Kronos

Witold Gombrowicz
Kronos
  • Wydawnictwo Literackie
    Data premiery: maj 2013
    Format: 145x205 mm
    Oprawa: twarda
    Liczba stron: 460
    ISBN: 978-83-08-05106-1

Skoro wydawca postanowił wzmóc (jak już wiemy – skutecznie) sprzedaż Kronosa reklamową etykietą „Największego wydarzenia literackiego XXI wieku”, nie dziwota, że recepcja nieznanych dotąd, ściśle prywatnych zapisków Witolda Gombrowicza w sporej części skupiła się na obśmiewaniu tego buńczucznego, nieledwie komicznego hasła i deklaracji rozczarowania literacką wartością publikacji WL-u. Kwity z pralni! – wołał jeden z recenzentów, nie bacząc, że kwity z pralni autora Dziennika mogą być (i są) fascynujące same w sobie, choć oczywiście kompletnie odmienne od wysofistykowanych prozatorsko dzieł, które Gombrowicz sam przeznaczył do druku.

Podobnie jest z zarzutami o nadmierne rozdęcie książki – sam Kronos zmieściłby się na kilkudziesięciu stronach druku, a tom WL-u liczy ich bez mała pięćset. Otóż, trudno wyobrazić sobie taki – problematyczny edytorsko, jak się przekona każdy, kto poń sięgnie - tekst bez przypisów, reprodukcji, komentarzy. Choć, oczywiście, niektóre rozwiązania zastosowane na przykład w przypisach można i trzeba poddać dyskusji przed kolejnymi wydaniami.

Zrozumiała jest także pewna emfaza obecna we wstępie Rity Gombrowicz, skądinąd instruktywnym i wzruszającym zarazem. To przecież dzięki niej Kronos ujrzał światło dzienne w integralnej postaci, choć są w nim fragmenty niewątpliwie dla niej bolesne. Jeśli więc pisze ona na przykład, że „Witold, w latach wojny żyjący w skrajnym ubóstwie, przypomina mi czasami Hioba”, wypada przejść do porządku nad skrajną nieadekwatnością takiego stwierdzenia wobec treści Kronosa. Co innego z innym znamiennym zdaniem wdowy; gdy pisze ona „Kronos jest upartym poszukiwaniem podstaw własnego istnienia”, trzeba pilnie nadstawić uszu, bo oto jesteśmy chyba gdzieś w okolicach sedna, jakkolwiek – tu można sobie wyobrazić najróżniejsze określenia - zdumiewające, rozczarowujące, wstrząsające, mrożące krew w żyłach, odzierające ze złudzeń by było.

Gombrowicz zaczął pisać Kronosa najpewniej na przełomie 1952 i 1953 roku i ciągnął go niemal do śmierci, zapisując (chyba retrospektywnie) najważniejsze (czy też warte odnotowania) zdarzenia kolejnych miesięcy, u końca każdego roku krótkie jego „podsumowanie”. Na początku mamy jednak próbę rekonstrukcji, w zwykle jeszcze bardziej telegraficznym trybie zapisu lat poprzedzających rozpoczęcie Kronosa - od 1922 roku.

Rekonstrukcja owa robi dość piorunujące wrażenie. Najpierw trzeba jednak powiedzieć, że uwaga Gombrowicza w Kronosie koncentruje się na wąskim kręgu tematów („podstaw własnego istnienia”?). Są to głównie rachunki pieniężne i bieżące sprawy bytowe, trochę lakonicznie przedstawionych relacji z bliźnimi, detalicznie relacjonowane problemy zdrowotne, sukcesy i porażki nie tyle nawet artystyczne, co komercyjne, przekłady, „wzrost prestiżu” i wreszcie życie erotyczne – w postaci odnotowywania liczby (wysokiej, jeśli zdrowie i okoliczności pozwalają) liczby stosunków z najróżniejszymi (głównie) partnerami. Erotyka Gombrowicza jawi się jako niesłychanie dlań ważna, a jednocześnie czysto fizjologiczna, wyzbyta jakiejkolwiek romantycznej otoczki. Ot, w podsumowaniu 1955 roku czytamy: „Erot: nieźle, spokojnie raczej, 15.”. Znamienne, że właśnie erotyce poświęca Gombrowicz tyle miejsca w rekonstrukcji lat przedwojennych – i w taki właśnie sposób. W jednej z kilku wersji notatek czytamy na przykład: „1939. 5, 6. 2 kurwy z Mokotowskiej, C. z Zodiaku. 9 kurew. 7. Tancerka z Wilna (lato). Przyjaciółka Brezów i Boya (lato). 8. (J. Wilerówna). Kurwa z tryprem. 9. Dziewica. Poza tym: c. z Pragi, Franek, dz. w kinie, bodaj Narbuttówna. I ta z nogami w pantoflach gumiennych”.

Ta, by tak rzec, rzeczowość cechuje zresztą zapisy dotyczące pozostałych, wspomnianych wyżej, Gombrowiczowskich tematów w zapiskach na własny użytek. A więc, chciałoby się spytać, sam tak się sobie przedstawiał, tak (tylko tak?) sobie siebie przypominał, tylko to notował jako dla swego jestestwa najważniejsze? To właśnie czyni Kronos tak fascynującym – choć niekoniecznie budzi sympatię wobec autora, raczej dystans.

I jeszcze jedno: nie ma w tym dzienniku-niedzienniku absolutnie żadnych wtrętów dotyczących, powiedzmy, „duszy”, eschatologii, metafizyki jakiegokolwiek rodzaju. Dwa są momenty kiedy owa codzienna, brutalna rzeczowość każe wspomnieć o oczywistej ostateczności: finał podsumowania roku 1961 („Zdrowie: niezłe, z oddechem kiepsko, śmierć coraz bliżej.”) i toż samo w 1966: „Walczę z mnóstwem chorób, zdycham, z Ritą na ogół lepiej, ale nie zawsze… Boże, Boże, jak długo?”.
Gdzieś pomiędzy Kronosem a resztą swego dzieła jest Witold Gombrowicz jaki był.
A może zupełne gdzie indziej.           

Marcin Sendecki