Fakir z Ipi

Marek Kochan
Fakir z Ipi
  • Zysk i ska
    Poznań 2013
    ISBN 978-83-7785-235-4
    236 stron
    145x205

„Nie można wszystkiego pokazać od razu. Napięcie musi stopniowo rosnąć. Inaczej co to byłby za kryminał. W kryminałach morderca potrzebuje czasu, żeby odsłonić kulisy zbrodni, powiedzieć, kto zabił albo dlaczego. Zresztą, sam nie wiem, czy to jest na pewno kryminał. Może reportaż? Albo coś innego, jakaś hybryda, która przekracza granice gatunków.” Te słowa, wypowiadane przez niejakiego M-skiego vel Kwiatka, głównego narratora i zarazem bohatera „Fakira z Ipi” Marka Kochana, świetnie zarysowują konstrukcję i problematykę tej powieści. „Fakir...” jest bowiem, między innymi, intrygującym kryminałem, morderczo stopniującym napięcie i oferującym nieoczekiwane zwroty akcji. Jest to jednak kryminał wysoce nieortodoksyjny, przede wszystkim ze względu na brak ostatecznego rozwiązania mrocznej zagadki, lecz także – co może istotniejsze – odrzucenie jasnego podziału na dobro i zło, zbrodnię i jej tropiciela. Nie przypadkiem w zacytowanym fragmencie mowa o mordercy odsłaniającym kulisy zbrodni – w regularnym kryminale odsłania je detektyw lub policjant, przywracający ład zburzony przez występek.
Jest jednocześnie „Fakir...” specjalnego rodzaju reportażem, zbliżonym do filmowego gatunku zwanego „mockumentary”, a więc fikcji udającej dokument.
Narrator Kochana jest bohaterem telewizyjnego, jednosobowego reality show. W pierwszym odcinku przedstawiając się jako świadek zbrodni na kobiecie, której nie udzielił pomocy. Z każdą odsłoną jednak sytuacja się komplikuje i potwornieje, tak za sprawą wyznań głównej postaci, jak dopowiedzeń innych osób, wprowadzając czytelnika w kolejne kręgi międzyludzkiego piekła. Chodzi jednak w istocie nie o mozolne odkrywanie „prawdy”, lecz raczej o kolejne poziomy nieweryfikowalnego narracyjnego konstruktu, którym karmi się złaknioną wrażeń publiczność. W „Fakirze z Ipi” nie ma właściwie żadnej instancji, w której można by pokładać zaufanie, jest tylko spektakl i wzajemnie sprzeczne wersje wydarzeń. (Na karb takiego statusu wszelkich powieściowych faktów można także złożyć pojawiające się czasem w książce niekonsekwencje i nieprawdopodobieństwa).
Jest wreszcie – bodaj główny temat Kochana – medium, dzięki któremu to przerażające widowisko może w ogóle mieć miejsce. Nie jest to wszakże (zaledwie lub aż) oskarżenie pod adresem zdeprawowanej (i radykalnie deprawującej) dzisiejszej telewizji i innych agend kultury masowej, które Marek Kochan, z zawodu teoretyk i praktyk między innymi rozmaitych technik perswazji, zna od podszewki. Finalna, dość zdumiewająca skądinąd, quasinaukowa część książki (która jest także wyrafinowanym szyderstwem z brylujących w mediach „naukowych autorytetów”) podejmuje problem fikcjonalności jako takiej, sięgając w dość odległą przeszłość, do „dzieciństwa” masowych mediów. Odwołuje się bowiem do (rzeczywistych) praktyk przedwojennej polskiej prasy brukowej i historii goszczącego na jej łamach tytułowego Fakira z Ipi, postaci zarazem rzeczywistej, jak skrajnie zmitologizowanej.  
Zważywszy zaś (ujawnienie tego nie będzie chyba karygodnym zdradzaniem biegu książkowych wypadków), że Fakir z Ipi i jego medialne przedstawienia są przedmiotem naukowej dysertacji głównego narratora powieści, widać, iż Kochan do ostatniego zdania (brzmi ono „I jako taką postanawia tę informację po prostu przytoczyć, bez silenia się na jakikolwiek komentarz czy ocenę, pozostawiając je w całości czytelnikowi”) uchyla się od łatwych, jednoznacznych diagnoz i rozwiązań.
„Fakir z Ipi” to książka wciąż sama siebie podająca w wątpliwość, by zasiać w czytelniku ziarno niepokoju i zmusić go do uważnego przyjrzenia się otaczającemu światu, niekoniecznie wedle wskazań tych, którzy zawodowo nam świat ukazują i tłumaczą. Książka ważna.        

Marcin Sendecki