Jutro przypłynie królowa

Maciej Wasielewski
Jutro przypłynie królowa

Można czytać książkę Wasielewskiego jako potworną alegorię raju utraconego, w którym wciąż trzeba żyć. Chociaż sytuacja wyjściowa jest prosta i wiele dobrego można sobie po niej obiecywać: oto jest mała wyspa na środku Oceanu Spokojnego, żyje na niej kilkudziesięciu ludzi, którzy utrzymują się głównie z pracy własnych rąk i tworzą spójną społeczność. Są od siebie zależni i muszą sobie nawzajem pomagać, ale pracę rodzielają sprawiedliwie. Wyspa obfituje w ananasy (które Pitcairneńczycy nazywają jabłkami; wszak każdy ma Raj dostosowany do swoich realiów – podobno w „oryginalnym” jabłkami musiały być granaty), a w powietrzu dzień i noc unosi się słodki zapach mandarynek. Czasami tylko występują przejściowe problemy z dostępem do wody pitnej. Jednak „Człowiek to okrutnie zabawne zwierzę. Zastał sad, zatruł i zatęsknił.” (157). Człowiek zepsuł. Człowiek alegoryczny – obojętny Wyspiarz, znienawidzony Judasz i okrutny Chłopiec. Imiona równie umowne, co symboliczne. A to nie koniec postaci dramatu.

Bo na Pitcairn żyją również kobiety. Dla nich wyspa nie ma nic z Raju, nawet utraconego. Choć wstają rano i idą zbierać kwiaty, żyją w ciągłym strachu. Na Pitcairn nie możesz powiedzieć do dziecka: podejdź. „Pięciolatki utożsamiały gwałt ze słowem <<podejdź>>. Ktoś mówił: <<Podejdź>>, a one w płacz.” (108). Znudzeni i źli Chłopcy – określające ich słowo nie ma nic wspólnego z wiekiem, Chłopcy mogą mieć równie dobrze dwadzieścia, jak i sześćdziesiąt kilka lat – mają na sumieniu nawet po kilkanaście udowodnionych im gwałtów na dziewczynkach w różnym wieku. Ojcowie dziewczynek nie chcą pomścić córek, nazywają je obłąkanymi dziwkami, a same gwałty urojeniami. Odbierają im prawo do życia, szczęścia, człowieczeństwa. Kobiety przez wiele lat milczą; gdy otwierają usta – krzyczą.

Książka Wasielewskiego uderzyła mnie jak obuchem w głowę. Czytałam i byłam przerażona; byłam przerażona i czytałam dalej. Zawsze byłam przeciwniczką narzucania europejskich kategorii kulturowych i moralnych na odległe Europie społeczeństwa. Nigdy nie zgadzałam się z zachodnim interwencjonizmem i tym, że od czasów oświecenia wiemy wszystko najlepiej. Dlatego ta książka była dla mnie szokiem – moralnym i poznawczym. Mieszkańcy Pitcairn żądają wolności: sami mieszkają na wyspie i sami chcą sądzić swoje czyny. Niedostatek kobiet i problemy z nim związane towarzyszyły mieszkańcom wyspy od początku. Z Bounty w 1790 roku zsiadło dziewięciu brytyjskich marynarzy i tuzin thaitańskich kobiet. To wyłącznie ich geny budują ciała, umysły i pragnienia Pitcairneńczyków. Mężczyźni z pokolenia na pokolenie opowiadają swoim synom o brutalnym marynarskim seksie, uległości kobiet i porządku przyrody. Kobieta to pochwa, a gwałt jest jak jedzenie. Gwałty na Pitcairn zewnętrzni obserwatorzy coraz częściej nazywają „zakorzenioną w polinezyjskiej kulturze rozwiązłością albo swobodą seksualną.” (105) A kobiety wszystko pamiętają. I wciąż się boją. „Widziałeś jak Pitcairneńczyk bawi się gekonem? – pyta Veronika. – Wypuszcza go ze słoja, śmiech, gekon szaleje, boi się, skacze po ścianach, po zamkniętym pokoju, głupi, liczy, że ucieknie na wolność. Widziałeś? Tak było z nami na wyspie.” (45)

Oprawców od ofiar odróżnia chód. Kaci toczą się po wyspie jak tłuste, ospałe koty; ofiary unikają kontaktu wzrokowego i rozpaczliwie uciekają, jak myszy w labiryncie. Podział ról na Pitcairn jest jednak czysto umowny, wędrówka po mapie hierarchii społecznej odbywa się w wielu kierunkach. Jedna z najokrutniej potraktowanych kobiet nie chce opuścić wyspy – tutaj jest potomkinią przywódcy buntu na Bounty, poza Pitcairn będzie nikim. Mężczyzna, jeśli tylko wypowie słowo protesu – z Chłopca może stać się Judaszem. Każdy każdego podejrzewa, nikt nikomu nie ufa. Pitcairn jest cynicznym miejscem naturalnej selekcji i porządku przyrody, gdzie uwolnienie od zarzutów gwałtu kupuje się, grając z prawnikiem w krykieta.

Książce Wasielewskiego ironicznie patronują Rousseau, Kartezjusz i Montaigne (z nich autor zaczerpnął motta do kolejnych części). Dobry dzikus europejskiego oświecenia, ojciec założyciel nowożytnej filozofii racjonalnej i krytyk pierwszych nadużyć zachodniego rozumu. Droga od ich myśli do Pitcairneńskiej rzeczywistości jest przerażająco krótka. Pamiętam swój zawód, gdy dowiedziałam się, że Rousseau miał pięcioro dzieci, które oddał do sierocińca, by nie przeszkadzały mu w swobodnym życiu i rozwoju intelektualnym. Taka wersja powrotu do natury jako odpowiedź na oświeceniowy projekt cywilizacji prowokować może tylko pusty śmiech podszyty lękiem. Losy potomków buntowników z Bounty budzą wyłącznie mój sprzeciw i przerażenie. Dzikich plaż już nie ma. I chyba nigdy nie było.

Iga Noszczyk