Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian

Ziemowit Szczerek
Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian
  • Ha!art
    Kraków, 2013
    ISBN: 978-83-62574-94-0
    222 strony
    oprawa miękka

Ziemowit Szczerek przez kilka lat intensywnie podróżował po Ukrainie, zjeździł ją wzdłuż i wszerz – od Lwowa po Odessę, od Czerniowiec po Dniepropietrowsk. Z tych doświadczeń zrodziła się książka o długim tytule Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian, rzecz wielce niekonwencjonalna. Nie jest to relacja reporterska, żadna to proza podróżnicza czy krajoznawcza – już raczej jedna wielka parodia zastanych sposobów opowieści o „dzikim Wschodzie”, „postsowieckiej dżungli”, tyleż fascynującej, co niebezpiecznej. Wszystko pojawia się tu w karykaturalnym odwróceniu: i model powieści drogi a la Kerouac, i zapiski Stasiuka o „gorszej Europie” w guście Jadąc do Babadag, i amatorskie relacje z podróży na Wschód, jakich setki znaleźć można na blogach i bardziej profesjonalnie redagowanych portalach globtroterskich. To ostanie źródło ma kapitalne znaczenie: Szczerek w pewnym momencie zdradza, że jego ukraińskie opowieści były odpowiedzią na zamówienie jednego z krakowskich portali internetowych. Aliści pojawił się warunek – teksty na temat Ukrainy musiały być utrzymane w poetyce gonzo. Autor powiada: „Epatowałem w tych tekstach ukraińskim rozdupczeniem i rozwłóczeniem. Miało być brudno, mocno i okrutnie. Taka jest istota gonzo”. Zapiski Szczerka są więc ewidentną mistyfikacją – ukraińska rzeczywistość została przez niego świadomie zdeformowana: to, co ledwie brzydkie, stało się potworne i mroczne jak tytułowy Mordor, zatopione w ocenie alkoholu i powszechnej przemocy, zaludnione postaciami jak z bandyckiej ballady bądź horroru. Sztubacka zgrywa nieodpowiedzialnego autora? Niekoniecznie. Szczerkowi udało się bowiem wydobyć nieoczywistą, krytyczną energię zawartą w stereotypach narodowych i – szerzej – w polskich wyobrażeniach o „ruskich dzikusach” i brudnym, niecywilizowanym Wschodzie. Załgany portret Ukraińców stał się okrutnym autoportretem Polaków – przekonanych o swojej kulturowej i historycznej wyższości, pocieszających się tym, że nadwiślański wariant postkomunizm jest rzekomo lepszy od naddnieprzańskiego. Szczerek pokazuje, że protekcjonalność wynika z braku pewność siebie; ukraińską „gorszością” – chyba jednak bardziej pozorną niż realną – leczymy własne kompleksy. Autor przygląda się na przykład masowym wycieczkom rodaków na dawne kresy Rzeczpospolitej (wschodnia Galicja, najczęściej Lwów), temu, jak żałośnie i nieprzyzwoicie udają „polskich panów”. Jednakowoż autor bynajmniej nie wciela się w rolę moralisty, kogoś zaniepokojonego odradzaniem się nastawień imperialnych czy kolonialnych po polskiej stronie; rzadko wychodzi poza praktyki prześmiewcze, nie zawsze zresztą inteligentne, niekiedy skrajnie wulgarne bez potrzeby. Pocieszające jest to, że Ziemowit Szczerek odnosi się do rzeczywistości i spraw w dużej mierze nieaktualnych. Moda na ukraiński survival – powszechna jakieś dziesięć lat temu nie tylko w kręgach młodzieżowych – chęć zanurzenia się w bizantyjsko-sowieckiej pseudo-grozie minęła bodaj bezpowrotnie, a minęła, bo owej pseudo-grozy na Ukrainie coraz mniej. Globalizacja nawet Mordoru nie ominęła.

Dariusz Nowacki