Eli, Eli

Wojciech Tochman
Eli, Eli
  • Czarne
    Wołowiec 2013
    152 stron
    190 x 240
    ISBN 978-83-7536-519-1

Nowa książka Wojciecha Tochmana – a właściwie Tochmana i Grzegorza Wełnickiego, bo fotografie tego ostatniego pełnią rolę nie tylko ilustracyjną, są w pewnym sensie motorem napędzającym akcję i niezbywalną częścią reporterskiej narracji – to, mimo niewielkiej objętości tekstu, dzieło wielopoziomowe i nader ambitne.

Oczywiście, na pierwszym planie mamy opowieść o przerażających slumsach filipińskiej Manili – z kilkorgiem wyrazistych bohaterów, zdających sprawę ze swego życia i ową nieszczęsną, dotkniętą nieznaną chorobą dziewczyną-drzewem, od spotkania z którą książka się zaczyna. Owe mikronarracje uwydatniają szerszy obraz, który Tochman także konstruuje, obraz wykluczonej społeczności nędzarzy, zdradzonych przez własne państwo i zamożniejszych bliźnich, przy czym – jak wielce wymownie przekonuje autor – do nędzy i zbrodni walnie przyczyniają się także Amerykanie (utrzymujący na Filipinach bazy wojskowe) i dominujący Kościół katolicki o iście faryzejskim obliczu.

Równie ważny jest jednak poziom stymulowanej przez filipińskie doświadczenia reportera i fotografa dwojakiej metanarracji. Polega ona, po pierwsze, na refleksji nad możliwościami interwencji z zewnątrz – przez jednostki raczej niż instytucje – w ten i podobne mu światy permanentnego nieszczęścia. Co właściwie mogę zrobić dla tych ludzi? – zdaje się pytać Tochman i opowiada o tym, co stało się, gdy, w miarę swych skromnych możliwości – zrobić coś z Wełnickim spróbowali.

Problem drugi to kwestia quasipornograficznego statusu obrazów i relacji o ludzkim nieszczęściu, a więc dość fundamentalna kwestia etyczna wszystkich, którzy o nim opowiadają i je dokumentują. Dotyczy to także rzeczy najprostszych i najoczywistszych: „Kiedy książka się uda – przypomina Tochman - autor jeździ na spotkania z czytelnikami. W kraju, a jak dobrze pójdzie, to i za granicę. Bo go zapraszają biblioteki, domy kultury, uczelnie, targi książki i literackie festiwale. Siada przed pełną lub niepełną salą. Mówi o ludzkim cierpieniu, upokorzeniu, strachu i pogardzie. O niesprawiedliwości, nierównościach, wyzysku. Jest mądry nie swoją mądrością. Często są to myśli tych, z którymi rozmawiał, kiedy dokumentował temat. Reporter bez ludzi nie istnieje”.

„Eli, Eli”, książka o tytule wziętym ze słów Chrystusa na krzyżu, pełna jest bólu, gniewu, rozpaczy. Stawia pytania, na które niekoniecznie trzeba odpowiadać tak jak zdaje się odpowiadać autor, ale od których nie sposób się uwolnić.

Marcin Sendecki

Fragment

Nie są szczęśliwe oczy dziecka, które na nas patrzą. Twarz za drutami, za białą kratką – półką ze starej lodówki przyniesioną z junk shopu. Oczy wilgotne, nieufne, nieruchome. To Pia. Trzy lata, owrzodzenia na skórze, nie mówi, słabo się rusza i rzadko uśmiecha. Siedzi w czarnej dziurze, która jest jej domem. Cuchnąca szafa, wysoka na mniej niż dwa metry, sklecona z dykty i szmat. Młodszy brat dziewczynki, na zdjęciu po prawej, nie uśmiecha się wcale. To Buboy. Krzywi się i drapie. Kaszle. W pobliżu czuwająca dłoń babci. Choć to raczej prababcia. Ma prawie osiemdziesiąt lat, a matka tych dzieci dwadzieścia. Brakuje informacji o co najmniej jednym pokoleniu. Ale nikt z nas o takie szczegóły nie pyta, nikt nie będzie zaprzątał sobie tym głowy. To dzieci porzucone, mówi nasz przewodnik. Matka narkomanka, nie wiadomo, czy żyje i gdzie. Ojciec w więzieniu. Jest tylko babcia, która nie ma nic i nie mówi prawie nic. Pewnie długo nie pożyje. Smutna sprawa, smutny widok.
Całkiem liczną grupą przyszliśmy sfotografować ubóstwo. Przylecieliśmy z Madrytu, Paryża, Frankfurtu, Warszawy, Londynu, Moskwy, Tel Awiwu, Sydney, Toronto i Nowego Jorku. Można by w uproszczeniu, powiedzieć: z Dalekiego Zachodu. Dotarliśmy na ulicę Adriatico, pełno tu białych, rzuciliśmy w hostelu Frendly’s plecaki, w recepcji przeczytaliśmy ogłoszenie dla odkrywców spod znaku Lonely Planet: True Manila! Prawdziwe oblicze Manili! Zobacz miasto niedostępne dla turystów! Free of charge! Piąta po południu w hostelu obok, który nazywa się Where2Next.
Organizatorem wycieczki jest Edwin N., facet przed czterdziestką, mieszkaniec ulicy Onyx.
°
Opowieść Edwina N.:
…miałem dziewięć lat, stały rozkład dnia, około południa przez godzinę zbierałem śmieci, plastik i junk, o pierwszej szedłem do szkoły, potem o piątej brałem od dostawcy wieczorne gazety „Red Light District”, chwilę spałem z nimi pod głową, na asfalcie, ale zaraz trzeba było się zbierać, biegać po zakopconym highwayu do piątej rano, żeby te gazety sprzedać, o szóstej gazety poranne, highway do dziewiątej, wreszcie dwie godziny spania, pobudka, śmieci, plastik, złom, szkoła…
…na naszą ulicę white people nie przychodzą, który by się odważył, pewnego dnia patrzę, idzie dwójka, facet z babką, zagubieni, wyglądali naprawdę interesting, nie mogłem się nagapić na ich jasną skórę, krzyknąłem do nich „Hey Joe!”, tyle umiałem po angielsku, oni zrobili mi zdjęcie, uśmiechnęli się i poszli dalej, nie dam im tego zdjęcia, myślałem sobie, tak za nic, no i pobiegłem za nimi, mieszkali niedaleko, jacyś chrześcijańscy misjonarze, nie pamiętam, u nas kręci się pełno ludzi z Jezusem na ustach, dają dzieciom po lizaku i od razu chcą duszy, ci nie chcieli, to się z nimi zaprzyjaźniłem, zabrali mnie do Wendy’s na hamburgera, pokazali mi kino, film amerykański, więc ja im pokazałem prawdziwą Manilę, potem wyjechali, dali mi wcześniej papeterię i stamps, kazali do siebie pisać, po angielsku, wrócili, podarowali mi gitarę i uczyli grać, mieli tu ładny dom, pełno książek, znowu robili mi zdjęcia, jedyne zdjęcia, jakie mam z dzieciństwa, znowu wyjechali, przysyłali dolary, nic za to nie chcieli, żadnego ojcze nasz, uczyłem się, ojciec bił mnie codziennie, mocno i po gębie, postanowiłem się ratować, miałem już ze trzynaście lat, uciekłem z domu, nie odbierałem listów, kontakt z misjonarzami się zerwał…
…miałem dziewiętnaście lat, kończyłem szkołę średnią, trzeba było coś jeść, sprzedawałem papierosy na highwayu, mama sprzedawała używane ciuchy i mi pomagała, ja pomagałem jej, to zależało od dnia, kto więcej utargował, studiowałem na uniwersytecie kryminologię, miałem być policjantem, mam siedem sióstr i trzeba je było chronić, ale ja się do tego nie nadawałem, za nerwowy jestem, zresztą policeman nie miałby tu życia, ciągle bałem się ojca, więc studiów nie przerywałem, pracowałem w ­video shopie, sprzątałem w kinie po filmach, okropne zajęcie, myłem kible i podłogi w Robinsonie, hard job, trzy osoby do sprzątania ogromnego centrum handlowego, nie zapłacili nam, pracodawca zwiał, co było robić, sprzedawałem w Wendy’s hamburgers, od czwartej rano do dziesiątej in the evening, praca i studia, na okrągło przez kilka lat, studiowałem też gitarę klasyczną w szkole muzycznej, mieliśmy band na uniwersytecie, skąd wziąć na to czas i siły, skończyłem dwadzieścia sześć lat, skończyłem studia, ożeniłem się, mamy dwoje dzieci, córka ma na imię Jessica, na cześć tamtej amerykańskiej misjonarki, a syn Timmi, jak znany tutaj aktor z soap opera…
…wreszcie otworzyłem własny Titanic Video Shop, gdzie codziennie mój pijany ojciec wymiotował na progu, więc po roku Titanic zatonął, były różne biznesy, tonęły po kolei, nikt nas tu biznesów nie uczył robić, na Onyksie nic się nie udaje, no success, wpadasz w długi i spadasz w przepaść, I was happy, zagrałem w filmie, to nie było łatwe, grałem przywódcę gangu, zabili mnie, potem uśmiechałem się w reklamie kawy, wołali tu na mnie Double Espresso, wreszcie trafiłem do Frendly’s przy ulicy Adriatico, dużo tam cudzoziemców, przyjeżdżali, wyjeżdżali, zostawiali w lodówce otwarte dżemy i sery, szło się przy nich wyżywić, ktoś zapytał, gdzie mieszkam, pomyślałem sobie, white people mi kiedyś pomogli, ja im pomogę dzisiaj…
…pokaże im free of charge moje prawdziwe city, to nie byłoby fair brać cash za pokazywanie biedy…
…zawsze przed wyjściem mamy przygotowane jakieś jedzenie w plastikowych torebkach, trochę ryżu i puszka sardynek, nikt z white people za to nie płaci, idziemy przez slumsy i rozdajemy, każdy ma po kilka torebek, każdy musi się pochylić nad nędzarzem, spojrzeć mu w oczy i dać, tak uczymy cudzoziemców, że Filipiny to nie tylko zielone islands i turkusowy ocean, że mamy tu też inny świat, ciemny i śmierdzący, niektórzy są sztywni z zakłopotania, pierwszy raz w życiu dają jedzenie biednemu, bez słowa, choć usually mówimy tu po angielsku, jedni nie mają z biednym wspólnego języka, inni płaczą, inni licytują się zdobytymi photos, a niektórzy mówią o nas takie rzeczy, że wstyd powtarzać…
…kiedy kończymy, biorę czapkę i proszę co łaska, za to in the evening w hostelu zjemy wspólną kolację, a co zostanie, podzielimy po połowie, część na education dzieci Onyxu, część wydamy na jedzenie dla kolejnej wycieczki, kupimy ryż i sardynki, może coś jeszcze, była pierwsza grupa, potem druga, dziesiąta, jeden fotograf z Poland, na imię mu Gregory, powiedział, nazwij te wycieczki True Manila, tak zrobiłem, była grupa dwudziesta, trzydziesta, sześćdziesiąta, mamy profil na facebooku, lubię to robić, lubię białym pokazywać naszą nędzę, lubię wysokie białe kobiety, white people mi ufają, idą za mną aż tutaj, niesłusznie, mógłbym być przecież bandytą, mieszkam na Onyksie, albo nożownikiem, dawać kasę i fuck off, ale na wasze szczęście jestem OK, jestem jednym z dzieci Onyxu, nie mordercą, złodziejem, nie terrorist, jesteśmy zwykłymi obdartusami, rodzimy się tutaj licznie, zbieramy złom, żeby mieć na ryż, umieramy młodo, patrzcie i fotografujcie nasze życie bez żadnej obawy, bez wyrzutu, nasz Onyx jest wasz!
°
Tego, rzecz jasna, Edwin N. nie mówi wszystkim przybyszom z Dalekiego Zachodu. Kto by wytrzymał tyle szczegółów, kto by poświęcił im tyle uwagi? True Manila polega raczej na patrzeniu. Pstryk! Pstryk! Dostajemy od Edwina po kilka torebek z ryżem i ruszamy między nędzarzy.
S’il vous plaît – nad jeszcze dychającym szkieletem nieokreślonej płci Francuz wciąż myśli, że cały świat jest frankofoński.
Tome! – nad długowłosym mężczyzną turystka z Madrytu wierzy, że ponad sto lat po odejściu Hiszpanów jej słowa są tu zrozumiałe.
Bitte schőn! – Niemiec, ten to już przesadza.
Here you are – Anglik ma komfort, bo nikt już się nie zastanawia, dlaczego jego językiem porozumiewa się świat.
Spójrz na te małpki – mówi blondyn do blondyna. – Czekają na jedzenie.
Pia i Buboy. Siedzą nieruchomo na skrzynce przed swoim domem-szafą. W skrzynce cztery kury, jedyne źródło ich utrzymania: za jajko można kupić ryż. Ktoś wyciąga banana, małpki przecież lubią banany. Babcia obiera owoc, dzieli na pół i podaje dzieciom. Już wiemy, że nie ma tu matki ani ojca. Nikt o więcej nie pyta. I nikt nie widzi, jak dziewczynce nagle okrągleją oczy. Są coraz większe i większe. Każdy koncentruje się na swoim aparacie, iPhonie. Każdy chce złapać ostatnie tego dnia światło. Babcia ślepa, my ślepi, tylko Edwin widzi, co się dzieje: łapie dziewczynkę gwałtownie i obraca ją do góry nogami. Pia się dusi. I wypluwa calutką połówkę banana Edwinowi na dłoń. Umie połykać, ale nie umie gryźć. Kto by się spodziewał!