Czardasz z mangalicą

Krzysztof Varga
Czardasz z mangalicą
  • Czarne
    Wołowiec, kwiecień 2014
    ISBN 978-83-7536-732-4
    125 x 195
    248 stron
    oprawa miękka

Bez większej przesady można powiedzieć, że Węgry są namiętnością Krzysztofa Vargi. I, jak to w przypadku każdej namiętności bywa, wywołują one rozmaite emocje i reakcje, czasem refleksje. Część z nich znalazła swoje odbicie w najnowszej opowieści Krzysztofa Vargi, Czardasz z mangalicą, kolejnej w węgierskiej kolekcji pisarza, tuż po m.in. książce Gulasz z turula.

Kolekcja to bardzo ważne, a być może nawet kluczowe, słowo, które posłużyć mogłoby do rozkładania fabuły Czardaszu z mangalicą na poszczególne cząstki. Narrator bowiem gromadzi - dodajmy, że czyni to w sposób naturalny, nigdy zachłanny - elementy realistyczne w pamięci, by je potem przed nami rozłożyć, jakby prezentował prawdziwe skarby ze swoich prywatnych zbiorów. Kolekcjonowania, ujętego dosłownie, dotyczy zresztą pewien sentymentalny fragment z rozdziału "Bertalan Farkas leci w kosmos". Wspomniany jest tam ojciec, który uważał, że "każdy mężczyzna powinien mieć jakieś hobby" i który wymyślił sobie w związku z tym, że bohater książki zostanie filatelistą. Narrator otrzymał nawet klaser, w którym zbiory były nieuporządkowane i nieskatalogowane. To jednak stanowiło pewnego rodzaju dziedzictwo, z którym - jak z potwornym przekleństwem i cudownym darem jednocześnie - należało sobie poradzić.

Książka Vargi w pewien sposób też jest takim właśnie klaserem z pięknymi okazami, które jednak dopiero trzeba posortować i pogrupować. Eseistyczność i rozlewność stylu, na pozór tylko dyscyplinowanego rozdziałami, sprawia, że zostajemy wrzuceni niemal od razu w kilka wirów napędzanych poszukiwaniem węgierskiej tożsamości i próby wyróżnienia jej na tle coraz niwelującego różnice kosmopolityzmu.

Wśród najbardziej znaczących kolekcji, które ujawniają się w trakcie czytania Czardasza z mangalicą, jest z pewnością kuchnia. Nieprzypadkowo pewnie wśród największych skarbów osobistych Varga podsuwa znaleziony w pokoju po tacie jadłospis restauracji Zamkowej. W innym momencie bohater kupuje wór papryki dla mamy, która planuje leczo. Jest tu też osobny pasaż o zupie rybackiej, a w innym momencie otrzymamy szczegółowe wyliczenia menu lokalnej pizzerii. Nic, jak się rzekło, nie dzieje się przypadkowo, a pizzeria oferuje akurat zestaw siedmiu pizz ochrzczonych imionami siedmiu legendarnych wodzów madziarskich. To już wystarczający pretekst do wyszczególnienia konkretnych postaci (i składników konkretnych dań). Ale przecież - pisze w innym miejscu Varga - "kuchnia jest tu zbyt poważną sprawą, by zaśmiecać ją byle czyimi nazwiskami, więc kiedy jem węgierskie jedzenie, to myślę o węgierskiej literaturze, a kiedy czytam węgierskich geniuszy – myślę o jedzeniu, to jest doskonała synergia duszy z ciałem, żołądka z mózgiem, melancholii i egzaltacji".

Literatura - węgierska, ale nie tylko - to kolejna kolekcja, która wyłania się podczas lektury tej książki. Varga oddaje hołd nie tylko Danilowi Kišowi, ale również całej plejadzie bardziej lub mniej znanych autorów. Interesuje go przede wszystkim proza, ale nie ignoruje poezji. Cytuje ją, podobnie jak i przytacza biografię swoich faworytów, w sposób rozmaity. Czasem rozlewając szczegółową opowieść o kimś, a czasem pozwalając sobie na ożywcze wstawki typu: "chciałbym, żeby Warszawa nazywała się Prusogrodem".

Kulinarnym doświadczeniom i literackiej konsumpcji towarzyszą w tej książce obrazy: nie tylko prowincji, cmentarzy, o których narrator mówi, że "nigdy nie zawodzą", czy rozsypujących się wagonów ukochanej - bo najmocniej melancholijnej - linii metra w Budapeszcie. Są tu także nawiązania do filmów. Raz po raz Varga ujawnia swoją namiętność odwołując się a to do Julie Deply (film o "krwawej" Elżbiecie Batory, siostrzenicy Stefana), a to do na przykład Gusztava, którego pamięta z dzieciństwa (Gusztav z kolei kojarzy się mu z Jasiem Fasolą).

Czardasz z mangalicą łączy bowiem - przez co wydaje się, nawiasem mówiąc, jakby Varga od lat pisał wciąż tę samą książkę - sentymentalne magnetyzowanie ku Węgrom z uśmieszkiem człowieka lekko zdziwionego swoją przygodą. Lektura tej książki to bowiem frajda nie tylko intelektualna, pokazująca Węgry od różnych stron - raczej mało znanych z przewodników turystycznych - ale również egzystencjalna, lekko komediowa; w każdym razie taka, w której nie ma zbyt wiele miejsca na martyrologię czy naprawdę poważne tragedie.

Marcin Wilk