Rekin z parku Yoyogi

Joanna Bator
Rekin z parku Yoyogi
  • W.A.B./ GW Foksal
    Warszawa, 2014
    ISBN: 978-83-7747-975-9
    240 stron
    142 x 124

„Naiwny podróżnik, a naiwny nie musi znaczyć głupi, może też po prostu ufny, zawsze szuka tu tego, co egzotyczne i oryginalne, prawdziwie japońskie. To zrozumiała fantazja, bo przecież Inny to źródło fantazmatów, otchłań, z której rodzi się miłość i nienawiść. Pozwala nam na umocnienie własnych granic, uświadamia, kim się jest i kim się być nie chce, ale jednocześnie otwiera na to, co nieznane. Po czterech latach w Japonii mam własny fantazmat tego, co japońskie i radykalnie Inne, a kiedy gdzieś w świecie nagle doświadczam tej mojej japońskości – w ukształtowaniu krajobrazu, szczególnej dekoracji, sposobie, w jaki ktoś jest ubrany, czy zapachu shiso, które rośnie na moim polskim balkonie – wiem, że poruszam się w granicach własnej japońskiej bajki, podsycanej tym szczególnym rodzajem tęsknoty, która nie wymaga powrotu, tylko codziennych ćwiczeń ze zmysłowej pamięci.” Joanna Bator własną japońską bajkę zaczęła pisać już kilka lat temu, wydając Japoński wachlarz. Później nastąpiły Powroty wachlarza, czyli rozszerzone wydanie książki. Teraz natomiast, w tomie Rekin z parku Yoyogi, zebrano kilkadziesiąt krótkich tekstów (część z nich była wcześniej już publikowana w prasie), stanowiących dalszy etap japońskiej przygody autorki.
    
Przygoda to głównie refleksyjna, bo nie ma nic wspólnego z turyzmem ani turystyką kobiety na wschodnim krańcu świata. Szlak tej przygody prowadzi głównie przez umysł i emocje – przez kulturę coraz bardziej oswojoną, jednak wciąż obcą, do której podchodzi się z zestawem skrupulatnie dobranych i doskonale naostrzonych i naoliwionych narzędzi językowych, umysłowych i wyobraźniowych.

Kto chce czytać o rytuałach parzenia herbaty, jedwabiach japońskiego kimona czy tradycji teatru kabuki, nie ma czego u Bator szukać. Bo o tych elementach kultury autorka jedynie krótko napomyka, skupiając się raczej na cool Japan, Japonii współczesnej, zglobalizowanej i – właśnie dlatego, choć brzmi to nieco paradoksalnie – najmniej znanej. Pisze o kosplejerkach – lolitkach kierujących w stronę fotograficznych obiektywów pupy ubrane w dziewczęce bawełniane majteczki i śliczne główki z doczepionymi kocimi uszkami. O chłopcach z subkultury otaku – fanatycznych wielbicielach mangi, którzy prawie nie wychodzą z domu, żyjąc głównie w komputerowej rzeczywistości wirtualnej. O japońskiej niechęci do prawdziwego seksu i upodobaniu w fotografowaniu opuszczonych domów. O godzilli jako psychoanalitycznym fantazmacie, w którym powracają społeczne traumy. O fascynacji Murakamim i kulturze serwownia sushi. Przede wszystkim zaś pisze o sobie i o swoim zetknięciu (czasem zderzeniu) z obcą kulturą. Nie chcę się tu rozwodzić nad tym,  o   c z y m   jest ta książka (nawet w odniesieniu do pisarstwa niepowieściowego w grę wchodzić może kategoria spoilera, a nie chcę nikomu psuć przyjemności lektury). Wolę napisać parę słów o tym,  j a k  jest ona napisana.

Joannie Bator wspaniale i w wielkim stylu udaje się uniknąć największego niebezpieczeństwa, na jakie narażony jest antropolog, filozof czy każdy inny pisarz, który postanawia poznać i opisać zupełnie dlań egzotyczną kulturę. Opis taki bowiem zwykle kończy się popadnięciem w jedną w dwu skrajności – albo uznajemy, że Inne jest radykalnie Inne i dlatego nic o nim powiedzieć nie możemy (no ale jak w takim razie pisać?), albo Inne – wbrew sobie i w ogóle tego nie zauważając – tłumaczymy na Swoje i tylko wydaje nam się, że piszemy o egzotyce. Bator na początku książki podpisuje się pod znaną tezą, wedle której wszelka twórczość ma swe podstawy w dziwieniu się światu. I to właśnie robi na kolejnych kartkach. Dziwienie się Bator jest alegoryczne. Autorka ma bowiem świadomość nieuchronności alegorii (którą – obok niesamowitości i heterotopii – czyni jedną z podstawowych kategorii poznawczych Rekina), konieczności epistemologicznego tłumaczenia Japonii na Polskę. Skoro nie da się poznać tego, co zupełnie nieznane, znaczy to, że pisząc, nieuchronnie trzeba popadać w znajome kategorie. Bator o tym wie i umie to wykorzystać na swoją korzyść. Jej nowa książka przypomina mi inną, która, poza japońskim tematem, pozornie ma z nią niewiele wspólnego – Imperium znaków Rolanda Barthesa (którego zresztą Joanna Bator jest wielbicielką). Oba te teksty próbują, z dobrym skutkiem, patrzeć na Japonię szeroko otwartymi oczyma, maksymalnie unikając przedsądów i uprzedzeń. Ale oba też mają świadomość tego, że ich widzenie Japonii obciążone jest (bo być musi) osobistymi – polskimi lub francuskimi, genderowymi lub homoseksualnymi, antropologicznymi lub (post)strukturalistycznymi – doświadczeniami i kategoriami, od których nie ma ucieczki. Tak więc oba teksty i oboje autorów, zamiast starać się rozpaczliwie unikać siebie i swojej kultury, wypychają je na pierwszy plan i wykorzystują na swoją korzyść.

Bator zauważa, że – od drzeworytów epoki Edo po współczesne telewizory z płaskimi ekranami – sztuka i kultura Japonii są dwuwymiarowe, superflat. Antropolożka  nie tylko doskonale tę dwuwywiarowość rozponaje i świetnie o niej pisze, ale czyni z niej także własny sposób na poznawanie japońskiego świata. Nieustannie ma świadomość tego, że (pomimo kilku przeżytych w Japonii lat) wciąż jest kimś z zewnątrz; kimś, kto nie jest w stanie wejść w głąb tego kraju i jego kultury. Jedyne, co taki przybysz może robić (i Bator robi to świetnie), to patrzeć na dostępną mu płaską powierzchnię: dokładnie i z dbałością o uczciwość poznawczą, skrupulatnie zastanawiając się nad szczegółami dwuwymiarowego japońskiego pejzażu.

Iga Noszczyk