Książka twarzy

Marek Bieńczyk
Książka twarzy
  • Wydawnictwo Świat Książki
    Warszawa, maj 2011
    448 stron
    ISBN: 978-83-247-2472-7

Tytuł książki Marka Bieńczyka to oczywista zabawa nazwą najpopularniejszego portalu społecznościowego. Przetłumaczona na język polski zyskuje wymiar, który umyka w wersji oryginalnej. Naraz na miejscu pierwszym staje „książka”, „twarz” wyłania się zza jej pleców. Książka Marka Bieńczyka powstała bowiem z innych książek, a właściwie z tego, co po sobie zostawiły – wywołały pragnienia niemożliwe do zaspokojenia, wepchnęły w „otchłań tęsknoty”, bo naczelnym wśród pragnień było pragnienie obecności upragnionego obiektu. Zbiór esejów pogrupowanych na działy (Initiatica; Sportiva; Melancholica; Sensualica; Picturesca; Romantica; Geografica; Translativa; Romanesca) układa się w pasjonujący życiorys. Bieńczyk wskazuje na miejsca ważniejsze, niż Sieć. Dwa należy wymienić na pewno: Biblioteka i Boisko. Oba zakładają konieczność wspólnoty, beziteresownej wymiany doświadczeń tak dotkliwych, jak płacz nad umieraniem złożonej z liter postaci, czy radość z obronionej bramki. Teksty złożone w Książkę twarzy powstawały w różnych okresach, publikowane były wcześnej, w czasopismach (przede wszystkim w „Tygodniku Powszechnym), jako wstępy do katalogów i albumów oraz w osobnych książkach (najważniejsze Fragmenty dyskursu miłosnego Rolanda Barthesa), ale zebrane tworzą świeżą całość. Wypada nawet podziękować za owo pozbieranie rozproszonych fragmentów Książki. Jest ona bowiem nie tylko przeglądem fascynacji lekturowych Bieńczyka, znawcy literatury romantycznej, ale i wyznanem wiary w jednoczącą siłę sportu. Obok Zygmunta Krasińskiego i Juliusza Słowackiego, idoli literackich, pojawiają się postacie André Agassiego czy Kazimierza Górskiego. Tenis i piłka nożna spotykają się u Bieńczka (sam był bramkarzem i to takim, który broniąc widowiskowo „się rzucał”) w miejscu, które można by nazwać ułomnością. Postacie, na których twarzach skupia się Bieńczyk, są ważne nie dlatego, że są nieskazitelne, ale dlatego, że wybijają się na niedoskonałości. W tekstach Bieńczyka wielkość przebija się przez niepowodzenie, z upadku powstaje ludzki bohater. Ta szczególna apoteoza klęski jest jak wyznanie wiary mimo braku szans na zwycięstwo. Owo „rzucanie się”, ów „zapał”, owe „pragnienia”, na które taki nacisk kładzie w swoich znakomitych tekstach Marek Bieńczyk, wynikają z kodeksu skazanych na zagładę. Nie bez powodu „nauczycielem” nazywa Bieńczyk Winnetou, a największe emocje zachowuje dla drużyn, które nie mają szans na wejście do pierwszej ligi. Walka w obliczu świadomości przegranej jest najwspanialsza, najbardziej wartościowa. Jest pokazem siły i pysznej bezinteresowności. To spalający się w wysiłku, przekraczający ograniczenia i rozbijający się o nie wskazują najcenniejszy kodeks moralny. Marek Bieńczyk odsłania twarze postaci, które go stworzyły i nie mogło zabraknąć wśród nich postaci ojca – tego samego, który powstrzymywał pragnienia, jakby w przeświadczeniu, że trzeba studzić siebie, jakby z obawy przed odkryciem światu czegoś ukrytego pod powierzchnią. Głęboko związny był tylko z synem – i jak ktoś zupełnie wyjątkowy ów syn po latach wciąż się czuje. Z czułością, z miłością zbiera Bieńczyk okruchy minionego czasu, znajduje piękno w nieładnych ponoć czasach Polski Ludowej, gdy możliwa była bliskość i obrona własnym ciałem spraw, których obronić się nie dało.  
 
Anna Marchewka

Fragment

Słowo Winnetou, myślałem, że nigdy nie będę spisywał najkrótszych nawet dziecięcych wspomnień, wiercił kortarzy w pamięci, lecz nie chciałbym całkowicie wytrzeć z mapy faktów tamtej bramki licealnym na szkolnym boisku lewą nogą z woleja, pewnie najlepszej w życiu, a o tym zdarzeniu ja tylko jeden na świecie wiem i pamiętam. Zarzekałem się przed sobą, że pisząc, dam dzieciństwu spokój i w spokoju zostawię też rodzinę, dziadków i ciotki, którzy w moich losach niemal nie wystąpili, licznie odsiani przez sito wojny, ale miałem niestety ojca i nie chciałbym jednak zostawić diabłu w lodówce tamtej słonecznej niedzieli, gdy poszliśmy na mecz Gwardii, na wielki i pusty Stadion X-lecia, i krzyczeliśmy razem o penym piłkarzu, niemal wywołując z niecki echo, że jest kompletna „noga”. Tak, przyrzekałem sobie, że nigdy nie przywołam figury genialnego Tatusia, niezbywalnego Papy, mitycznego Abby, magicznego Ojca i przejażdżkę tę odbędę co najwyżej w towarzystwie Brunona Schulza, Danila Kiša, Amosa Oza, bez strugania własnej epigońskiej tratwy, a tyle tego pływa dookoła, nie chciałbym jednak pominąć milczeniem tamtego ważnego seta w ping-ponga, w Zawoi Górnej, gdy po raz pierwszy z ojcem wygrałem i podkręcając piłki, czego nie znosił, przebiłem się raz na zawsze przez jego staroświecki, przedwojenny bachand, przez jego sanacyjną pukaninę, i przez chwilę było mi nieco przykro.

Ojciec nie był człowiekiem wielkoich namiętności, lubił (muzykę, teatr), ale płytko; nie kochał. Czasami dawał się ponieść jakiemuś zdarzeniu, pędziliśmy z wywieszonymi jęzorami, bo zaraz zacznie się konert, film i będzie się działo! Lecz nie były to dla niego najwyższe emocje, które mogły za każdym razem przemienić w drżącą osikę, w bulgoczącą wodę. Często „interesował się” czymś, bo tak wypadało, bo „wykształcony człowiek musi mieć swoje zainteresowania”, ale jego zaangażowanie w głębi duszy natykało się na jakiś murek, który w sobie wybudował i na którym zatrzymywało się właściwie całe jego życie; może mnie jednego przepuszczał dalej. Miał swoje pustelnie, zwłaszcza kuchnię na noc, z tranzystorowym radiem i starym adapterem (ach, te nocne kuchnie, partyzanckie ziemianki mężczyzn w PRL-u), tam przebywał godzinami w swoim kiepskim królestwie i na swoim słodko-gorzkim wygnaniu, wśród nieokreślonych nostalgii i niedobitych jeszcze marzeń; tam wywiewały go przez okno, ku światełkom w oddali, w głębi nocy, obrazki z przeszłości i z czasu, który nigdy nie nastanie.
 
Sport łączył nas bardziej niż wszystko; dla niego nie była to trudna, gdyż wreszcie nieudawana pasja, ostatecznie najbliższa sercu, aczkolwiek i tu gdzieś przystawał po drodze, nie szedł do kresu, nie znał większości wyników pierwszej ligi angielskiej, słłabo się orientował w naszej trzeciej lidze, w wynikach z okręgówki naszego dzielnicowego Orła, patałachów nad patałachy, podczas gdy ja chłonąłem jak wodę z sokiem z ruskiego saturatora wszystkie rezultaty i nazwiska, rekordy świata i ranking. Była chwila – przypadła zapewne na mój trzynasty czy czternasty rok życia – gdy zwyciężyć mógłbym w Wielkiej Grze, podać co do centymetra dziesięć najlepszych w dziejach rzutów oszczepem, nie pomylić żadnej dziesiątej sekundy (setnych jeszcze wtedy często nie liczono), nieraz ojca poprawiałem lub informowałem. Ale i tak była to wielka wspólnota, sztama ponad wszystko, trzydzieści lat nad jednym boisku w jednej na złe i dobre drużynie, w tandemie nie do zdarcia – bo choć z czasem dzieliłem corz bardziej życie sportowe z koleżkami z klasy, z uniwerku, wiedziałem dobrze, iż prawdziwie przeżywać mecz umiem tylko razem z nim, podczas gdy z nimi patrzeć na Polskę-Anglię byłoby zdradą. Tylko z nim, oglądając transmisję, czułem, że możemy sięgnąć prawdziwego smaku, czymkolwiek by był, smakiem oczekiwania, smakiem samych emocji, napinających oklapły dzień, najczęściej w środę, jak płótno namiotu, smakiem bycia razem na bezludnej wyspie pokoju, w uprzywilejowanej przestrzeni, gdzie – poza wynikiem naszej drużyny – nic fatalnego nie może się przydarzyć. On i ja. Matka mariarchalnie w kuchni robi kolację, przynosi kanapki i stawia na taborecie przed nami, smakują jak nigdy, on i ja w pokoju, na dwóch fotelach, przytulonych do siebie, motocykl z przyczepką, on i ja zrywający się na baczność, gdy rozlega się polski hymn, choć nikogo wokół nie ma i nikt nas nie widzi, nie dzieli z nami wzniosłości, poza jakimś świętym duchem ze wspólnej emanacji. Koledzy nieświęci, odkąd się wygadałem, zawsze z nas kpili, z tego wstawania do hymnu w pustym pokoju, gdzie kicają zjawy przodków.

Później, gdy ojciec się zestarzał, rozchorował na wszystkie strony i gdy przychodząc do niego w odwedziny, nie wiedziałem często, zakłopotany, co powiedzieć, o co go nagabywać, jakim słowem w ogóle otworzyć jego i moje zawiązane usta, szukałem ratunku w sporcie, pytałem o wynik jakiegoś meczu, nawet jeśli go znałem: - Jak tam Legia wczoraj? Cracovia chyba spadnie? Albo: - Zdaje się, że siatkarze fatalnie przegrali? Czy też wydawałem oświadczenie typu: - Ależeśmy znowu wylosowali! W życiu z tej plaży nie wyjdziemy, znowu trzeba będzie czekać cztery lata do kolejnych mistrzostw! Chwilami irytował się, był już stary i ręce mu się trzęsły, nie nadążał, nie śledził, coraz mniej go to obchodziło. I mówił: - O niczym innym już nie umiemy rozmawiać?

Nie umieliśmy, nie umiałem. Nie umiałem, zawsze chciałem. Rzeczywistość wydała mi się gorsza niż świat nierealny, niedobra dla niego, już na emeryturze, już kiepsko rozporządzajacego swoim ciałem, zaś rozmowy o mojej przyszłości, na którą machałem ręką zawczasu, jakkolwiek miała wyglądać, albo, co wychodziło na jedno, dywagacje o prawdzie istnienia krępowały mnie, gdyż co było – było teraz jeszcze do powiedzenia? Popychałem go delikatnie ku wspomnieniom, najlepiej sprzed wojny, na co łątwo dawał się nabrać, tak jak dawał się prowadzić po alejkach wokół domu, ja zawsze lekko z przodu, on za mną nadążający, ciągnięty pod rękę lub – gdy wspomnień, tylekroć już powtórzonych, brakowało, czy też jeszcze bardziej pogłębiały smutek chwili – skłaniałem go właśnie do gadki szmatki o sporcie, bo to zawsze przynosiło złudzenie, że się dzieje, że coś się jeszcze dzieje, a nawet zdarzy (jutro przecież mecz). Wypowiadaliśmy więc parę oczywistych, kwitowanych machnięciem dłoni o klęsce losowania i gorszej od czasów Wagnera formie siatkarzy, o małych szansach piłkarzy jutro wieczorem, przez moment zastanawialiśmy się, kto zagra w ataku. W tym moim kluczeniu między trudnymi słowami i tematami była jakaś rozpacz; uprawiałem spadochroniarstwo bezpieczne, lądowałem na boiskach i w halach sportowych, gdyż wiedziałem czy raczej czułem bezrefleksyjnie, że to jest jedyna wspólna przestrzeń idylli. Tutaj, wyobrażałem sobie, spotykamy się w bezczasie, którego nie dotyka żadna siła przemieninienia, tutaj zapominamy o całym złu toczącym jego życie, o nadchodzącym kresie, który przez jego rozedrgane dłonie anonsował swoje powolne, lecz niepowstrzymanie nadchodzenie. Nawet terz, kiedy idę na jego grób i nie bardzo wiem, o czym mu opowiadać, łapię się na myśli, że powiem mu o ostatnuich wynikach reprezentacji czy coś takiego.