Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie

Beata Chomątowska
Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie
  • Czarne
    Wołowiec, listopad 2013
    ISBN 978-83-7536-555-9
    304 strony
    125 x 205
    okładka miękka

Holenderska Breda to prawda, nie brzmi tak znajomo jak Londyn, w którym nie sposób przejść ulicą, by nie usłyszeć polskiego; wydaje się właściwie całkiem egzotyczna. Dokładnie tak jak szalone historie zebrane w książce Beaty Chomątowskiej „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie”. Autorka świetnie przyjętego, monumentalnego reportażu historycznego „Stacja Muranów” opowiadającego o zbudowanej na gruzach getta warszawskiej dzielnicy, tym razem wraca do swoich wspomnień z półtorarocznego pobytu w Holandii jaki odbyła w ramach stypendium programu Tempus. Ale tym razem nie jest to reportaż – to rzecz tak sprytnie utkana, że wymyka się gatunkom: choć sama autorka przyznaje, że ma solidne zaczepienie w rzeczywistości, to artystyczne jej przetworzenie połączone z talentem narracyjnym sprawia, że „Breda” szybuje w kierunku powieści.

Bohaterką książki jest studentka, która w końcu lat 90. wyjeżdża wraz z chłopakiem do Holandii w poszukiwaniu przygód, które nie przystoją panience pochodzącej – jak ona – z inteligenckiego domu. Mowa oczywiście o różnego rodzaju używkach, ale i swobodzie obyczajowej, która w tym liberalnym raju jest chlebem powszednim. W Bredzie zaczyna wprawdzie chodzić na zajęcia na tamtejszym uniwersytecie (bez zbytniego entuzjazmu zawierając znajomości z kolegami z roku i z trudem przyjmując do wiadomości fakt, iż zjawisko takie jak „studencki kwadrans” nie funkcjonuje w tym kraju stuprocentowej punktualności), ale przede wszystkim zatrudnia się w - jak się wkrótce okaże - kultowej knajpie, gdzie spotyka tytułową plejadę dziwacznych, wychowanych w kulcie wolności przyjaciół.

Młodzieżowe perypetie dwójki bohaterów i ich nieustanne zdumienie spowodowane jaskrawymi kontrastami cywilizacyjnymi między Holandią a Polską Chomątowska opisuje w sposób bardzo zabawny i wartki, wywołując raz po raz czytelnicze zdumienie, ale i przecież nieodległe wspomnienia. Tak, to przecież jeszcze ciut ponad dekadę temu my Polacy, dziwiliśmy się, że w miejscach publicznych można mieć piękną, czysta toaletę z tajemniczą, trudną do znalezienia spłuczką, a dobrem najbardziej luksusowym wydawała się nam obca waluta.

Książka „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie” to pełen ironii, szczery, chwilami bezczelny portret młodej polskiej emigracji z końca lat 90., jakże różnej od tej sprzed transformacji – już nie szukającej za granicą azylu, nie odkładającej wiecznie pieniędzy na mieszkanie w Polsce, tylko coraz odważniej (choć nieustannie przełamując kompleksy pochodzeniowe) próbującej korzystać z życia i stawać się częścią tej słynnej i mitycznej Zjednoczonej Europy, która parę lat później stała się dla nas nieodwołalnym faktem.

Patrycja Pustkowiak

Fragment

Upojona nowymi znajomościami, tym mniej przejmowałam się czekającym mnie egzaminem. A jednak, zupełnie niespodziewanie, go zdałam. Przypadła mi jedna z najniższych średnich, ale co tam, ważne, że przeszło. Z tej radości aż zapaliłam się do kolejnego zadania, jakie Meneer Hors wyznaczył nam na drugi semestr – sporządzenia planu promocyjnego dla firmy wytwarzającej wina w holenderskiej winnicy. Na początek zawieziono nas tam całą grupą, byśmy mogli obejrzeć gospodarstwo i pogadać z producentem o jego potrzebach. Oczywiście na miejscu, w wielkim wiejskim gospodarstwie niedaleko Tilburga, czekała nas degustacja. Próbowaliśmy na zmianę białych i czerwonych, przekonując właściciela, że smakują nie gorzej niż z tradycyjnych krajów winiarskich, choć za cholerę nie mieliśmy pojęcia, jakim cudem w tym wilgotnym i zimnym klimacie udaje mu się pędzić nawet takie cienkusze. Prawdę mówiąc, kaca miało się po nich równie potężnego, jak po wymieszaniu bardziej szlachetnych trunków, więc nie skłamaliśmy tak całkiem do końca. Wkręciłam się w temat, w wolnych chwilach kombinowałam, jakby rzeczywiście wypromować to holenderskie wino, skoro naprawdę istniało, dzieliłam się tym z P. – wiesz, to nawet ciekawe – a przede wszystkim ostro pracowałam w grupie. Tym razem byłam w niej razem z Viktorem i Katelin. Mieliśmy masę pomysłów, zaczynając od tego, żeby sprzedawać to wino w sieci informacji turystycznej VVV, jako oryginalny podarunek uwożony z Holandii przez obcokrajowców, a kończąc na kształcie pudełek, w jakie należałoby je pakować, nawiązujących do tradycyjnych emblematów: śledzia, sabota czy wiatraka. Najlepszy grupowy pomysł miał być wprowadzony w życie. Byliśmy pewni, że wygramy. Byliśmy po prostu najlepsi. Kiedy nadszedł dzień ostatecznej prezentacji pomysłów przed wszystkimi studentami i komisją złożoną z nauczycieli, nawet nie musieliśmy trzymać kciuków za wytypowanego do podzielenia się naszą mądrością Viktora, bo wiedzieliśmy, że zrobi to śpiewająco. I tak było, wyszedł, ukłonił się i zaczął iście aktorską przemowę, błyskotliwy freestyle, rapowaną historię o holenderskich winach, urywając znacząco głos we właściwych miejscach i pomagając sobie gestykulacją, a w tle wyświetlały się tymczasem slajdy skoordynowane z przekazem. Wszystko trwało co najmniej kwadrans, piętnaście minut publicznego wypruwania flaków na ołtarzu wspólnego zwycięstwa. W przygotowaniu występu miałyśmy, owszem, swój udział, lecz to z Viktora byłyśmy dumne najbardziej. Skończył, ocierając pot z czoła i czekając na burzę oklasków. Salę wypełniała jednak cisza. Studenci patrzyli na niego w niemym zachwycie, widać było, że się im spodobało, jurorzy mieli nieprzeniknione miny, jakby nadmiar słów i dźwięków zakuł ich w kamień. Meneer Hors ocknął się jako pierwszy z letargu i wyciągnął w górę tabliczkę z numerem. Zero! Viktor zmrużył oczy, ten stary cap musiał się pomylić, zaraz sięgnie rozedrganymi rękami za siebie i poprawi werdykt na właściwy. Reszta, jednym szybkim gestem też wyciągnęła tabliczki: zero, zero, pięć zer, tylko Janka Kapusta litościwie przyznała nam dwójkę i zamarła teraz, przestraszona, że zdołała się tak wyłamać. – Nie, nie, to niemożliwe! – Viktor toczył raz jeszcze wzrokiem po sali, upewniając się, że nie ma omamów. My z Katelin robiłyśmy to samo. – A chuj z wami! Lul!– wykrzyknął gniewnie po niderlandzku w stronę audytorium i wypadł z sali, powiewając blond włosem. Słychać było jeszcze tupot jego tenisówek na schodach, kiedy Menner Hors opanowanym tonem, jakby nic się nie wydarzyło, dał znak: – Następni, proszę – i zasiadł z powrotem miejscu, gotów do oceny. Nie chciało się nam już słuchać. Pozostałe prezentacje były poprawne i nudne jak flaki z olejem. Dukające coś dziewczyny w garsonkach, ugarniturowani chłopcy ze sztampowymi slajdami w Powerpoincie. Wszyscy dostali przyzwoite oceny. Coś tu nie grało, ale co, mogłam dopiero zrozumieć później, gdy sama oblałam u Horsta drugi egzamin, mimo autentycznego zaangażowania w temat i miliona wspaniałych pomysłów, dotyczących promocji winiaków made in Holland. Wysłuchawszy moich odpowiedzi, nie mrugnął nawet, potem powiedział: – Hm, chyba twoje niezaprzeczalne talenty mogłyby zostać z zyskiem spożytkowane gdzie indziej – i kiedy już cieszyłam się, że oznacza to najwyższą pochwałę, wpisał mi niedostateczny. Jego wątpliwy komplement miał być miodem polewającym gorzką pigułkę, by można ją było przełknąć bez szemrania. Nikt nie oczekiwał od nas kreatywności, jaką nagrodzono by w Ameryce, tylko przestrzegania procedur. Viktor od początku dowodził, że nie ma dla nich szacunku, złamał beleid obowiązujący w szkole, bo i czegóż innego dowodziły jego ciągłe spóźnienia? Przedstawiając zaś grupowy pomysł w nadmiernie teatralny sposób, pokazał swą ignorancję – po tylu konferencyjnych próbach powinien przecież wiedzieć, że nie będzie to mile widziane. W Holandii nie uwodzi się poważnych odbiorców retoryką, lecz wyłożonymi według ustalonego schematu argumentami. I jeszcze na koniec zrujnował tak pieczołowicie wypracowywany dobry nastrój. Na egzaminie nie pojawił się wcale, więc też uznano, że nie zdał, nie wspominając słowem o jego osobie i spowijając cały tamten incydent taktownym milczeniem. Ja miałam stawić się na poprawkę za miesiąc. Żaden z nauczycieli nie zaoferował się, by mi pomóc, musiałabym sama o to poprosić. W Holandii każdy uważany jest za dorosłą, odpowiedzialną za swoje czyny jednostkę i nie będzie prowadzony za rękę, chyba że wyraźnie da do zrozumienia, że o to mu właśnie chodzi; wtedy od razu przygotowana na taką ewentualność biurokracja ruszy z miejsca, przekierowując go ku odpowiednim trybom. Spośród Polaków i Węgrów wsparcie zaoferowała jedynie Katelin, nawet mój polski wielbiciel gdzieś zapodział się w tej chwili próby, może skutecznie go wypłoszyłam. Po reszcie i tak niczego nie mogłam oczekiwać. Zajmował ich zresztą teraz zgoła inny dramat, rozgrywający się na naszych oczach. Krisztina i Istvan rozstali się. Lecz nie było to zwyczajne rozstanie. Istvan okazał się loverboyem.

To anglojęzyczne określenie w holenderskim slangu nie oznacza bynajmniej gorącego młodego kochanka, lecz specyficzny typ alfonsa, żerującego na cudzoziemkach. Kręci się koło uczelni, w knajpach, do których chadzają studentki, usiłując wypatrzeć tę jedną, a najlepiej kilka, lekko zagubionych, o smutnym spojrzeniu. Wie, że w takich środowiskach niby wszyscy trzymają się razem, ale o prawdziwą zażyłość jest trudno, dom daleko, dziewczyny zaczynają odczuwać tęsknotę za posiadaniem tutaj, na miejscu, kogoś bliskiego, komu mogłyby powierzać swe liczne troski. Po niektórych widać to od razu, inne, jak Krisztina, maskują się, udając pewne siebie, ale czujne oko loverboya widziało wiele takich przypadków i wyłowi je wszystkie w tłumie bez trudu. Wie też doskonale, bo przecież rozeznał teren, że te przybyłe z Europy Wschodniej chciałyby znaleźć na Zachodzie drugą połowę na stałe. Najlepszy byłby Holender, ale gdyby Marokańczyk czy Turek urodzony w Holandii okazał się cywilizowanym człowiekiem, nie będą aż tak uparcie trzymać się pierwotnego planu. Obiekt ataku wybrany, teraz do dzieła, trzeba zaczepić dziewczynę i przekonać ją o swym zainteresowaniu. Zwykle idzie szybko, po paru średnio wystawnych kolacjach obiekt mięknie, a nawet się zakochuje. Kolejne zadanie to podtrzymać namiętność przez kilka tygodni, góra miesiąc, wciąż prawiąc komplementy i kupując podarki, aż osiągnie etap, na którym można zwierzyć się w zaufaniu z poważnego kłopotu: zadłużył się trochę u pewnego znajomka. Tamten pracuje w trudnej branży, może wstyd mówić, choć u nas, jak pewnie zauważyłaś, to zawód jak każdy inny. Widział nas razem, spodobałaś mu się. Gdybyś zgodziła się z nim umówić choć raz, sprawa byłaby załatwiona.

Nie dowiemy się już, czy Istvanowi udało się namówić do tego Krisztinę, czy nieprzekonana, ucięła kontakt w ostatniej chwili, widujemy ją teraz tylko, jak płacze, makijaż rozmazuje się jej po policzkach, nic nie robi sobie z naszej obecności. Co tam my, najgorsze że musiała w końcu o tym powiedzieć nauczycielom, bo Istvan nie przyjął rozstania do wiadomości i przestała czuć się bezpiecznie.