Sto dni bez słońca

Wit Szostak
Sto dni bez słońca
  • Powergraph
    Warszawa, 2014
    ISBN 978-83-64384-11-0
    464 strony
    135 × 205
    oprawa twarda

„Nie ukrywam, że zawsze podobałem się kobietom. Myślę, że po prostu lubią one przystojnych, wysokich i harmonijnie zbudowanych mężczyzn”. „Te notatki stanowią jeden z licznych dowodów, że jestem urodzonym naukowcem, dociekliwym i nieustępliwym w dążeniu do prawdy”. „Nie ulegało wątpliwości: działałem na środowisko uczonych jak katalizator, spiritus movens, którego pojawienie się rozbudza uśpione nieraz umysły. Byłem nieruchomym poruszycielem, miałem do odegrania ważną rolę”.

Podobne cytaty łatwo mnożyć. Główny bohater „Stu dni bez słońca” Wita Szostaka, choć dla określenia samego siebie najchętniej używa epitetu „skromny”, żyje w przekonaniu o własnej wyjątkowości. Poznajemy go w chwili, gdy przybywa na fikcyjne wyspy Finnegany na półroczne stypendium. W dawnym klasztorze mieści się tam równie nierzeczywista uczelnia, którą jeszcze w XVIII wieku założyć miał biskup Berkeley (zbieżność z nazwą kalifornijskiego uniwersytetu, na którym wykładał m.in. Czesław Miłosz, raczej nieprzypadkowa). Właśnie w takiej scenerii ma dojść do serii tajemniczych - przynajmniej z punktu widzenia przybysza - wydarzeń.

Bohater jest polskim naukowcem - bardzo stereotypowym, dodajmy. Początkowo nosi nawet charakterystyczną marynarkę z brązowego sztruksu. Specjalizuje się w twórczości niszowego autora fantastyki, który nigdy nie był tłumaczony na żaden język obcy. Przekonany jest jednak o przełomowym znaczeniu dzieła swojego bożyszcza. W chwilach osobistego kryzysu nakłada tweedowy kaszkiet, staje na środku pustego pokoju na baczność i czyta jego powieści na głos, nie starając się nawet pohamować wzruszenia. O tym wszystkim dowiadujemy się z pierwszoosobowej narracji, której styl przywodzi na myśl dawną literaturę pamiętnikarską. Gdyby nie wzmianka o Unii Europejskiej, gdyby nie pojawiający się już na wstępie komputer, moglibyśmy się nabrać, że rzecz dzieje się co najmniej ze sto lat wcześniej.

Interesujące, jak oddając głos swojemu bohaterowi, autor zdołał zgrabnie pokazać fikcję, w jakiej on żyje na co dzień. Mężczyzna wmawia sobie na przykład, że sypiając z dość niewyżytą w sumie koleżanką, uczestniczy tak naprawdę w ważnym eksperymencie dotyczącym życia seksualnego współczesnych naukowców. Wszelkie uniki niemogących znieść jego towarzystwa kolegów uważa za przejaw troski o jego pracę badawczą. Jest także przekonany, że studenci na jego wykładach wgapiają się w ekrany laptopów z powodu pilności - na bieżąco wyszukują po prostu dodatkowych informacji. Dowcipne.

W powieści Szostaka wiele jest też zabaw intertekstualnych. Główny bohater powieści nazywa się Lesław Srebroń, co przywodzi na myśl od razu wiersz „Srebroń” Bolesława Leśmiana. Nazwa archipelagu Finnegany nieodparcie kojarzy się z kolei z ostatnim dziełem Jamesa Joyce’a. Guru polskiej fantastyki Filip Włócznik, nad którego twórczością bohater Szostaka prowadzi badania, nosi natomiast imię piątego apostoła mającego moc przekazywania darów Ducha - jak to apostoł, bądź co bądź. Podobne zabiegi dobrze pasują do samego Szostaka, który niejako wymyślił sam siebie, podpisując swoje książki pseudonimem, a prace naukowe - prawdziwym nazwiskiem. Właśnie dlatego „Sto dni bez słońca” tylko z pozoru odróżnia się od pozostałej twórczości kojarzonego głównie z nową fantastyką autora.

Bardzo to wszystko smaczne, choć niewątpliwie dosyć hermetyczne. Polonista się jednak ubawi. A reszta? No cóż, istnieje ryzyko, niestety, że książka Szostaka będzie dla niej równie ekscytująca, co wykłady Lesława Srebronia dla garstki uczęszczających na nie studentów. Zwłaszcza, że rozkręca się powoli, a jej właściwa akcja rozgrywa się tak naprawdę na kilkudziesięciu ostatnich stronach. Tak bywa. Bohater powieści sam powiedziałby na to zapewne: „Z pozoru wszystko wyglądało źle. Jednak nie trzeba było zbytniej przenikliwości, by zrozumieć najgłębszy sens tych wydarzeń”. I tu nastąpiłoby jakieś absurdalne wytłumaczenie.

Małgorzata I. Niemczyńska