu miał zresztą bliskie kontakty. Z tych niewielkich, często wstrząsających, rodzajowych obrazków biła celność obserwacji, lapidarność języka, skupiona energia, pesymistyczny ocena ludzkiej natury. Później, już w latach 70., będąc uznanym i niewielu mającym sobie równych autorem nowel o Polsce nieoficjalnej, zwykłej, czasem pokątnej, napisał kilka dłuższych opowiadań (czy też mikropowieści), których realizm obracał się w wielką metaforę życia w PRL-u. Opowiadań arcydzielnych, bo „Wesele raz jeszcze!”, „Zdarzenie w Miasteczku” (oba wydane w jednym tomie w roku 1974) czy „Książę Nocy” (1978) mają trwałe miejsce w kanonie współczesnej polskiej prozy. Jeszcze później Nowakowski wybrał dla siebie rolę sprawozdawcy absurdu i grozy stanu wojennego (za co zapłacił kilkumiesięcznym więzieniem), a po roku 1989 zdawał sprawę z wycinków życia „nowej Polski”, do której nastawiony był zresztą coraz bardziej sceptycznie.

Marek Nowakowski przez dziesięciolecia opisywał świat, jaki jest. A potem, w latach ostatnich, głównie świat, jaki był. Zresztą, może zawsze proza Nowakowskiego, nawet w drobnych obrazkach, nasycona była świadomością czasu, który przeminął. Pisarz wspominał, że już po drugiej książce, świetnym skądinąd „Benku Kwiaciarzu”, nieprzychylny recenzent ochrzcił go „autorem sentymentalnych scenek z dawno pogrzebanej epoki”. Z owego spojrzenia wstecz wzięła się w każdym razie większość ostatnich prac Nowakowskiego: seria „Powidoków”, w których przypominał ludzi i miejsca Warszawy, znikające z jej mapy i zapominane; a także literacka autobiografia „Pióro”, cenne świadectwo własnej drogi i barwny, uczciwy zapis zewnętrznych realiów, które jej towarzyszyły. „Dziennik podróży w przeszłość” to książka ostatnia – pisana już chyba ze świadomością, że ostatnią rzeczywiście będzie. Nowakowski wraca tu – po raz kolejny – do rodzinnych Włoch pod Warszawą, opisuje swoje młodzieńcze zaangażowanie w ZMP i lata uniwersyteckie. Po raz pierwszy chyba tak obszernie pisze też o swoim krótkim epizodzie przestępczym i wyroku za udział w kradzieży. To wciąż Nowakowski, którego dobrze znamy: lapidarny, drapieżny, nieowijający w bawełnę i rzeczywiście trochę sentymentalny. A przecież idzie się przez tę książkę ze ściśniętym gardłem, jak przystało na obcowanie z pisarskim pożegnaniem ze światem i czytelnikami, w którym raz jeszcze Nowakowski powraca do wczesnych, brzemiennych w skutki fragmentów życiorysu, próbuje się rozpoznać w ówczesnych wyborach, oddać bliźnim cześć (bądź niesławę) – wedle zasług, lecz bez zacietrzewienia.

A potem następuje proste, wzruszające, surowe, nadmiernie surowe wobec własnych dokonań „Postscriptum”: „Dopiero po wielu latach doszedłem do przekonania, jak bardzo jednak byłem przez tamten czas zdewastowany. Zniewolenie wdarło się w umysł, zatruło wyobraźnię, niewidzialne cugle trzymały mnie na uwięzi i choć widziałem zło i czułem jego skutki, nie zdołałem tego, co pisałem, wypiętrzyć, unieść wysoko, jak marzyłem, i przez to uczynić doskonalszym, trwalszym, bardziej porażającym. Grzęzłem tak często, zapadałem się głęboko. To były koszty. Już do końca nie dam rady. Szkoda.”.

Wielka szkoda, że Marek Nowakowski nic już nie napisze.

Marcin Sendecki