Antologia 100/XX

Antologia 100/XX
  • Czarne
    Wołowiec, 2014
    Pomysł, układ i komentarz Mariusz Szczygieł
    1832 stron
    164x240
    ISBN 978-83-7536-723-2

Sto - a właściwie sto jeden - reportaży, dobrze ponad setka autorów, dwa tomy, trzy i pół kilograma, niemal dwa tysiące stron, prawdziwe autorytety w radzie programowej (Hanna Krall, Elżbieta Sawicka, Małgorzata Szejnert, prof. Kazimierz Wolny-Zmorzyński). Monument. Ale czy pomnik triumfu to, czy tablica pamięci i kamień nagrobny? - zapytałem Mariusza Szczygła, który stworzył (przy walnym udziale Julianny Jonek) „100/XX. Antologię polskiego reportażu XX wieku”. Odrzekł, że triumfu: choć w prasie dla reportażu miejsca jest coraz mniej (poza „Dużym Formatem”, może „Polityką” nie ma właściwie miejsca, gdzie pojawiałby się stale), dziś każdy liczący się polski wydawca chce mieć własną serię reporterską. Wciąż aktywni są mistrzowie (Krall, Szejnert), średnia generacja reporterów (Jagielski, Hugo-Bader, sam Szczygieł, Ostałowska, Tochman, Surmiak-Domańska, Grzebałkowska) każdą kolejną książką dowodzą, że warto na nią stawiać, gęsto jest w ostatnich latach od interesujących debiutów (Szabłowski, Springer, Wasielewski, Wilk). Coraz skuteczniej polscy reporteży przebijają się do świata. Taka była mniej więcej odpowiedź Szczygła, ale przyznam, że spodziewałem się nieco innej. Nie, wcale nie takiej, że jego księga, wręcz książyszcze podsumowuje, czy broń Boże wieńczy dzieje zjawiska zwanego Polską Szkołą Reportażu. Raczej, że w momencie dla owej szkoły przełomowym warto, żeby opowiedziała ona sobie własną historię. Przyjrzała się, jak dochodziła do własnej tożsamości. Wtedy mógłbym powiedzieć: ależ drogi Mariuszu, nie ma co się łudzić - ty wcale w swojej antologii nie opowiadasz historii reportażu po polsku. Ty ją sam tworzysz. Nie chodzi tylko o to, że ostatecznie sam wziąłeś na siebie kryteria selekcji, wybór nazwisk i utwórów zamieszczonych w „100/XX”. Autor „Gottlandu”, kluczowej polskiej książki reporterskiej ostatnich lat, która definitywnie (mam nadzieję) zamknęła usta i odebrała argumenty tym, którzy odmawiali reportażowi miejsca w przestrzeni literatury, miał prawo i plenipotencje do dokonania takiego wyboru. Nie w tym również rzecz, że z powodu kryteriów, którymi kierował się M.Sz. (jeden autor-jeden reportaż, maksymalna różnorodność wcale nie odbijająca reporterskiej hierarchii najpopularniejszych tematów, unikanie najoczywistszych, kanonicznych tekstów) antologia nie ma pretensji do definitywnego ustanawiania hierarchii. Jest raczej dygresyjną opowieścią o dziejach gatunku w równym stopniu, co o dziejach XX wieku.
Jaki jest więc sens i cel tworzonej przez Mariusza Szczygła historii polskiego reportażu?

Zacznijmy od tego, że Szczygieł nie przedstawia żadnej genezy gatunku. Na scenie dziejów - tak to przynajmniej pokazuje M.Sz. - pojawia się on już gotowy. Pechowo ten Reportaż Pierwszy ukazał się kilka lat przed rokiem 1900, więc z przyczyn czysto formalnych nie mógł znaleźć się w antologii. Jej autor szczegółowo go za to omawia i obficie cytuje.  „To reportaż Reymonta „Pielgrzymka do Jasnej Góry” z 1895 roku. Świetnie napisany - opowiadał M.Sz. w jednym z wywiadów. - 27-latek idzie na pielgrzymkę do Częstochowy. Nie bardzo chce mu się iść, ale potem niemalże staje się jednym z nich: „Wiem, po co idą. I moje «ja» sceptyczne, ironizujące, bo wyhodowane w ciasnej komórce życia miejskiego, cofa się z trwogą i podziwem”. Można by pisać o związkach tego tekstu z pozytywizmem, naturalizmem, szukać dla niego odpowiedników w literaturach Wschodu i Zachodu, ale to nie ma znaczenia. Ważne jest właśnie to: historia Polskiej Szkoly Reportażu zaczyna się od dzieła w pełni już ukształtowanego, skończonego. W związku z tym kolejne teksty w Szczygłowej antologii tyko dla porządku przedstawione są w układzie chronologicznym. Owszem - ułożone są tak, że dotykają wszystkich najważniejszych faz polskiej historii XX wieku, od walki o narodową tożsamość we Wrześni, śmierć Narutowicza, kryzys, wojna i Holocaust, budowanie komunizmu w socrealistycznym tonie, przemiany społeczne, odwilże i zaciskanie pasa, Solidarność i upadek komuny, przyspieszona transformacja i jej koszty. Nie znalazłem zresztą żadnego z kluczowych problemów polskiego społeczeństwa, którego by nie dotykały zebrane przez Szczygła reportaże - niektóre tak fantastycznie wyprzedzające swój czas jak krytyka kolonializmu w wykonaniu marynarza Tadeusza Dębickiego („Nic wspólnego z rasą narcyzów”). Mamy więc Historię („Odkładałem książkę Mariusza Szczygła z ulgą, że nie żyję w tamtym świecie, i z nadzieją, że nie będę musiał w takim świecie żyć” - spointował swoją recenzję antologii Ignacy Karpowicz), ale nie historię gatunku. Bo - jak mi się zdaje - chodzi raczej Szczygłowi o ukazanie gigantycznej przestrzeni literatury, jaką ogarnia reportaż. To reporterskie terytorium obejmuje zarówno znaczną część twórczości polskich pisarzy (widać to zwłaszcza w pierwszym tomie antologii, gdzie znalazły się teksty m.in. Reymonta, Żeromskiego, Rodziewiczówny - kapitalny zapis jej wojennych doświadczeń - Konopnickiej, Korczaka, Kadena-Bandrowskiego, Nałkowskiej, Iłłakowiczówny, Krzywickiej, Szelburg-Zarembiny, Słonimskiego, Goetela), jak i form literackiej wypowiedzi (dziennik, nawet intymny, list, wyznanie, esej, donos, opowiadanie).

„Pisarze odkryli - objaśnia Szczygieł - że reportaż to taki system szybkiego reagowania na sprawy społeczne, zaangażowania odbiorcy. Pisze się go szybciej niż książkę, powieść czy zbiór opowiadań”. To prawda. Ale nie ma powodu traktować reportażu wyłącznie jako „literatury szybkiego reagowania”. Czytając kolejne teksty z antologii szybko można się zorientować, że tworzą one własną literacką jakość. Na czym polega ta literacka swoistość reportażu pokazał w zamykającym „100/XX” eseju prof. Kazimierz Wolny-Zmorzyński. Trzeba jeszcze dodać, że dzięki takiemu literackiemu umiejscowieniu reportażu, Szczygłowi udało się pokazać, może nawet dowieść, że więź reportażu z prasą jest w gruncie rzeczy akcydentalna, wbrew temu, co się nam przez ostatnie dziesięciolecia wydawało. Oczywiście ta więź - zwłaszcza w epoce peerelu i kilkunastu latach wolności - była bardzo owocna. Ale dzisiejszy zwrot reportażu ku książce wydaje się w tym kontekście nie próbą zagarniania cudzego terytorium, ale powrotem do siebie.

Przy okazji jednak antologia pokazuje pewną słabość Polskiej Szkoły Reportażu. Jej trzymanie się narzędzi „literatur mniejszych”, jej ucieczka (choć nigdy nie wiadomo, czy to raczej nie brak umiejętności) budowania większych narracji może dziś stanowić barierę jej rozwoju (autor antologii zdaje się to dostrzegać, stąd np. jego zachwyt nad Erikiem Larsonem i jego „reporterską powieścią” „W ogrodzie bestii”). Zabawne jest w antologii poszukiwanie polskiego odpowiednika Trumana Capotego i jego „Z zimną krwią”. Miałby nim być Wiesław Łuka, świetny skądinąd reporter, autor ksiażki o ukrywanych przez lokalną społeczność sprawcach głośnego mordu w Połańcu. Jednak zestawienie - wbrew temu, co pisał sam Łuka o Capotem („..nie był w stanie wyjść poza ”fotograficzne”, cokolwiek toporne jej odtwarzanie”) - wypada stanowczo na korzyść autora „Z zimną krwią”.

Mam nadzieję, że „100/XX” pomoże w przełamaniu barier, jakie przeszkadzają w rozwoju literatury reporterskiej w Polsce. Przewietrzy ustalone hierarchie i odnowi jej język. Jest przecież również doskonałą szkołą reporterskiej praktyki. Każdy z setki napisanych przez Mariusza Szczygła wstępów jest nie tylko portretem reportera i szkicem objaśniającym kontekst, w jakim powstał wybrany do antologii tekst. To również lekcja. Na jaki temat? Wystarczy przywołać kilka tytułów Szczygłowych przedmów: „Czuły aparat spostrzegawczy” (to o Reymoncie), „Dokładność rzeczy na prawdę widzianych” (Rodziewiczówna), „Mieć namiętność, nie mieć przekonań”  (Ksawery Pruszyński), „Zajmować się szczęściem indywidualnym” (Urban), „Obwąchać temat, jak pies jeża” (Aleks Rowiński). W sumie składają się one na kompletny wykład reporterskiej metody, etyki i aksjologii.

Poza wszystkim jednak „XX/100” to fascynująca czytelnicza przygoda. To sto jeden (Szczygieł pozwolił sobie na połączenie w jeden dwóch tekstów swojego mistrza Krzysztofa Kąkolewskiego) opowieści, z których każda zasługiwała na to, by otrzepać ją z kurzu i czytać na nowo.

Paweł Goźliński